Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 września 2019

"Idealna" Magda Stachula

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 384
Rok wydania: 2016


Życie Anity jest w rozsypce. Kiedyś była to typowa kobieta sukcesu - silna, pewna siebie, atrakcyjna, mająca wszystko pod kontrolą. Niestety, od dłuższego czasu nie układa jej się z mężem, ponadto nie może przestać myśleć o dziecku, którego jednocześnie bardzo pragnie i nie może mieć. Chęć posiadania potomstwa z czasem zamienia się w prawdziwą obsesję, która niszczy jej relacje z mężem i ją samą. Przez to wszystko kobieta całkowicie się załamuje i zamyka w sobie. Straciła dawny blask w oczach, nie jest już tą samą kobietą. Ponadto praktycznie nie wychodzi z domu i całkiem odcięła się od znajomych, a jej jedynym zajęciem jest ślęczenie przed ekranem komputera.

W swoim bólu znalazła sobie dosyć nietypowe zajęcie. W wolnych chwilach obserwuje ludzi przez kamery miejskiego monitoringu.

W międzyczasie jest coraz gorzej - w szafie wisi sukienka, która do niej nie należy. Tak samo znaleziona przypadkowo szminka. Jest w jej otoczeniu ktoś, kto wie o niej wszystko. Do ich niegdyś idealnego życia wdziera się osoba trzecia i posypuje ich małżeńskie rany solą.

„Idealna” to literacki debiut Magdy Stachuli, który ukazał się w 2016 roku. Jak to bywa z debiutami, książce daleko jest do doskonałości. Choć opis fabuły brzmi interesująco, a autorka może pochwalić się bardzo dobrym stylem, sama treść książki jest niezbyt zajmująca. Określana mianem thrillera psychologicznego powieść okazała się przeciętną, mroczną obyczajówką, a nie trzymającym w napięciu dreszczowcem. To historia małżeńskiego kryzysu okraszona mocno przewidywalnym wątkiem kryminalnym, który według mnie został potraktowany po macoszemu, a jego rozwiązanie mocno mnie rozczarowało.

Anita i Adam od dwóch lat starają się o potomka. Kolejne porażki sprawiają, że kobieta coraz bardziej zamyka się w sobie. Obsesyjnie skoncentrowana na poczęciu dziecka bohaterka nie zauważa, że jej małżeństwo wisi praktycznie na włosku, że ona i Adam niezwykle się od siebie oddalili, że z uśmiechniętej i zadbanej kobiety zmieniła się w targaną humorami złośnicę, która coraz częściej odczuwa niepokój na myśl o opuszczeniu strefy komfortu, którą zapewniają ściany jej mieszkania.

Fabuła „Idealnej” kręci się głównie wokół Anity i jej małżeństwa, w które niespodziewanie wkracza ta trzecia – podstępna i wyrafinowana kochanka Adama. Choć w pewnym momencie pojawia się w książce również wątek kryminalny związany z postacią głównej bohaterki, jest on – co tu dużo mówić - słaby. Pisarce nie udało zbudować ciekawej zagadki (błyskawicznie domyśliłam się kto pogrywa z Anitą i w jaki sposób chce jej zaszkodzić), nie udało się zbudować mrocznego klimatu i rosnącego poczucia zagrożenia, a sam finał wątku kryminalnego mocno mnie rozczarował.

Z przykrością muszę stwierdzić, że debiutancka powieść Magdy Stachuli mnie rozczarowała. Ten tytuł nie sprawdził się jako thriller. Po przeczytaniu opisu książki oczekiwałam o wiele mocniejszej, niepokojącej i mrocznej opowieści, zamiast tego dostałam powieść psychologiczno-obyczajową z kryminalnym twistem.  
 

środa, 9 maja 2018

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa

Wydawnictwo Znak
Liczba stron: 386
Rok wydania: 2011

Bestsellerowa opowieść o miłości, szelmostwach i szaleństwie.
Ricardo był nastolatkiem, kiedy poznał niegrzeczną dziewczynkę. Od tamtego dnia przez ponad pięćdziesiąt lat ukochana pojawia się w jego życiu i znika bez śladu. Czy to w Limie, Paryżu, Londynie, Tokio czy Madrycie – każdy jej powrót będzie ważnym wydarzeniem w życiu Ricarda i ważnym momentem w najnowszej historii świata.

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to przewrotna opowieść o femme fatale i miłości aż po grób, miłości idealnej, perwersyjnej, archetypicznej, która potrafi nadać życiu sens i strącić na dno rozpaczy. 


Są powieści, które się połyka i są takie, którymi warto rozkoszować się jak najdłużej. Uwielbiam utwory porywające mnie wartkimi niczym prąd rzeki fabułami, ale lubię również  tytuły, których urok rozwija się pomału niczym płatki kwiatu oraz których subtelnym pięknem narracyjnym mogę upajać się całymi tygodniami. „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” peruwiańskiego noblisty Mario Vargasa Llosy są powieścią, którą zdecydowanie warto smakować, warto poświęcić jej swój czas i uwagę.

Opowieść przedstawiona na kartach książki rozpoczyna się latem 1950 roku w Miraflores, kiedy to nastoletni Ricardo Somocurcio po raz pierwszy spotka pełną temperamentu, czternastoletnią Chilijeczkę Lily (która, jak się później okaże, żadną Lily nie jest, ale na potrzeby tej opinii wykorzystam tylko to imię bohaterki, by nie wprowadzać zbędnego zamieszania) – modliszkę, kameleona i wieczną kłamczuszkę, niegrzeczną dziewczynkę, kobietę fatalną, która cyklicznie będzie znikać i pojawiać się w jego życiu, by dostarczyć my najwspanialszych rozkoszy i najokrutniejszych tortur. Choć niegrzeczna dziewczynka kłamie i oszukuje, dotkliwie rani i wykorzystuje poczciwego bohatera, ten niezmiennie pozostaje jej wierny. Ricardo przez całe swe życie będzie opoką dla Chilijeczki - jedynym stałym punktem, bezpiecznym portem w jej szalonym, spalanym namiętnościami i wyniszczającym życiu.

Moim zdaniem Llosie udało się stworzyć jedną z ciekawszych par w literaturze, a także wykreować niezwykle intrygującą i nietuzinkową postać kobiecą. Dynamiczny związek Ricardo i niegrzecznej dziewczynki mnie zafascynował, gdyż z jednej strony relacja łącząca bohaterów jest niewątpliwie toksyczna,  z drugiej imponowała mi siła uczucia i oddanie Ricarda, który jest gotów na wszystko, by pomóc niewdzięcznej bogdance swego serca. Nie ma rzeczy, której bohater nie zrobiłby dla Chilijeczki, nie ma świństwa, którego nie byłby w stanie jej wybaczyć – czyż wizja tak oddanego i wiernego mężczyzny oraz tak silnego uczucia nie jest fascynująca i pociągająca?

