niedziela, 21 lutego 2021

"Kopciuszek i szklany sufit" Laura Lane, Ellen Haun

Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 128
Rok wydania: 2018

"Dawno, dawno temu żyła silna i zaradna młoda kobieta, na którą wołano Kopciuszek. Mieszkała ze złośliwą, roszczeniową i – powiedzmy to sobie głośno – przemocową macochą i dwiema rozwydrzonymi przyrodnimi siostrami…"

Nie wiecie? Tak było!

Znane baśnie właśnie zyskały wymiar feministyczny.

Już dość – mamy dość uległych księżniczek! Pora na kobiety, które potrafią był prawdziwymi głównymi bohaterkami swoich własnych opowieści! Pora na to, by księżniczki wyszły z krainy baśni i zmierzyły się z życiem w realu!

Mulan odnosi sukcesy w wojsku, ale gdy dowiaduje się, że zarabia mniej niż inni kapitanowie, wypowiada własną wojnę... Wendy uczy się, by nigdy nie ufać mężczyźnie, który co noc puka w jej okno... A książę od Śpiącej Królewny dowiaduje się, czym jest świadoma zgoda.

W tej złośliwości tkwi mądrość, która zmienia nasze czasy! Dowcipne parodie klasycznych baśni przynoszą nowoczesne znaczenie słów „Długo i szczęśliwie” – takie, w którym obie strony są sobie równe.

„Kopciuszek i szklany sufit” to zbiór 12 feministycznych, przepełnionych specyficznym humorem i nutą ironii retellingów klasycznych baśni. Pomysł na napisanie i wydanie tej niezwykłej książki narodził się  w 2018 roku. Rok wcześniej Laura Lane i Ellen Haun – po kursie pisania komediowych skeczy – wystawiły w Upright Citizens Brigade Theatre w Nowym Jorku cieszący się dużą popularnością  show „Femme Fairy Tales”. To sukces przedstawienia sprawił, że pisarki postanowiły zaadaptować swój scenariusz na książkę, w której poruszają szereg ważnych dla kobiet - i nie tylko dla nich – społecznych problemów.

Baśnie opowiedziane przez amerykańskie pisarki są króciutkie, ale każda z nich zawierają w sobie bardzo mocny przekaz. Laura Lane i Ellen Haun piszą o takich sprawach jak kobieca seksualność, świadoma zgoda, szacunek do drugiego człowieka, nierówność płac, nierówność społeczna, męska agresja, czy samoakceptacja. Panie rozprawiają się na kartach swej książki z mitem księżniczki czekającej na księcia i głęboko zakorzenionym w kulturze przekonaniem, że kobietom spełnienie gwarantuje tylko założenie rodziny. Ich bohaterki to silne i niezależne dziewczyny, które śmiało biorą los w swoje ręce.

Moimi absolutnymi faworytami tego zbioru opowieści są:  „Śnieżka i siedem mikroagresji” (opowieść o złej królowej, której lustro udziela lekcji dobrego zachowania oraz prawidłowego stosowania zaimków osobowych), „ Śpiąca królewna się budzi” (genialna opowieść o tym, czym jest świadoma zgoda), „Żegnaj, Nibylandio” (historia, w której Dzwoneczek ratuje Wendy i jej rodzeństwo przed uprowadzeniem przez stalkera), „Piękna i bestia, i inne porwane kobiety, o których nie słyszeliście” (historia o stronniczości mediów i hierarchii rasowej), „Forsa Mulan” (historia, w której bohaterka walczy o równe traktowanie w pracy, obalając przy okazji  stereotyp, że matki są gorszym pracownikami).Szczególnie trzy z tych retellingów pozwoliły mi spojrzeć inaczej na doskonale znane mi historie i ich mroczne, niedostrzegane na co dzień wątki – nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby rozpatrywać „Piotrusia Pana” czy „Piękną i bestię” jako utwory normalizujące uprowadzenie i przetrzymywanie wbrew woli, czy na „Śpiącą królewnę”  jako baśń o napastowaniu seksualnym.

Najsłabszą w moim odczuciu adaptacją była baśń o Roszpunce. Z jednej strony poruszała on naprawdę ciekawą problematykę samoakceptacji i walkę z odgórnie narzucanymi ideałami kobiecej urody, z drugiej była niestety mocno niesmaczna.

