wtorek, 30 czerwca 2026

"Rodzina Delaneyów" Daphne du Maurier

Wydawnictwo Albatros 
Liczba stron:  400
Rok wydania: 2026

Gatunek: powieść psychologiczno-obyczajowa

Motywy: rodzina, dzieciństwo, sztuka, środowisko artystyczne, praca w teatrze, muzyka

Jedno pozornie niewinne zdanie potrafi wywołać lawinę wspomnień. W „Rodzinie Delaneyów” Daphne du Maurier właśnie od takiej chwili rozpoczyna swoją opowieść. Deszczowy dzień sprawia, że rodzeństwo – Maria, Celia i Niall – spotyka się w domu Marii. Atmosfera jest swobodna, niemal beztroska, dopóki mąż kobiety nie rzuca pod ich adresem gorzkiej uwagi, nazywając ich „pasożytami”. To jedno słowo staje się impulsem do bolesnej refleksji. Czy rzeczywiście przez całe życiem Delaneyowie żyli kosztem innych? A może byli jedynie dziećmi wychowanymi w świecie, który od początku odebrał im szansę na normalność? 

To pytanie otwiera drzwi do przeszłości. Wraz z bohaterami cofamy się do ich nietypowego dzieciństwa  - dorastania w artystycznym środowisku, pełnym blasku sceny, niezwykłych osobowości i nieustannych zmian. Wspomnienia stopniowo odsłaniają, jak bardzo doświadczenia z najmłodszych lat ukształtowały ich charaktery, wzajemne relacje i sposób, w jaki postrzegają samych siebie.

Daphne du Maurier odchodzi w tej powieści od gotyckiego klimatu, który jest charakterystyczny dla większości jej tytułów, tworząc, psychologiczno-obyczajową opowieść o rodzinnych więziach. Z niezwykłą przenikliwością pokazuje, że dzieciństwo nigdy nie pozostaje jedynie wspomnieniem - to fundament, na którym budujemy dorosłe życie. Relacje między bohaterami są pełne czułości, ale także zazdrości, zależności i niewypowiedzianych żalów. Maria, Celia I Niall nie są ani idealni, ani jednoznaczni, dzięki czemu wydają się wyjątkowo autentyczni.

Nie oznacza to jednak, że ich polubiłam. Wręcz przeciwnie- przez większą część lektury rodzeństwo Delaneyów potrafiło mnie irytować. Szczególnie Niall i Maria, których decyzje oraz sposób traktowania najbliższych wielokrotnie wystawiały moją cierpliwość na próbę. Nawet Celia, pozornie najbardziej bezinteresowna i gotowa poświęcać się dla bliskich, momentami budziła we mnie znużenie swoją biernością i nieumiejętnością postawienia granic. Paradoksalnie właśnie to uznaję za jedną z największych zalet tej powieści. Du Maurier stworzyła bohaterów dalekich od ideału - ludzi, którzy popełniają błędy, ranią siebie nawzajem i bywają trudni do polubienia. Dzięki temu wydają się zaskakująco prawdziwi.

Największym plusem tej powieści nie jest wartka akcja, lecz emocje ukryte między słowami. Du Maurier udowadnia, że największe dramaty rozgrywają się nie podczas spektakularnych wydarzeń, lecz w codziennych rozmowach, przemilczeniach i wspomnieniach, do których nieustannie wracamy. Tytułowi „pasożyci” okazują się znacznie bardziej złożeni, niż mogłoby się wydawać po pierwszych stronach.

Mimo wszystko „Rodzinę Delaneyów” przeczytałam z dużą przyjemnością. To powieść, która płynie spokojnym rytmem, a elegancki styl Daphne du Maurier sprawia, że kolejne strony znikają niemal niezauważenie.

„Rodzina Delaneyów” to książka o fascynującej rodzinie, która potrafi być dla bohaterów jednocześnie schronieniem i ciężarem. To opowieść o cienkiej granicy między miłością a uzależnieniem oraz o tym, że od przeszłości nie można uciec – można jedynie spróbować ją zrozumieć. Nie wywołała we mnie zachwytu nad bohaterami, ale skłoniła do zastanowienia się nad tym, jak bardzo dzieciństwo i rodzinne relacje potrafią determinować całe nasze życie. A to, moim zdaniem, jest największą siłą tej powieści.