Postać tytułowej niegrzecznej dziewczynka również budzi moją niemałą fascynację. Choć rozum karmiony przez lata społecznymi stereotypami krzyczy, że to wredna kobieta jest i trzeba ją potępić za jej postępowanie i sposób w jaki traktuje zakochanego w niej po uszy mężczyznę, to jego druga część woła „dlaczego?”. Dlaczego mam jedynie krytykować niezależną i silną bohaterkę wykreowaną przez Llosę, kobietę która dokonuje niepopularnych, nie zawsze dobrych ale świadomych wyborów i odważnie walczy o swoje, wyłamując się z narzucanych płci pięknej schematów? Liliy jest kobietą fatalną, jest samolubna i interesowana, jest postacią, która ma mnóstwo wad -  czytelnikowi nie łatwo wzbudzić w sobie sympatię do tak przedstawionej bohaterki, ale jeśli poświęci on chwilę, by poddać analizie motywy nią kierujące, może okazać się, że wcale nie jest ona tak czarnym charakterem, jak chcielibyśmy ją postrzegać.  Bardzo podoba mi się złożoność i niejednoznaczność postaci Lily, którą w pewnym momencie szczerze zaczęłam lubić.

„Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki” okazały się genialną powieścią. Ta sensualna, momentami niezwykle pikantna opowieść o kłamstwach, obsesji, wyniszczającej i szalonej miłości, z której nie sposób się wyzwolić jest powieścią, o której na pewno nieprędko zapomnę. Polecam. 

Wyzwanie „W 80 książek dookoła świata”. Przystanek Peru.
 

sobota, 19 lipca 2014

"Słodki świat Julii" Sarah Addison Allen

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2012

Julia zawsze zostawia szeroko otwarte okna, kiedy piecze ciasta. Słodkim aromatem wypieków stara się zagłuszyć cierpkie wspomnienie nieszczęśliwej miłości i przyciągnąć do domu przyjaciół.
 
Sawyer już od dziecka nie mógł się oprzeć magii tego zapachu. Powiedział o tym Julii tuż przed tym, jak złamał jej serce. Teraz pragnie ją odzyskać. Czy to możliwe, że ciasta, które Julia wciąż piecze, świadczą, że ona nadal pamięta o tym, co ich łączyło? Czy to uczucie da się jeszcze ocalić?

„Słodki świat Julii” (tytuł oryginalny „The Girl Who Chased the Moon” – „Dziewczyna, która ścigała księżyc”), to kolejna powieść, której polski tytuł niewiele ma wspólnego z treścią czy przesłaniem książki, w której co rusz można znaleźć nawiązania do księżyca lub księżycowego światła.

Akcja powieści Sarah Addison Allen rozgrywa się na południu Stanów Zjednoczonych. Historia przedstawiona w książce opowiada o losach dwóch kobiet. Emily jest nastolatką, która straciła niedawno matkę. Dziewczyna ma zamieszkać ze swym dziadkiem, o istnieniu którego nie miała pojęcia. Duży dom w południowym stylu i dziadek olbrzym onieśmielają bohaterkę, do tego okazuje się, że jej matka skrywała przed nią mnóstwo sekretów. Kobieta, którą znała Emily wcale nie przypomina dziewczyny, która kiedyś opuściła miasteczko. Jaką straszliwą rzecz musiała zrobić matka Emily, skoro niechęć do niej przechodzi w spadku na córkę? Jedynymi osobami, które nie są wrogo nastawione do nastolatki są: jej rówieśnik Win oraz najbliższa sąsiadka Julia.

Julia, podobnie jak Emily, nie do końca potrafi odnaleźć się w społeczności Mullaby. Kobieta pragnie jak najszybciej spłacić długi ojca i uciec z miejsca, w którym w młodości spotkało ją wiele przykrości. Julia chce zapomnieć zwłaszcza o mężczyźnie, który w czasach szkolnych złamał jej serce. Czy jej się uda? W miarę rozwoju akcji czytelnik odkrywa kolejne sekrety związane z obiema głównymi bohaterkami oraz  odkrywa niesamowity świat południowoamerykańskiego miasteczka, które wywarło we mnie wrażenie miejsca jakby zawieszonego w czasie.

„Słodki świat Julii” jest powieścią utrzymaną w konwencji realizmu magicznego. Mullaby i jego mieszkańcy przesiąknięcia są magią – tajemnicze światła wędrujące w nocy przez okolicę, niesamowite tapety na ścianach, zapach ciast, który jest w stanie przywołać drugą osobę… Bardzo lubię książki w takich magicznych klimatach. Lubię, kiedy magia wtapia się w powieściowy świat i stanowi jego integralną część. Magia pojawiająca się w „Słodkim świecie Julii” nie jest czymś niezwykłym, pojawia się jakby mimochodem, jest naturalnym elementem wykreowanego uniwersum, jest składnikiem, który dodaje powieści niezwykłego słodko-melancholijnego smaku. 

Sarah Addison Allen zawarła w swojej książce wszystko co lubię. Z wielką przyjemnością przepłynęłam przez fantastyczną fabułę jej utworu.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Marcowe fiołki" Sarah Jio

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 304
Rok wydania: 2012

Dziesięć lat temu Emily miała wszystko. Dziś jej kariera leży w gruzach, a ukochany mąż zabiera z ich mieszkania ostatni karton i odchodzi do innej kobiety. Załamana Emily wyjeżdża na wyspę, na której jako dziecko spędzała beztroskie wakacje. Tu będzie mogła odpocząć, wyleczyć rany.
Ale wymarzony spokój nie trwa długo. Kim jest Jack, tajemniczy artysta, od którego ciotka każe jej się trzymać z daleka? I czemu historia z odnalezionego pamiętnika tak bardzo przypomina Emily jej własne życie?


Po literaturę kobiecą sięgam często i chętnie, wszakże jestem kobietą i lubię czytać dobre powieści, w których zostają poruszone wątki bliskie sercu każdej pani. Po „Marcowe fiołki” sięgnęłam, ponieważ miałam już styczność z prozą Sarah Jio („Jeżynowa zima” subtelnie i delikatnie wkradła się do mego serca dostarczając mi całą moc wzruszeń),  miałam nadzieję, że kolejne spotkanie z prozą pisarki będzie równie udane.  Niestety nie udało się.