Co poza treścią poszczególnych baśni podobało mi się w tej książce? Pisarki uniknęły tendencyjności, pokazując, że prawdziwy feminizm to nie walka z mężczyznami, ale walka o równe prawa i wzajemny szacunek. Kobiety grają w baśniach pierwsze skrzypce, ale w opowieściach stworzonych przez Laurę Lane i Ellen Haun znalazło się również miejsce dla mężczyzn, którzy kobietom pomagają. Brak tu jednoznacznego podziału na dobro reprezentowane wyłącznie przez bohaterki i zło, którego sprawcami są tylko panowie. W baśni o Śpiącej Królewnie pojawia się postać urwisa, który broni jej przed zapędami księcia i tłumaczy mu, czym jest świadoma zgoda. Książę z adaptacji „Księżniczki na ziarnku grochu” zaprzyjaźnia się z księżniczką i pozwala jej iść własną drogą - zachowanie niezależnej dziewczyny staję się inspiracją dla niego i jego rodziców. W baśniach napisanych przez Laurę i Lane bywa również tak, że to kobiety są negatywnymi postaciami. Złą  bohaterką jest już wspominana przez mnie macocha z adaptacji „Królewny Śnieżki”, swoje za uszami ma także Złotowłosa  z ostatniej baśni.

„Kopciuszek i szklany sufit” to tytuł, który przypadł mi do gustu. Pisarki ciekawie przerobiły klasyczne baśnie, poruszając w nich współczesną problematykę społeczno-obyczajową. Decydując się sięgnąć po ten tytuł należy mieć jednak na uwadze, że fabuła baśni ma naprawdę mocno satyryczny charakter,  a poczucie humoru autorki mają dość specyficzne i niestety nie każdemu przypadnie ono do gustu.

 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Albatros

niedziela, 31 stycznia 2021

"Czwarta Małpa" J. D. Barker

Seria: Sam Porter (tom 1)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2018

Sam Porter jest na urlopie, kiedy pewnego ranka dostaje pilną wiadomość od kolegi z wydziały zabójstw. Niedaleko Hyde Parku  doszło do wypadku, w którym zginął najprawdopodobniej poszukiwany przez śledczych od ponad pięciu lat Zabójca Czwartej Małpy.  Obok ciała policja odkrywa białą paczkę obwiązaną czarną wstążką (znak rozpoznawczy mordercy), w której znajduje się odcięte ucho – pierwsza z trzech części ciała, które przestępca wysyła rodzinom ofiar zanim je zabije. Porter i jego partner Nash rozpoczynają walkę z czasem, by zidentyfikować i dotrzeć do jego właścicielki nim będzie za późno. 

Wszystko wskazuje na to, że śmierć mordercy nie była przypadkowa, a Czwarta Małpa nawet po śmierci postanowił zabawić się z policjantami w kotka i myszkę. Znaleziony przy mężczyźnie pamiętnik skrywa klucz do jego mrocznej przeszłości i kierujących nim motywów.  Czy Porter zdoła w nim jednak odnaleźć wskazówki prowadzące do czekającej na ocalenie, ostatniej ofiary zwyrodnialca?

„Czwarta Małpa” J.D. Barkera to świetnie napisany, trzymający w napięciu thriller z doskonale skonstruowanymi zwrotami akcji, który otwiera trylogię kryminalną o śledczym Samie Porterze. Powieść składa się z dwóch głównych wątków ujętych w przeplatające się ze sobą rozdziały. W jednej części powieści  czytelnik towarzyszy rozwiązującemu sprawę Czwartej Małpy Porterowi. W drugiej czyta przepełnioną makabrą historię wypełnionego kontrastami dzieciństwa mordercy. Czwarta Małpa to zdecydowanie jeden z tych fascynujących, złożonych  czarnych charakterów, o których szybka się nie zapomina. To właśnie lektura rozdziałów poświęconych zabójcy dostarczyła mi najwięcej emocji.

Barker stworzył fantastyczny dreszczowiec i polecam go gorąco wszystkim fanom gatunku.

środa, 20 stycznia 2021

"Magia cierni" Margaret Rogerson

Wydawnictwo McElderry Books
Liczba stron 456
Rok wydania: 2019
 

„Magia cierni” to jedna z moich ulubionych powieści fantastycznych YA. Jak mogłabym nie pokochać bowiem tytułu, którego fabuła skoncentrowana jest wokół książek, a akcja w znacznej części rozgrywa się w magicznych bibliotekach wypełnionych żywymi grymuarami?