środa, 3 czerwca 2026

"O czym nie mówimy" Slavenka Drakulić

Wydawnictwo: Biblioteka słów
Liczba stron: 134 (e-book)
Rok wydania: 2026

Gatunek: okruchy życia, obyczajowe, opowiadania

Motywy: śmierć, starość, choroba, cielesność

„Homo sum, humani nihil a me alienum puto” - „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Maksyma Terencjusza, choć powstała ponad dwa tysiące lat temu, wydaje się zaskakująco aktualna w kontekście najnowszego zbioru opowiadań chorwackiej pisarki Slavenki Drakulić. Choroba, starość, samotność, śmierć, rozpad relacji, poczucie przegranej - wszystko to należy do ludzkiego doświadczenia. A jednak współczesna kultura coraz częściej spycha te tematy na margines.

Żyjemy w epoce celebrującej młodość, piękno i sukces. Literatura popularna chętnie opowiada o samorealizacji, przekraczaniu granic i odnajdywaniu szczęścia. W mediach społecznościowych oglądamy starannie wyselekcjonowane obrazy życia, z których usuwa się to, co niewygodne: słabość, starzenie się, cierpienie, choroby czy porażkę. Nie oznacza to oczywiście, że współczesna literatura całkowicie porzuciła trudne tematy, jednak coraz częściej funkcjonują one na obrzeżach głównego nurtu zainteresowań czytelników. Tym większą wartość ma książka, która świadomie kieruje wzrok właśnie tam, gdzie zwykle nie chcemy patrzeć.

Slavenka Drakulić w zbiorze „O czym nie mówimy” podejmuje próbę literackiego oswojenia tematów wypieranych z codziennych rozmów. Już sam tytuł staje się zapowiedzią tego, co znajdziemy na kartach książki. Autorka nie interesuje się spektakularnymi wydarzeniami. Zamiast tego przygląda się prozie życia. Bohaterki – bo to kobiety są głównie postaciami stającymi w centrum minimalistycznych fabuł nowel pisarki - mierzą się z diagnozą choroby, śmiercią bliskich, rozpadem małżeństwa, samotnością czy utratą poczucia własnej wartości. To doświadczenia powszechne, a jednocześnie zaskakująco rzadko stające się przedmiotem szczerych rozmów.

Najpełniej wyraża to jeden z fragmentów książki:

"Zresztą - to jest coś, o czym nie mówimy. Nawet wśród przyjaciół. Śmierć, choroba, nieszczęście, ból, strata, oszustwo, zdrada, upokorzenie, porażka, wstyd, niepowodzenie… A zwłaszcza – rozwód. O tym nie mówimy".

Ten cytat można potraktować jako swoisty klucz interpretacyjny do całego zbioru. Drakulić pokazuje bowiem nie tylko same doświadczenia cierpienia czy straty, ale także mechanizmy społecznego milczenia. Bohaterowie opowiadań często pozostają samotni nie dlatego, że wokół nich brakuje ludzi, lecz dlatego, że pewnych tematów nie wypada poruszać. Wstyd, lęk przed oceną czy potrzeba zachowania pozorów skutecznie zamykają drogę do prawdziwej bliskości i wzajemnego zrozumienia.

Szczególnie interesujące jest miejsce, jakie w tych krótkich utworach zajmuje starość. W kulturze skoncentrowanej na młodości osoby starsze często stają się niewidzialne. Tymczasem Drakulić oddaje im głos i pokazuje ich świat bez sentymentalizmu. Starość nie jest tutaj ani romantyzowana, ani demonizowana. To etap życia związany z utratą sprawności, zmianami w relacjach i coraz częstszą obecnością śmierci, ale także czas intensywnej refleksji nad własnym życiem.

Podobnie dzieje się z motywem choroby. Nie jest ona wyłącznie wydarzeniem medycznym, lecz doświadczeniem egzystencjalnym. Choroba zmienia sposób postrzegania własnego ciała, relacji z innymi ludźmi i przyszłości. Kobiety przedstawione na kartach zbioru muszą nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości, która wymyka się spod kontroli. W tym sensie autorka dotyka jednego z najbardziej uniwersalnych ludzkich lęków – świadomości własnej śmiertelności.

Na uwagę zasługuje również sama forma opowiadań. Styl pisarki jest oszczędny, pozbawiony zbędnego patosu. Emocje nie są tu wykrzykiwane, lecz ukryte między zdaniami. Dzięki temu teksty zyskują autentyczność i siłę oddziaływania. Autorka pozostawia czytelnikom przestrzeń do własnych interpretacji i refleksji.