Autorka w „Marcowych fiołkach” wykorzystuje znane i opatrzone motywy i schematy. Główna bohaterka właśnie się rozwiodła. Emily jest rozbita, więc postanawia odwiedzić swoją ciocię. Na miejscu czekają na nią dwaj przystojni mężczyźni - tylko czekający, by zbliżyć się do porzuconej kobiety – oraz stara tajemnica rodzinna, której rozwiązanie spocznie na barkach bohaterki. Fabuła powieści niczym mnie nie zaskoczyła i nie udało mi się zaangażować w snutą przez pisarkę historię.

„Marcowe fiołki” nie są złą powieścią, jednak ja odebrałam tę książkę jako pozycję przeciętną. Po przeczytaniu całego mnóstwa bardzo pozytywnych recenzji, oczekiwałam zdecydowanie czegoś więcej niż kolejnej powieści opartej na oklepanym pomyśle.  
 

niedziela, 13 kwietnia 2014

"Za dziewiąta falą. Księga legend irlandzkich" Marie Heaney

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 304
Rok wydania 2014

Marie Heaney kreśli przed czytelnikiem barwne historie celtyckich bohaterów, opowiada również o pierwszych chrześcijańskich świętych na wyspie. To szerokie spojrzenie pozwala poznać fascynujące dziedzictwo minionych wieków, które leży u podstaw tożsamości współczesnej Irlandii.

Zebrane w tej książce podania należą do najstarszych w Europie i przez wieki były przekazywane z ust do ust. W średniowieczu zostały spisane, dzięki czemu nawet dziś możemy wkroczyć do świata pełnego wojowników, królów i magów. Trwałe miejsce w literaturze powszechnej zapewnia tym opowieściom ponadczasowość – opisywany w nich świat dawno przeminął, ale namiętności zamieszkujących go tyranów, intrygantów, upartych kobiet i zapalczywych mężczyzn żyją nadal.

Zawsze lubiłam poznawać legendy i mity. Uważam, że wiekowe podania są wspaniałym źródłem wiedzy o wierzeniach i życiu ludzi, którzy już dawno odeszli. Historia dostarcza nam wiedzy naukowej o minionych czasach, legendy i mity umożliwiają czytelnikom zbliżenie się do natury dawnych mieszkańców danego kraju.

„Za dziewiątą falą. Księga legend irlandzkich” to książka, która przybliża czytelnikowi podania irlandzkie. Publikacja jest zbiorem opowieści o protoplastach Irlandczyków, o niezwykłych bohaterach i mitycznych władcach tego kraju, przybliża nam również trójkę świętych patronów tego państwa.

Autorka zdecydowała się przybliżyć czytelnikom trzy cykle legend: cykl mitologiczny, ulsterski i feniański. Opowieści zebrane przez Marie Heaney przedstawiają historię mitycznych półbogów zamieszkujących Irlandię, opowiadają o niezwykłych rycerzach, dla których honor bywał ważniejszy niż lojalność wobec przyjaciół. W legendach nie brak miejsca dla kobiet. Bohaterkami wielu z opowieści są silne i piękne niewiasty, którym nieobce są jednak uczucia zawiści i zazdrości. W starych podaniach nie brak również elementów magicznych.

Bohaterowie irlandzkich podań są dumni i butni, charakteryzują się wspaniałą i potężną budową, przypominają herosów zdolnych w pojedynkę pokonać całą armię. Szlachetni rycerze to nie tylko doskonali wojownicy, ale i mężowie biegli w sztukach takich jak poezja czy gra w szachy. Bohaterowie irlandzcy wyróżniają się przymiotami fizycznymi, jak i duchowymi. Elementem, który mnie zdumiał, był kodeks moralny przedstawionych w opowieściach wojowników. Dla herosów najważniejszy jest honor i geis, - w imię tych dwóch wartości rycerz gotów jest zdradzić najbliższych sobie ludzi. Legendarni rycerze i władcy są porywczy i bitni, a opowieści o ich przygodach są bardzo często krwawe i brutalne.

Książka zredagowana przez Marie Heaney pozwoliła mi przenieść się do legendarnego świata Irlandii, o którym nie miałam pojęcia. Jak pisałam na początku bardzo lubię poznawać legendy i mity - umożliwiają one zerknięcie na świat, w który wierzyli ludzie żyjący setki i tysiące lat temu. Lubię literaturę, a stare podania, wywodzące się z tradycji ustnej są cenną i piękną perłą wprawioną w koronę krajowej literatury. Wiem, że jeszcze nie raz sięgnę po zbiór legend irlandzkich zabranych przez Heaney - takie książki mogę czytać nieskończoną ilość razy i nigdy mi się nie nudzą.

„Za dziewiątą falą, Księga legend irlandzkich” to publikacja, którą polecam bardzo gorąco wszystkim miłośnikom literatury.
 

sobota, 22 lutego 2014

"Klub miłośników ginu i zupy z ostryg" Nan Rossiter

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 350
Rok wydania: 2013

Dla Colemanów i Shepherdów wybrzeże Cape Cod było letnim rajem. Co roku przyjeżdżali tu, by cieszyć się słońcem, słonym zapachem morza, wyprawami do latarni morskiej i długimi wieczorami, połączonymi ze wspólnym gotowaniem.
Tego lata jednak wszystko się zmienia. Uczucie Asy Colemana do żony przyjaciela kładzie się cieniem na beztroskiej sielance. Rozdarty pomiędzy miłością a przyjaźnią, chłopak będzie musiał dokonać niełatwego wyboru…


Cztery razy próbowałam przeczytać powieść Nan Rossiter. Cztery razy poległam po kilkunastu pierwszych stronach, znudzona i zniechęcona rysująca się przed mymi oczami fabułą. Za piątym razem coś się jednak zmieniło, leżąca na nocnym stoliku porzucona książka poruszyła moje czytelnicze sumienie, ponownie zabrałam się do lektury. Przebrnęłam przez początek, który tyle razy mnie pokonał i, ku swemu największemu zdziwieniu, po tych kilkudziesięciu stronach wciągnęłam się w opowieść tak bardzo, że z  niemałym żalem przewracałam ostatnią stronę.

Uczucia nie podlegają logice, wie o tym dwójka bohaterów „Klubu miłośników ginu i zupy z ostryg”. Colemanowie i Shepardowie to dwie religijne rodziny, które przyjaźnią się od lat. Tradycją Samuela Colemana i Nate’a Shepharda są  spotkania w ich letnich domkach na wybrzeżu Cape Cod, by wspólnie z bliskimi zjeść zupę z ostryg i napić się ginu. Dla synów Samuela, Nate jest jak ukochany wujek, jednak już wkrótce dla jednego z tych młodych mężczyzn przekształci się on w rywala.