Główną bohaterką powieści autorstwa Margaret Rogerson jest Elizabeth Scrivener, szesnastoletnia sierota, która całe życie spędziła w Wielkiej Bibliotece Summershall - jednej z sześciu bibliotek, w których przechowywane są groźne, żywe księgi skrywające w sobie sekrety magii.

Pewnej nocy dochodzi do tragedii. Jeden z pilnie strzeżonych w podziemiach biblioteki grymuarów ulega uszkodzeniu, przekształca się w Malefikt  (mrocznego demona zniszczenia) i ucieka. O wydostaniu się księgi na wolność jako pierwsza dowiaduje się właśnie Elisabeth. Dziewczyna dzielnie staje do walki z potworem, jednak mimo swego bohaterstwa, to właśnie ona zostaje oskarżona o jego uwolnienie.  Bohaterka zostaje oddana w ręce magistra magii – Nathaniela Thorna, który ma zabrać ją do Brassbridge, gdzie czeka ją przesłuchanie. Właśnie tak rozpoczyna się niezwykła powieść o perypetiach  młodej bibliotekarki, pełnego sekretów czarodzieja i jego wiernego sługi Silasa.

Stworzona przez Margaret Rogerson,  osadzona w świecie przypominającym wiktoriańską Anglię historia przepełniona jest intrygami, magią i przygodą. Mnie w tym tytule urzekła przede wszystkim niezwykle zajmująca, dynamicznie rozwijająca się fabuła oraz obecny w powieści humor ujawniający się w dialogach i scenach, w których występują Elisabeth i Nathaniel. Moje czytelnicze serce skradł natomiast bezapelacyjnie Silas.

Lektura „Magii cierni” dostarczyła mi wiele przyjemności.

sobota, 16 stycznia 2021

"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" Stuart Turton

Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 512
Rok wydania: 2019

O jedenastej wieczorem Evelyn Hardcastle zostanie zamordowana.
Masz osiem dni i osiem wcieleń.
Pozwolimy ci odejść pod warunkiem, że odkryjesz, kto jest zabójcą.
Zrozumiano? W takim razie zaczynamy…

„Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” to wybitnie udamy mariaż powieści kryminalnej  z elementami fantastycznymi i powieścią gotycką. Jestem tym tytułem zachwycona!

Akcja książki Stuarta Turtona rozgrywa się w odizolowanej od świata, położonej wśród lasów, podupadającej posiadłości należącej do państwa Hardcastle. Główny bohater zostaje uwięziony przez tajemniczą siłę w  mrocznych murach Blackheat House, by rozwiązać tajemniczą sprawę śmierci córki gospodarzy. Aiden Bishop rozpoczyna walkę z czasem i ze śmiertelnie groźnymi przeciwnikami, którzy zostali uwięzieni w domostwie razem z nim. O akcji tej powieści nie można powiedzieć  więcej, by przypadkiem nie zdradzić przyszłym czytelnikom zbyt wiele. Zawartą w książce tajemnicę koniecznie trzeba odkryć samodzielnie!

„Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” jest debiutem literackim Stuarta Turtona, debiutem wyśmienitym i dopracowanym w najdrobniejszych szczegółach, którego konstrukcja skojarzyła mi się z mechanizmem zegarowym, w którym każdy element musi być do siebie perfekcyjnie dopasowany, by urządzenie działało prawidłowo. Historia stworzona przez Stuarta Turtona  jest właśnie taka - doskonała w najdrobniejszym szczególe. Dałam się całkowicie uwieść tej opowieści. Cenię ten tytuł za genialną i złożoną zagadkę kryminalną, za mroczny i duszny klimat rodem z powieści gotyckiej, za obecny w niej nastrój grozy i rosnącego napięcia, za genialne wykorzystanie motywu pętli czasowej oraz świetną kreację głównego bohatera. Dla mnie ten utwór to arcydzieło literatury kryminalnej!

Jeśli jesteście fanami złożonych zagadek kryminalnych, kochacie powieści gotyckie i nie straszna Wam odrobina fantastyki, gorąco  zachęcam do sięgnięcia po „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle”! Ja nie mogłam oderwać się od lektury.