„O czym nie mówimy” to książka, która przypomina, że literatura nie musi jedynie dostarczać rozrywki. Może również kierować uwagę ku tym doświadczeniom, które na co dzień staramy się od siebie odsuwać i o nich nie myśleć. Drakulić nie oferuje pocieszenia ani prostych odpowiedzi. Proponuje coś znacznie cenniejszego - uważne spojrzenie na człowieka w momentach jego największej słabości.

I właśnie dlatego maksyma Terencjusza tak dobrze współgra z tym zbiorem. Jeśli rzeczywiście nic, co ludzkie, nie powinno być nam obce, to nie możemy odwracać wzroku od starości, choroby, samotności czy porażki. Slavenka Drakulić przypomina o tym z niezwykłą wrażliwością, tworząc literaturę, która  przywraca głos doświadczeniom spychanym na margines społecznej uwagi.


niedziela, 12 kwietnia 2026

"What Lies Beyond the Veil" Harper L. Woods (czytam po angielsku)

Seria: Of Flesh & Blood (tom 1)
Wydawca: Hodder & Stoughton
Liczba stron: 438
Rok wydania: 2022 

Gatunek: romantasy

Motywy: patriarchat, przemoc, przemoc wobec kobiet, grooming, zakazana magia, Fae, romans, erotyzm, wojeryzm, dotknij ją i zginiesz, kto ci to zrobił?, fated mates

Polskie wydanie: "Co kryje się za woalem", wydawnictwo Fabryka Słów, maj 2026 

„What Lies Beyond the Veil” autorstwa Harper L. Woods to powieść romantasy, która potrafi wciągnąć i dostarczyć przyjemności z lektury, ale jednocześnie sprawia wrażenie tytułu nie do końca dopracowanego. Wiele wątków oraz rozwiązań fabularnych może momentami irytować.

Już od pierwszych stron książka buduje intrygującą atmosferę tajemnicy. Autorka przenosi nas do patriarchalnego świata, w którym ludzie od czterystu lat są oddzieleni od niebezpiecznych Fae przez magiczną zasłonę. Aby ją utrzymać, konieczna jest jednak krwawa ofiara…

Początek zdecydowanie należy do najmocniejszych elementów powieści - napięcie rośnie stopniowo, poznajemy główną bohaterkę i zostajemy wprowadzeni w brutalne realia świata przedstawionego. Akcja nabiera tempa w dniu, w którym ofiara zawodzi, bariera znika, a na ciałach niektórych ludzi pojawiają się tajemnicze symbole naznaczające ich jako partnerów Fae.

Magiczny znak pojawia się również na ciele Estrelli, która zostaje zmuszona do ucieczki z rodzinnego Mistfell - zarówno przed Strażą Mgły polującą na naznaczonych, jak i przed mieszkańcami Alfheimr poszukującymi swoich partnerów - by ocalić życie i swoją niezależność. Podczas desperackiej ucieczki spotyka Caeluma - mężczyznę, który również nosi na skórze magiczny znak. Gdy nieznajomy ratuje Estrellę przed wysłannikami Fae, kobieta decyduje się kontynuować dalszą podróż razem z nim.

Fabuła koncentruje się wokół wątku ucieczki bohaterów oraz narastającego między nimi uczucia. Początek relacji Estrelli i Caeluma bardzo mi się podobał, jednak im bliżej finału, tym moje zadowolenie malało i to nie tylko z powodu tego, w jaki sposób rozwijał się wątek romantyczny.

Kluczowe zwroty fabularne tracą na sile, ponieważ autorka zbyt wyraźnie je zapowiada. Zamiast subtelnego budowania napięcia dostajemy rozwiązania podane niemal na tacy oraz bardzo oczywiste wskazówki, co odbierało historii elementu zaskoczenia. W efekcie główny plot twist ujawniony w finale był przewidywalny niemal od początku powieści.

Kontrowersyjna okazała się dla mnie postać Caeluma. Początkowo podobała mi się jego opiekuńczość wobec głównej bohaterki, jednak z czasem jego flirciarskie zachowanie przerodziło się w niezdrową zaborczość i narastającą potrzebę kontrolowania Estrelli. Im bliżej finału, tym bardziej jego postać mnie irytowała. Szczególnie jedna scena - zbliżenie bohaterów we wspólnej łaźni - wypadła mało przekonująco i we mnie wywołało głownie poczucie zażenowania. W kontekście wcześniej budowanej charakterystyki Estrelli jej zachowanie wydaje się w tej scenie mocno niespójne.