Asa Coleman zakochuje się w trzydziestodwuletniej żonie przyjaciela swego ojca. Młody chłopak nie umie powściągnąć rodzących się w nim uczuć, również Noelle zaczyna czuć coś do  młodzieńca. Para wikła się w związek, który przyjdzie okupić im ogromnymi wyrzutami sumienia. Kradzione chwile są słodko-gorzkie. Asa i Noelle niewątpliwie się kochają, ale ich uczucie niszczy to, w co oboje głęboko wierzą. Kochankowie nie tylko zdradzają poczciwego Nate’a, ale występują również przeciwko własnej wierze. Ich potrzeba bliskości jest jednak tak silna,  że żadne logiczne argumenty nie trafiają do ich złaknionych siebie nawzajem serc.

Nie przepadam za powieściami religijnymi, ale musze przyznać, że książka Rossiter podobała mi się. Religia stanowi ważny element życia bohaterów, ale pisarka nie przesadziła. W tej powieści nie ma nachalnego moralizatorstwa i tendencyjności. Bohaterowie są zwykłymi ludźmi, którzy są słabi i popełniają błędy.

Wciągnęłam się w tę opowieść rozgrywającą się w latach 60 XX wieku. Polubiłam Asę i Noelle, było mi żal tej dwójki, która chwile szczęścia musiała kraść jak złodzieje. Czytając „Klub miłośników ginu i zupy z ostryg” czułam przede wszystkim roztkliwienie i współczucie. Lektura książki Nan Rossiter dostarczyła mi przyjemnych wrażeń.
 

środa, 25 grudnia 2013

"Stokrotki w śniegu" Richard Paul Evans

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 288
Rok wydania: 2012

Zły. Okrutny. Bezwzględny. Tylko tyle i aż tyle można o nim powiedzieć. James Kier jest człowiekiem, który nie dba o nikogo - ani o swoją żonę, ani o syna. Liczy się tylko on sam.
Kiedy gazety donoszą, że zginął w wypadku, wszyscy nareszcie mogą powiedzieć, co o nim sądzą. Tylko że James żyje. A to, co słyszy na swój temat, jest dla niego szokiem.
Wyrządził w życiu wiele zła, a teraz postanawia wszystko naprawić. Jednak nie jest to łatwe, a lista skrzywdzonych jest długa. Okazuje się, że najmocniej wspiera go osoba, którą zranił najbardziej.
Czy zdąży ocalić tę miłość? Czy wraz z nią przyjdzie wybaczenie?


„Stokrotki w śniegu” to powieść, która wspaniale wpasowuje się w świąteczny klimat, chociaż nie jest ona utworem odkrywczym, czy zadziwiającym swą oryginalnością. Richard Paul Evans stworzył kolejną wersję wersji „Opowieści wigilijnej” – niby odgrzewany kotlet, a jednak w okresie przedświątecznym takie historie czyta się z przyjemnością.

James Kier to zimny i bezwzględny biznesmen, dla którego liczy się tylko zysk. Mężczyzna wierzy w siłę pieniądza i nie dba o drugiego człowieka. Wszystko zmienia się jednak kilka tygodni przed świętami Bożego Narodzenia. Na skutek pomyłki bohater zostaje uznany za martwego. Kier czyta niepochlebne opinie swych współpracowników i przyjaciół pod nekrologiem. Opinie innych mocno wstrząsają mężczyzną, który nie zawsze był potworem bez serca. Bohater dostaje niecodzienną i bardzo cenną lekcję - James ma szansę zobaczyć, jak zostanie zapamiętany przez potomnych, ma okazję dowiedzieć się co naprawdę sądzą o nim ludzie, których uważał za swych przyjaciół. Mężczyźnie niezbyt podoba się to co widzi. Sytuacja, w której znalazł się Kier otwiera mu oczy i wyzwala w nim pragnienie przemiany.

„Stokrotki w śniegu” to sympatyczna, niezwykle pozytywna powieść, mimo tego, że jest to kolejna wersja historii o Ebenezerze Scrooge’u. Książka jest utrzymana we wspaniałym, nieco magicznym bożonarodzeniowym klimacie i sprawdza się idealnie jako świąteczna lektura.  
 

wtorek, 27 sierpnia 2013

"Ogród Afrodyty" Ewa Stachniak

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 512
Rok wydania: 2013


Matka siedemnastoletniej Zofii, pięknej Greczynki o wielkich czarnych oczach, przyprowadza ją do ambasadora Polski w Turcji, prosząc o opiekę. Kobieta nie widzi innego wyjścia - musi oddać swoje dziecko podstarzałemu mężczyźnie, który ma pieniądze i władzę. Dobrze jednak wie, że tylko wykorzystując swoją nieprzeciętną urodę i inteligencję, Zofia ma szansę przemienić ich trudny los. Od tej pory młodziutka córka handlarza bydłem jest zdana tylko na siebie.

Jak to się stało, że z biednej greckiej dziewczyny Zofia przeistoczyła się w ulubienicę salonów osiemnastowiecznej Europy, polską arystokratkę, przyjaciółkę króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i księcia Potiomkina?

Ogród Afrodyty to porywająca powieść o silnej i niezależnej kobiecie, która dokonała rzeczy niemożliwej – w patriarchalnym świecie podziałów społecznych, na zawsze określających życiowe szanse jednostki, odmówiła zgody na przypisany jej los i wygrała.

„Ogród Afrodyty” to biograficzna powieść historyczna, w której autorka portretuje Zofię Potocką – greczynkę, córkę handlarza bydłem i ubogiej kobiety, która dzięki swemu sprytowi i nadzwyczajnej urodzie stała się stałym gościem najznakomitszych europejskich salonów. Ewa Stachniak przedstawia bohaterkę swej powieści jako kobietę wyrachowaną, osobę, która do perfekcji opanowała sztukę manipulacji. Dzięki swej urodzie i sprytowi Zofia staje się żoną polskiego arystokraty, zostaje kochanką królów i najznamienitszych arystokratów. Bohaterka zostaje ukazana jako kobieta niezwykle silna i ambitna.