 

piątek, 8 stycznia 2021

"629 kości" M.M. Perr

Cykl: Podkomisarz Robert Lew
Wydawnictwo: Prozami
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2020

„629 kości” to dla mnie powieść ze zmarnowanym potencjałem, której lektura przypominała mi  ciągłą jazdę w górę i w dół kolejką górską – były w tym tytule całkiem niezłe fragmenty, które rozbudzały ciekawość i napięcie, jednak w moim odczuciu było ich niewiele i szybko ustępowały one miejsce niedopracowanym i irytującym wątkom, które ciągnęły fabułę w dół i mocno obniżyły moją ocenę tego tytułu.  

M.M. Perr świetnie zaczęła. W chacie w Bieszczadach grupka licealistów, która schroniła się przed niespodziewaną śnieżycą, odnajduje zbiór kości i notatniki, w których ktoś opisał najprawdopodobniej ich właścicieli. Do chaty zostaje wysłany z Warszawy podkomisarz Robert Lew, który ma zająć się ta sprawą. Policjanci dość szybko typują i aresztują podejrzanego, więc ich śledztwo polega głównie na próbach odkrycia tożsamości ludzi, do których należą  szczątki oraz  znalezieniu jednoznacznych dowodów świadczących o tym, że zostali oni zamordowani. Sam wątek kryminalny do pewnego momentu był naprawdę ciekawy, jednak mam sporo uwag dotyczących szczegółów fabuły.

W książce nigdy nie został wyjaśniony tytuł powieści. „629 kości” zdecydowanie brzmi chwytliwie, intryguje, ale skąd właściwie wzięła się taka liczba?  W domu w Bieszczadach nie było ich aż tyle, biorąc pod uwagę fakt, że w niektórych ze znalezionych kasetek znajdowały się jedynie pojedyncze fragmenty szkieletów, a w innych zakonserwowane tkanki miękkie. Czytając, nie odnosiłam wrażenia, że policjanci zajmują się badaniem aż takiej liczby kości. Może się czepiam, ale ten element fabuły rzeczywiście wzbudził moje rozczarowanie.

Wielokrotnie podczas lektury odnosiłam wrażenie, że pewne fragmenty tekstu do siebie nie pasują, że zaburzona jest płynność rozdziałów, zdarzało mi się zgubić w fabule. Miałam wrażenie, że niektóre części książki nie były pisane chronologicznie. W pewnym momencie odniosłam nawet wrażenie, że jakiś fragment tekstu musiałam pominąć, ponieważ rozdział, który czytałam nie miał powiązania z wcześniejszymi wydarzeniami i dotyczył postaci, o której wcześniej nie było mowy.

Niezwykle irytujący był obecny w powieści wątek rodzinny podkomisarza, który właściwie niczego nie wnosił do fabuły. Jak większość policjantów i detektywów pojawiających się w kryminałach, również Robert Lew ma problemy rodzinne, ale autorka nie rozwinęła  tego wątku w wystarczającym stopniu i zrobiła z niego swoistego rodzaju bezsensowny i w gruncie rzeczy zbędny wypełniacz.  Rodzina komisarza pojawia się około 5 razy w  bardzo okrojonych scenach tylko po to, by swą „wielką” rolę odegrać w epilogu, który stanowi najgorsze z możliwych zakończeń powieści kryminalnych z jakim do tej pory się spotkałam - chyba jeszcze nigdy nie czułam aż tak ogromnego rozczarowania.

Na kilkudziesięciu ostatnich stronach książki pisarka rozbudziła mój apetyt. Liczyłam na wyjaśnienia i zamknięcie sprawy, tymczasem dostałam niedopracowane do granic możliwości zakończenie, które trzyma czytelnika w totalnym zawieszeniu. Akcja nagle się urywa, a toczący się pół roku po opisanych wydarzeniach epilog to jakieś nieporozumienie, którego celem było zagranie na emocjach czytelnika i skłonienie go do sięgnięcia po kolejny tom serii, w którym będzie najprawdopodobniej kontynuowane śledztwo podkomisarza Lwa. Zakończenie pozostawiło mnie z naprawdę nieprzyjemnym wrażeniem, że zmarnowałam swój czas.

Podsumowując, „629 kości” to książka, co do której mam bardzo mieszane uczucia. Przedstawiona w powieści  sprawa kryminalna był intrygująca, ale w fabule było również sporo niedociągnięć. Największym rozczarowaniem okazał się finał, który pozostawiał mnie bez najważniejszych odpowiedzi.