W moim odczuciu bohaterka stopniowo traci swój charakter i niezależność - pazur, który pokazała na początku historii - stając się osobą uległą i zdominowaną przez partnera. Również przemiana Caeluma pod koniec książki budzi we mnie mieszane uczucia - jego zachowanie odbiega od wcześniejszego wizerunku czułego ochroniarza, a niektóre sceny z jego udziałem były wręcz odpychające. Z czasem bohater w moich oczach zaczął przypominać irytującego macho, traktującego Estrellę jak swoją własność. Powiedzmy, że ten rodzaj przemiany może być uzasadniony fabularnie doświadczeniami mężczyzny, nie zmienia to jednak faktu, że dla mnie w pewnym momencie stał się on niezwykle irytujący.

Podsumowując. „What Lies Beyond the Veil”  to książka, która świetnie się zaczyna i czytałam ją raczej z przyjemnością, mimo kilku irytujących mankamentów. Podobał mi się klimat tej opowieści, uważam, że jest to zdecydowanie historia z potencjałem i jestem ciekawa jak dalej się potoczy wątek zasłony oraz jak rozwinie się relacja głównych bohaterów  - a zwłaszcza to, co zrobi Estrella w obliczu informacji, które uzyskała w finale opowieści.

 

czwartek, 2 kwietnia 2026

"King of Ravens" Clare Sager (czytam po angielsku)

Seria: Upon a Broken Throne (tom 1)
Wydawnictwo: Penguin Random House
Liczba stron: 480
Rok wydania: 2026

Gatunek: romantasy

Motywy: choroba, umowa z fae, od nienawiści do miłości, labirynt, moralnie szary bohater, zdrada, magiczny świat pogrążony w zimie

 
 
 „King of Ravens” to dobra, choć - moim zdaniem - niezbyt wyróżniająca się powieść romantasy, wykorzystująca znane motywy, takie jak wymuszona bliskość, relacja od nienawiści do miłości czy wątek fae porywającego śmiertelniczkę do magicznego świata. Książkę czytało mi się bardzo szybko – lektura była przyjemna, jednak nie zaabsorbowała mnie w pełni. To raczej lekkie czytadło, przy którym można się zrelaksować po pracy.

Główna bohaterka, Rhiannon, zmaga się z tajemniczą, nieuleczalną chorobą, która stopniowo odbiera jej siły. Jej życie zmienia się, gdy niespodziewanie przed jej domem pojawia się Drystan - potężny, mroczny fae, władca świata zmarłych i zarazem jej narzeczony, o istnieniu którego nie miała pojęcia…
 
Tak rozpoczyna się opowieść o śmiertelnej dziewczynie zabranej do podziemnego świata fae, która za wszelką cenę pragnie wrócić do domu.

Autorka buduje mroczny świat, w którym można dostrzec inspiracje mitologią (historia porwania Persefony przez Hadesa, celtyckie legendy o zawieraniu umów z fae), a także filmem „Labirynt” Jima Hensona (motyw labiryntu, który bohaterka musi pokonać, by odzyskać wolność i wrócić do świata ludzi). Świat przedstawiony jest niewątpliwie intrygujący.

Bohaterowie również zostali ciekawie wykreowani. Rhiannon to postać zdeterminowana, próbująca zachować kontrolę nad własnym losem mimo ograniczeń wynikających z choroby i sytuacji, w której się znalazła. Drystan wpisuje się natomiast w popularny schemat bohatera o niejednoznacznej moralności – trudno go rozgryźć, a gdy wydaje się, że już się to udało, odsłania kolejne oblicze. Relacja między bohaterami rozwija się w przyzwoitym tempie, a wątek romantyczno-erotyczny – co dla mnie jest plusem – nie dominuje nad fabułą.

„King of Ravens” to propozycja wpisująca się w nurt romantasy, oparta na znanych schematach, ale sprawnie wykorzystująca ich potencjał. Książka może zainteresować fanów gatunku. Dla mnie historia momentami była jednak nieco zbyt przewidywalna. Mimo to będę czekać na kolejną część serii - finał oraz bonusowy rozdział z perspektywy głównego bohatera (obecny w wydaniu FairyLoot) skutecznie rozbudziły moją ciekawość co do dalszych losów Rhiannon i Drystana.