Powieściowa Zofia Potocka budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony jest to przebiegła manipulantka, z drugiej strony to kobieta nie ulegająca kompromisom, walcząca o poprawę swego bytu wszelkimi dostępnymi sposobami. Potocka nie jest postacią jednoznaczną, nie mogę jej całkowicie potępić, jednak nie budzi ona we mnie nadmiernie ciepłych uczuć. W czasach, w których przyszło żyć Zofii, los kobiety nie należał do najprzyjemniejszych. Dziewczyna mogła zostać szanowaną żoną lub prostytutką - innej drogi nie było. Kobieta, która uległa namiętności sprowadzała pogardę na całą rodzinę. W tym brutalnym dla kobiet świecie, córka handlarza bydłem poradziła sobie całkiem nieźle. Dziewczynka, która straciła szansę na uczciwe życie oddając swą cnotę przed ślubem, umiała chwycić byka za rogi i uzyskać to, do czego w świetle społecznych konwenansów nie miała prawa. Zofia może kierowała się podstępem, ale czy osiągnęłaby szczęście, gdyby była uczciwa? To od czytelnika zależy, czy uzna Zofię Potocką za bezczelną kłamczuchę i intrygantkę, czy za przedsiębiorczą, zaradną kobietę walczącą o szczęście swoje i swoich dzieci.

Ewa Stachniak w „Ogrodzie Afrodyty” nie opowiada tylko o Zofii Potockiej. Historia podzielona została na trzy przeplatające się ze sobą części. Narracja skupia się na trzech postaciach: Rozie, sierocie przygarniętej przez Potocką, dziewczyna opiekuje się  umierającą hrabiną, Thomasie, lekarzu zajmującym się uśmierzaniem bólu śmiertelnie chorej Potockiej oraz na samej Zofii. Zasadnicza akcja powieści rozgrywa się w roku 1822, w Berlinie, gdzie główna bohaterka dożywa swoich dni. Fragmenty teraźniejszości Zofii przeplatają się z jej wspomnieniami. Narracja została poprowadzona w czasie teraźniejszym, co jest dość ryzykownym krokiem w wypadku powieści historycznej. Czułam się nieco dziwnie czytając o wydarzeniach, które rozgrywają się niejako w tym momencie, choć muszę również przyznać, że taki sposób narracji buduje w powieści dość ciekawy klimat.  

„Ogród Afrodyty” to interesująca powieść historyczna, w której autorka przybliża czytelnikom postać intrygującej kobiety, która zapisała się na kartach polskiej historii. Czytałam tę powieść z dużym zainteresowaniem.   
 

czwartek, 27 czerwca 2013

"Pomóc Jani" Michael Schofield

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 368
Rok wydania: 2013

Kilkuletnia Jani wydaje się być zwyczajnym dzieckiem, które może trochę zbyt często fantazjuje. Z czasem rodzice odkrywają jednak, że fantazje dziewczynki nie są tylko wytworem dziecięcej wyobraźni, a objawem poważnej choroby. Jani staje się niebezpieczna dla siebie i swojego młodszego braciszka.

Michael Schofield szczerze i wzruszająco pisze o dramatycznej walce, którą musiał stoczyć o życie swojej córeczki, i opowiada o zmaganiach z jedną z najbardziej tajemniczych chorób umysłu.

Udowadnia, że rodzicielska miłość jest w stanie przezwyciężyć największe przeciwności.


Wyobraźcie sobie dwie sceny.

1. W sklepie z zabawkami mała dziewczynka zaczyna wrzeszczeć i zrzucać towar z półek. Za dzieckiem biegnie ojciec. Mężczyzna podnosi zrzucony towar i odkłada go na miejsce, jednocześnie próbuje perswadować córce, by ta zaprzestała niszczycielskiego procederu. Dziecko nie słucha, zamiast tego wybiega ze sklepu. Bezradny ojciec spogląda na trzymaną w ręce zabawkę, za chwilę jego wzrok kieruje się w kierunku drzwi, przez które uciekła jego córka. Mężczyzna odkłada zabawkę, półgłosem przeprasza sprzedawczynię i wybiega za małym zbiegiem.

2. Przechodzicie obok restauracji. Nagle w jej drzwiach pojawia się mężczyzna niosący przewieszone przez ramię dziecko. Dziewczynka wrzeszczy, okłada niosącego ją faceta rękoma, wściekle kopie. Mężczyzna nie robi sobie nic z jej krzyków, wpycha dziewczynkę do stojącego na parkingu samochodu i blokuje drzwi. Dziecko próbuje wydostać się z pułapki otwierając drzwi po drugiej stronie samochodu. Mężczyzna reaguje błyskawicznie, przebiega na drugą stronę i blokuje drzwi własnym ciałem. Dziecko wrzeszczy, płacze i błaga, ale jej oprawca jest nieubłagany.

Gdybyście stali się świadkami przestawionych przeze mnie wydarzeń, na pewno mielibyście dość jednoznaczny pogląd na sytuację. W wypadku pierwszej sceny pomyślelibyście zapewne, że widzicie właśnie jak rozpieszczone dziecko daje wyraz swojej furii, bo ojciec odmówił kupienia zabawki. Pokiwalibyście głową i pomyślelibyście, że facet nie ma pojęcia jak wychowywać własną córkę. W wypadku drugiej sceny, wasza reakcja byłaby całkowicie inna. Być może jesteście właśnie świadkami przestępstwa – mężczyzna może uprowadza dziecko, albo jest wyrodnym ojcem znęcającym się nad córką. Widząc taki obraz poczulibyście niepokój, część z was zadzwoniłaby na policję, bardziej odważni podeszliby do faceta i próbowaliby zmusić go do uwolnienia dziewczynki.

Czy jednak komukolwiek z was przyszłaby do głowy myśl, że obie sceny są ze sobą powiązane, że dziecko wcale nie jest rozpieszczoną dziewczynką, że mężczyzna wywlekający dziecko z restauracji wcale nie jest sadystycznym ojcem? A gdybym powiedziała wam, że dziewczynka ze sklepu cierpi na poważną chorobę psychiczną, a mężczyzna z parkingu jest zdesperowanym ojcem, który próbuje okiełznać córkę, która ma właśnie atak psychozy i stanowi niebezpieczeństwo dla siebie i dla otoczenia. Uwierzylibyście? Ja miałabym problem z zaakceptowaniem takiego wyjaśnienia. Jak można uwierzyć, że kilkuletnie dziecko cierpi na chorobę psychiczną? A jednak to co napisałam jest prawdą.

Michael Schofield w książce „Pomóc Jani” dzieli się z czytelnikami bardzo osobistą i wstrząsającą historią. Córka pisarza przejawiała wszelkie oznaki geniuszu - w wieku trzech lat umiała pisać i czytać, umiała bez trudu rozwiązywać skomplikowane równania matematyczne. Michael i jego żona Susan wierzyli, że ich córeczka stanie się kimś wyjątkowym, niestety brutalna rzeczywistość zrewidowała ich poglądy.

Kiedy na świat przyszedł brat Janni – Bodhi – ziemia zaczęła usuwać się spod nóg Schofield’ów. Czterolatka sterroryzowała rodzinę. Janni stała się agresywna, jej rodzice nie mogli zostawić Bodhiego nawet na sekundę. Michael i Susan przyjmowali na siebie razy rozdawane przez córkę, chronili niemowlę własnym ciałem. Zrozpaczeni rodzice próbowali szukać pomocy, jednak psychiatrzy nie chcieli dostrzec problemu - bagatelizowali sprawę, uważali, że zachowanie dziecka jest spowodowane zbytnią pobłażliwością rodziców. Rozwiązania nie było, a dziewczynka stawała się coraz bardziej nieobliczalna i niebezpieczna…

Michael Schofiel i jego żona przeszli przez gehennę, by w końcu odkryć co dolega ich dziecku. Małżeństwo przez dwa lata szukało pomocy, przez dwa długie lata zmagało się z agresją dziecka, któremu nie umieli pomóc, a wszystko przez niedoskonały system lecznictwa psychiatrycznego, zgnuśniałych lekarzy i ludzi nie wierzących, że czterolatka może cierpieć na jedną z najgorszych chorób psychicznych – schizofrenię.

„Pomóc Jani” to wstrząsająca opowieść oparta na faktach. Czytałam ten utwór z wielkim zaangażowaniem i przejęciem. Ze złością i niedowierzaniem obserwowałam walkę ojca o to, by lekarze na poważnie zajęli się jego dzieckiem. Zgrzytałam zębami, gdy kolejne hospitalizacje  nie przynosiły rozwiązania, gdy kolejny wymuskany lekarz nie reagował na sugestie zdesperowanych rodziców. Ogarniała mnie bezsilność, kiedy czytałam o tym jak Janni po raz kolejny atakuje ojca i matkę, a oni na to pozwalają, bo nie są w stanie jej skrzywdzić. Było mi żal ludzi, którzy przechodzili piekło i nikt nie umiał im pomóc – więcej, nikt nie wierzył, że czterolatka może stanowić realne zagrożenie dla dorosłego człowieka. Ręce opadały, jednocześnie zdawałam sobie sprawę, że gdybym nie miała wglądu w codzienne życie Schofield’ów ja również zaliczałabym się do grona niedowiarków nie będących w stanie zaakceptować faktu, że dorosły człowiek nie umie poradzić sobie z czterolatką.  

Historia, którą podzieliła się z czytelnikami zdesperowany ojciec szukając ratunku dla swego dziecka na długo pozostanie w mej pamięci. Gorąco polecam tę wyjątkową książkę.  
 

sobota, 1 czerwca 2013

"Zapach deszczu" Kristin Billerbeck

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2012

Daphne Sweeten żyje w świecie zapachów i marzy o karierze jako kreatorka perfum. Najwyraźniej nie ma jednak nosa do narzeczonych: w dzień swojego ślubu zostaje porzucona przed ołtarzem. Niedoszły pan młody skradł jej także wymarzoną posadę w Paryżu, a pod wpływem stresu straciła swój najcenniejszy dar - zmysł węchu. Dziewczyna postanawia się nie poddawać. Wspiera ją w tym nowy szef, Jesse. A w miarę gdy bliżej się poznają, staje się jasne, że zapach uczuć wisi w powietrzu...

Czy Daphne uda zawalczyć o swoje marzenia? Czy będzie potrafiła rozpoznać aromat prawdziwej miłości?


„Zapach deszczu” Kristin Billerbeck nie jest powieścią dla każdego, a już w szczególności nie była to powieść dla mnie.

Opis książki sugerował, że sięgam po romans, tymczasem utwór wpisuje się w nurt literatury chrześcijańskiej. W tej książce najistotniejszy jest wątek wiary oraz kwestia boskich planów względem głównych bohaterów.

Daphne została porzucona przed ołtarzem, tego samego dnia straciła zmysł węchu. Dla kobiety, która zajmuje się zawodowo tworzeniem perfum to katastrofa. Bohaterka zaczyna nową pracę i nie może dopuścić, by jej przełożony dowiedział się o tej niedyspozycji. Daphne próbuje poradzić sobie ze swym problemem, musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Kobieta stara się zrozumieć własne uczucia. Daphne odnajduje oparcie w głębokiej wierze i przeświadczeniu, iż Bóg nad nią czuwa i ma dla niej jakiś plan.

Jesse jest samotnym ojcem i szefem działu, którego częścią ma stać się Daphne. Mężczyzna z trudem zamyka kwartalny budżet i nowy pracownik to ostatnia osoba jakiej potrzebuje. Jesse jest nastawiony negatywnie do nowej kreatorki zapachów, jednak, kiedy poznaje ją bliżej zaczyna odczuwać potrzebę zaopiekowania się nią. Jesse również wierzy w boską opatrzność i  zaczyna podejrzewać, iż jego zadaniem jest pomóc nieszczęśliwej kobiecie.

Niemal wszyscy bohaterowie „Zapachu deszczu” są postaciami silnie wierzącymi, które rozmawiają o religii, cytują Biblię, mówią o boskich planach, boskiej miłości i boskich znakach. Wątek religijny mnie przytłaczał.

Bohaterowie byli według mnie przerysowani i nieciekawi. Między Daphne i Jessem nie wyczuwało się żadnej chemii, ta para wyglądała raczej na przyjaciół niż na osoby, które czują do siebie coś więcej. Niestety w powieści mamy do czynienia z postaciami, które nieustannie rozmyślają, za to rzadko podejmują się przeprowadzenia jakichkolwiek konkretnych działań.

Akcja powieści niemiłosiernie się wlecze, a całość jest bardzo przegadana. Problemy są rozwiązywane głównie przez boską opatrzność, która niestety często ociera się o absurd. Niektóre wątki - na przykład wątek narzeczonego Daphne, wątek szefa Jessego - rozwijają się w bardzo kretyński, naiwny, kiczowaty sposób. Autorka traktuje swych bohaterów niezwykle stereotypowo – chrześcijanie to niemal anioły, natomiast niewierzący zostają ukazani jako postacie negatywne.

„Zapach deszczu” zdecydowanie nie był powieścią dla mnie. Książka okazała się naiwna i nieciekawa. Bohaterowie byli jednowymiarowi. Opis sugerował naprawdę ciekawą fabułę, tymczasem spotkało mnie ogromne rozczarowanie.
 

piątek, 19 kwietnia 2013

"Słodki zapach brzoskwiń" Sarah Addison Allen

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 304
Rok wydania 2012

W innych okolicznościach ucieszyłoby ją to. Rozkoszowałaby się widokiem wstawionej Paxton, której całe życie było po prostu doskonałe; która ciągle sprawiała, że inne kobiety czuły się gorsze. Patrzyłaby z satysfakcją na idealną pannę wykładającą się jak długa. gdyby nie fakt, że otaczali ją pijani i agresywni mężczyźni.
                                                                  ***
Do niedawna Willa i Paxton starały się ze wszystkich sił, by nie wchodzić sobie w drogę. Wydawało im się, że dzieli je wszystko. Do momentu, kiedy tajemnica sprzed lat zmusiła je do wspólnego działania.
Czy Willa i Paxton będą potrafiły pozbyć się swoich uprzedzeń?
Czy istnieje prawdziwa kobieca przyjaźń? Taka, która buduje mosty i burzy mury?


Mam spory problem z ocenieniem powieści „Słodki zapach brzoskwiń”. Lubię prozę Sarah Addison Allen, uwielbiam realizm magiczny, a jednak książka, którą przeczytałam pozostawiła mnie w rozsypce, bynajmniej nie emocjonalnej. Mam spory problem z podjęciem decyzji dotyczącej oceny tej pozycji -  nie wciągnęłam się w fabułę, nie śledziłam poczynań bohaterów z jakimś ogromnym zaangażowaniem, ale nie mogę powiedzieć, że książka była zła, nudna lub całkowicie nieinteresująca.

Akcja „Słodkiego zapachu brzoskwiń” skupia się na wątku kobiecej przyjaźni oraz ukazuje miłość rodzącą się pomiędzy bohaterami. Powieść  jest typowym babskim czytadłem, które uatrakcyjnia obecność magii, jednak udział magicznych wydarzeń jest tak naprawdę znikomy i właściwie nie wpływa jakoś specjalnie na życie postaci, czy przebieg fabuły. Pojawia się pewna tajemnica z przeszłości, ale wątek kryminalny nie został  specjalnie rozbudowany.

Obecność magii buduje fajną, momentami tajemniczą atmosferę, niestety sama akcja jest przeciętna i niczym nie zaskakuje. Przy powieści spędziłam kilka miłych godzin, jednak fabuła nie wywołała u mnie jakichś większych emocji. Czytałam z przyjemnością, ale bez tego dreszczyku ekscytacji, który kazałby mi jak najszybciej dotrzeć do końca książki, aby dowiedzieć się jak zakończy się historia bohaterów.

***

Jeden fragment powieści niesamowicie mi się spodobał, więc pozwolę sobie na jego wynotowanie:

Bo my, kobiety, jesteśmy jak pajęcza sieć. Jeśli choćby jedna nić wibruje, jeśli któraś z nas wpada w tarapaty, wiemy o tym wszystkie. W większości wypadków jesteśmy jednak zbyt przerażone, samolubne lub niepewne siebie, by ruszyć z pomocą. Ale kto nas wesprze, jeśli nie my same?[s. 191]
 

poniedziałek, 4 marca 2013

"Obiecaj mi" Richard Paul Evans

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 296
Rok wydania: 2012

„W zamkniętych na klucz i ukrytych w szafie szkatułkach przechowuję dwa naszyjniki. Są podarunkami od dwóch mężczyzn. Oba naszyjniki są piękne i cenne, nie noszę jednak żadnego z nich - jednego z powodu złamanej obietnicy, drugiego z powodu obietnicy dotrzymanej”.
Tamtego roku Beth przestała wierzyć w szczęśliwy los. Jej życie rozsypało się jak domek z kart: musiała zmierzyć się ze zdradą i opuszczeniem. W chwili próby zawiódł ją najbliższy człowiek, łamiąc wszystkie obietnice, które do tej pory składał.
Wtedy właśnie pojawił się Matthew - niespodziewanie, bez zaproszenia. Jak anioł, który łapie za rękę dokładnie w tej chwili, w której tracimy resztki nadziei. Wiedział, jak pomóc, co zrobić, by Beth znów zaczęła się uśmiechać, znał odpowiedzi na dręczące ją pytania. On też złożył obietnicę. Czy będzie w stanie jej dotrzymać? Kim naprawdę jest Matthew i skąd tyle wie na temat Beth i jej rodziny?

Muszę przyznać, że z lekturą książki Richarda Paula Evansa spóźniłam się o kilka dobrych miesięcy. „Obiecaj mi” to utwór, który doskonale wprowadza czytelnika w bożonarodzeniowy nastrój – szkoda, że nie wiedziałam tego w grudniu.

Akcja powieści rozpoczyna się w roku 2008, Wigilia Bożego Narodzenia. Główna bohaterka, pełniąca zarazem rolę narratorki powieści, czekając na swoich gości, wyciąga z szafy dwie szkatułki. Każde z puzderek zawiera w sobie prezent od mężczyzny, jeden od człowieka, który ją zdradził i złamał jej serce, drugi od kogoś, kto przywrócił jej wiarę w miłość i stanowił dla niej wsparcie w najtrudniejszych chwilach życia. Beth wie, że dzisiejszego wieczoru po raz kolejny spotka tego drugiego mężczyznę, ukochanego dzielącego jej sekret.

Beth wraca pamięcią do roku 1989, był to dla niej rok tragiczny i zarazem niezwykle wyjątkowy. To właśnie w tym roku, 12 lutego, bohaterka dowiedziała się, że jej małżeństwo nie jest idealne, a jej mąż dopuścił się zdrady. W tym roku córka Bethany, Charlotte, zachorowała i zaczęła niknąć w oczach, a lekarze nie mogli zdiagnozować jaka choroba stopniowo wyniszcza sześciolatkę. W Boże Narodzenie wydarzył się jednak mały cud, Beth robiąc ostatnie spożywcze zakupy spotkała Matthew – przystojnego nieznajomego, który z niezwykłą gorliwością dążył do tego, by się z nią umówić, mężczyznę, który dziwnym trafem wiedział co dolega jej córce, człowieka, dzięki któremu po raz kolejny odważyła się zaufać i pokochać. Między Beth i Matthew narodziło się głębokie uczucie, które jednak nigdy nie powinno rozkwitnąć.  Bohater skrywa bowiem pewien sekret – bolesną tajemnicę mogącą zniszczyć spokój ducha Bethany oraz życie jej dziecka. Kim jest Matthew i co sprowadziło go do samotnej, nieszczęśliwej kobiety w dzień Bożego Narodzenia? Ciekawych odpowiedzi na to pytanie odsyłam do lektury.

Historia napisana przez Richarda Paula Evansa jest magiczną opowieścią, która świetnie wprowadza czytelnika w bożonarodzeniowy nastrój. Wprowadzając rozwiązania fabularne charakterystyczne dla realizmu magicznego, autor stworzył piękną opowieść, w której magia przenika się z rzeczywistością. „Obiecaj mi” to bardzo ciepła powieść, wypełniona po brzegi kartek niesamowitą, pełną cudów bożonarodzeniową atmosferą.

Tę powieść polecam czytać zwłaszcza w okresie świątecznym, wtedy jej urok najsilniej będzie oddziaływał na czytelnika. Powieść Evansa bardzo przypadła mi do gustu, fabuła nadzwyczajnie mnie wciągnęła, mimo to czytając „Obiecaj mi” na początku marca, czułam się trochę nieswojo i nie dałam się w pełni uwieść atmosferze wypełniającej powieściowy świat. Czytanie tej książki w okresie innym niż okres bezpośrednio poprzedzający Boże Narodzenie, bądź czas tuż po świętach, mogę przyrównać do słuchania kolęd latem – utwór nadal pozostaje piękny, jednak nie budzi takiej gamy emocji jaką mógłby wywołać w czytelniku sięgającym po powieść w okresie świątecznym.

poniedziałek, 25 lutego 2013

"Jeżynowa zima" Sarah Jio

Wydawnictwa: Znak
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2012

Kiedy niespodziewany nawrót zimy paraliżuje miasto, Claire ma wrażenie, że pogoda doskonale odzwierciedla chłód panujący w jej sercu. Przeżyła tragiczny wypadek, po którym nie może się podnieść. Dopiero dziennikarskie śledztwo w sprawie zaginionego przed laty chłopca pozwala jej zapomnieć o nieszczęściu.

W miarę jak kolejne tropy odkrywają przed nią historię uprowadzonego chłopczyka i poszukującej go pełnej nadziei matki, Claire powoli uczy się żyć na nowo. A to jeszcze nie wszystko: ślady zaginionego Daniela zaczynają w zagadkowy sposób splatać się z losami jej własnej rodziny...

Jeżynowa zima to wyjątkowa historia o miłości, rozpaczy i nadziei.

Skończywszy czytać „Jeżynową zimę” odczułam ogromne wzruszenie. Historia napisana przez Sarah Jio jest smutną opowieścią, wzbudzającą we mnie uczucie nostalgii. Nie mogę powiedzieć, że „Jeżynowa zima” to utwór wypełniony spektakularnie opisanymi scenami tragedii, w książce nie ma nic z taniej sensacji. Autorka snuje swą opowieść spokojnie, bez pośpiechu. Czytając nie odczuwałam przymusu natychmiastowego poznania finału historii - co nie znaczy, że opowieść była nudna. Przewracając ostatnią stronę powieści odczułam dziwną pustkę.

Jeżynowa zima łączy przeszłość i teraźniejszość. Seattle, 1 maja 1933 roku, czasy wielkiego kryzysu, Vera Ray zostawia swojego trzyletniego syna Daniela samego w mieszkaniu. Kobieta nie chce opuszczać dziecka, nie ma go z kim zostawić, wie jednak, że nie może pozwolić sobie na utratę pracy, dzięki której ona i syn mogą przetrwać. W nocy spada śnieg, nadchodzi jeżynowa zima(termin używany w przeszłości przez meteorologów na określenie niespodziewanego, przejściowego, silnego spadku temperatur w typowo ciepłych miesiącach). Kiedy Vera wraca do domu rankiem 2 maja, z przerażeniem odkrywa, że jej syn zniknął…

Seattle 2 maja 2010 roku Claire Aldridge budzi się odczuwając fantomowy ból, wspomnienie po wypadku, który wydarzył się równo rok temu. Mimo upływu czasu, bohaterka ciągle nie doszła do siebie – czytelnik, jeszcze przez jakiś czas nie będzie wiedział co ją spotkało. Claire z zaskoczeniem zauważa, że w nocy spadł śnieg. Do kobiety dzwoni jej wydawca – bohaterka jest dziennikarką – i zleca jej napisanie artykułu o jeżynowej zimie. Claire nie bardzo wie, jak ma ugryźć zlecenie. Jej przyjaciółka, która pracuje w tej samej redakcji, przynosi wycinki prasowe z roku 1933. Claire wygrzebuje informację o zaginięciu Daniela, od tego momentu odkrycie tego, co stało się z chłopcem staje się dla reporterki priorytetem. Historie Very i Claire przeplatają się. Czytelnik będzie śledził losy obu kobiet oraz odkrywał ich tajemnice, pragnienia i obawy.

„Jeżynowa zima” to niesamowita książka. Powieść jest niepozorna, wydawało mi się, że czytałam ją bez większego emocjonalnego zaangażowania, a jednak pomyliłam się. Obie główne bohaterki i ich historie wgryzały się we mnie, drążyły korytarze, z których obecności zdałam sobie sprawę dopiero po przewróceniu ostatniej strony. Bardzo polubiłam obie bohaterki i niezmiernie im współczułam. Ich losy głęboko mnie przejęły.

Zarówno Vera, jaki i Claire muszą poradzić sobie ze swoimi problemami. Panna Ray traci dziecko, a wraz z nim całą radość życia. Autorka w przejmujący sposób ukazała ból matki, która jest gotowa na wszelkie poświęcenie by odnaleźć ukochanego synka. Również Claire ma swoje problemy, wypadek i jego konsekwencje sprawiają, że małżeństwo kobiety przechodzi kryzys. Bohaterka kocha męża, ale nie potrafi się już z nim komunikować. Na horyzoncie pojawia się miły facet, który wydaje się doskonale rozumieć bohaterkę. Czyżby pisarka zdecydowała przeprowadzić skręt w kierunku  romansu?  Choć mam ogromną ochotę rozwodzić się nad wszystkimi istotnymi szczegółami fabuły, które sprawiły, że polubiłam tę pozycję, najlepiej będzie jeśli w tym momencie zamilknę. Nie chcę popsuć czytelnikom przyjemności samodzielnego poznawania historii Very i Claire.

Króciutko i zwięźle podsumowując: „Jeżynowa zima” to piękna i przejmująca powieść, która bardzo mnie wzruszyła i sprawiła, że po jej odłożeniu jeszcze długo nie mogłam znaleźć sobie miejsca.


A oto nostalgiczna piosenka, która stała się inspiracją dla autorki powieści: