sobota, 16 stycznia 2021

"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" Stuart Turton

Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 512
Rok wydania: 2019

O jedenastej wieczorem Evelyn Hardcastle zostanie zamordowana.
Masz osiem dni i osiem wcieleń.
Pozwolimy ci odejść pod warunkiem, że odkryjesz, kto jest zabójcą.
Zrozumiano? W takim razie zaczynamy…

„Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” to wybitnie udamy mariaż powieści kryminalnej  z elementami fantastycznymi i powieścią gotycką. Jestem tym tytułem zachwycona!

Akcja książki Stuarta Turtona rozgrywa się w odizolowanej od świata, położonej wśród lasów, podupadającej posiadłości należącej do państwa Hardcastle. Główny bohater zostaje uwięziony przez tajemniczą siłę w  mrocznych murach Blackheat House, by rozwiązać tajemniczą sprawę śmierci córki gospodarzy. Aiden Bishop rozpoczyna walkę z czasem i ze śmiertelnie groźnymi przeciwnikami, którzy zostali uwięzieni w domostwie razem z nim. O akcji tej powieści nie można powiedzieć  więcej, by przypadkiem nie zdradzić przyszłym czytelnikom zbyt wiele. Zawartą w książce tajemnicę koniecznie trzeba odkryć samodzielnie!

„Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” jest debiutem literackim Stuarta Turtona, debiutem wyśmienitym i dopracowanym w najdrobniejszych szczegółach, którego konstrukcja skojarzyła mi się z mechanizmem zegarowym, w którym każdy element musi być do siebie perfekcyjnie dopasowany, by urządzenie działało prawidłowo. Historia stworzona przez Stuarta Turtona  jest właśnie taka - doskonała w najdrobniejszym szczególe. Dałam się całkowicie uwieść tej opowieści. Cenię ten tytuł za genialną i złożoną zagadkę kryminalną, za mroczny i duszny klimat rodem z powieści gotyckiej, za obecny w niej nastrój grozy i rosnącego napięcia, za genialne wykorzystanie motywu pętli czasowej oraz świetną kreację głównego bohatera. Dla mnie ten utwór to arcydzieło literatury kryminalnej!

Jeśli jesteście fanami złożonych zagadek kryminalnych, kochacie powieści gotyckie i nie straszna Wam odrobina fantastyki, gorąco  zachęcam do sięgnięcia po „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle”! Ja nie mogłam oderwać się od lektury.

 

piątek, 8 stycznia 2021

"629 kości" M.M. Perr

Cykl: Podkomisarz Robert Lew
Wydawnictwo: Prozami
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2020

„629 kości” to dla mnie powieść ze zmarnowanym potencjałem, której lektura przypominała mi  ciągłą jazdę w górę i w dół kolejką górską – były w tym tytule całkiem niezłe fragmenty, które rozbudzały ciekawość i napięcie, jednak w moim odczuciu było ich niewiele i szybko ustępowały one miejsce niedopracowanym i irytującym wątkom, które ciągnęły fabułę w dół i mocno obniżyły moją ocenę tego tytułu.  

M.M. Perr świetnie zaczęła. W chacie w Bieszczadach grupka licealistów, która schroniła się przed niespodziewaną śnieżycą, odnajduje zbiór kości i notatniki, w których ktoś opisał najprawdopodobniej ich właścicieli. Do chaty zostaje wysłany z Warszawy podkomisarz Robert Lew, który ma zająć się ta sprawą. Policjanci dość szybko typują i aresztują podejrzanego, więc ich śledztwo polega głównie na próbach odkrycia tożsamości ludzi, do których należą  szczątki oraz  znalezieniu jednoznacznych dowodów świadczących o tym, że zostali oni zamordowani. Sam wątek kryminalny do pewnego momentu był naprawdę ciekawy, jednak mam sporo uwag dotyczących szczegółów fabuły.

W książce nigdy nie został wyjaśniony tytuł powieści. „629 kości” zdecydowanie brzmi chwytliwie, intryguje, ale skąd właściwie wzięła się taka liczba?  W domu w Bieszczadach nie było ich aż tyle, biorąc pod uwagę fakt, że w niektórych ze znalezionych kasetek znajdowały się jedynie pojedyncze fragmenty szkieletów, a w innych zakonserwowane tkanki miękkie. Czytając, nie odnosiłam wrażenia, że policjanci zajmują się badaniem aż takiej liczby kości. Może się czepiam, ale ten element fabuły rzeczywiście wzbudził moje rozczarowanie.

Wielokrotnie podczas lektury odnosiłam wrażenie, że pewne fragmenty tekstu do siebie nie pasują, że zaburzona jest płynność rozdziałów, zdarzało mi się zgubić w fabule. Miałam wrażenie, że niektóre części książki nie były pisane chronologicznie. W pewnym momencie odniosłam nawet wrażenie, że jakiś fragment tekstu musiałam pominąć, ponieważ rozdział, który czytałam nie miał powiązania z wcześniejszymi wydarzeniami i dotyczył postaci, o której wcześniej nie było mowy.

Niezwykle irytujący był obecny w powieści wątek rodzinny podkomisarza, który właściwie niczego nie wnosił do fabuły. Jak większość policjantów i detektywów pojawiających się w kryminałach, również Robert Lew ma problemy rodzinne, ale autorka nie rozwinęła  tego wątku w wystarczającym stopniu i zrobiła z niego swoistego rodzaju bezsensowny i w gruncie rzeczy zbędny wypełniacz.  Rodzina komisarza pojawia się około 5 razy w  bardzo okrojonych scenach tylko po to, by swą „wielką” rolę odegrać w epilogu, który stanowi najgorsze z możliwych zakończeń powieści kryminalnych z jakim do tej pory się spotkałam - chyba jeszcze nigdy nie czułam aż tak ogromnego rozczarowania.

Na kilkudziesięciu ostatnich stronach książki pisarka rozbudziła mój apetyt. Liczyłam na wyjaśnienia i zamknięcie sprawy, tymczasem dostałam niedopracowane do granic możliwości zakończenie, które trzyma czytelnika w totalnym zawieszeniu. Akcja nagle się urywa, a toczący się pół roku po opisanych wydarzeniach epilog to jakieś nieporozumienie, którego celem było zagranie na emocjach czytelnika i skłonienie go do sięgnięcia po kolejny tom serii, w którym będzie najprawdopodobniej kontynuowane śledztwo podkomisarza Lwa. Zakończenie pozostawiło mnie z naprawdę nieprzyjemnym wrażeniem, że zmarnowałam swój czas.

Podsumowując, „629 kości” to książka, co do której mam bardzo mieszane uczucia. Przedstawiona w powieści  sprawa kryminalna był intrygująca, ale w fabule było również sporo niedociągnięć. Największym rozczarowaniem okazał się finał, który pozostawiał mnie bez najważniejszych odpowiedzi.

czwartek, 7 stycznia 2021

"Światło i cienie" Anne Bishop

Cykl: Filary Świata (tom 2)
Wydawnictwo: Initium
Liczba stron: 544
Rok wydania: 2020
 
Anne Bishop, bestsellerowa autorka „New York Timesa”, powraca w drugiej części fenomenalnej trylogii Tir Alainn, zabierając nas w pełną ekscytujących przygód podróż po swoim świecie. Światło i cienie to perełka wśród opowieści gatunku fantasy, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, osnuta mgiełką romansu i pełnej oddania miłości…

 

„Światło i cienie” to emocjonująca kontynuacja „Filarów świata” Anne Bishop. Powieść, podobnie jak poprzedni tom, dostarczyła mi mnóstwa silnych emocji. Kiedy już zaczęłam czytać, nie mogłam odłożyć książki, dopóki nie dotarłam do ostatniej strony.

Magiczny świat wróżek stoi nad krawędzią zagłady, jednak pochodzący ze wschodu Fae nadal myślą tylko o sobie i nie chcą przyjąć do wiadomości istnienia potomków domu Gaian i ich roli w utrzymaniu Tir Alainn.  Bierność  Światłego i Łowczyni sprawia, że do władzy dochodzą okrutni Inkwizytorzy. Wydaje się, że szaleństwo przywódcy Czarnych Płaszczy zaczyna rozlewać się na cały świat. Tymczasem dwójka Fae, którzy poznali Ari (bohaterkę poprzedniego tomu) i zrozumieli rolę wiedźm w ocaleniu magii światów, wyrusza w pełną niebezpieczeństw drogę na zachód, gdzie od lat żyją tajemnicze klany wróżek. Bard i Muza mają nadzieję, że tam znajdą sojuszników, którzy pomogą im przekonać wschodnich Fae, że czas biernego obserwowania świata ludzi się skończył i nadeszła pora, by stanąć w obronie potomków rodu Gaian.

W „Światłach i cieniach” Anne Bishop kontynuuje przesyconą magią i dramatem historię o walce Inkwizytorów, wiedźm i Fae. W drugim tomie trylogii „Tir Alainn” pisarka skupia się na postaciach wróżek – Barda i Muzy oraz przedstawicieli zachodnich klanów – którzy postawiają stanąć w obronie prześladowanych przez Inkwizytorów wiedźm. Tym razem to przedstawiciele Fae są głównymi bohaterami powieści.

W książce przeplata się ze sobą kilka wątków. Czytelnik śledzi podróż Barda i Muzy. Jest świadkiem prób wpłynięcia Inkwizytorów i wschodnich baronów na władców zachodu. Obserwuje dramatyczny los kobiet, którym mężczyźni brutalnie odbierają prawa. Wszystkie te wątki splatają się w cudowną i do głębi poruszającą historię, od której nie mogłam się oderwać. Podczas lektury zamieniłam się w emocjonalny kocioł, w którym radość i czułość mieszały się z wściekłością  i smutkiem, kiedy czytałam fragmenty poświęcone prześladowaniom kobiet.

Anne Bishop po raz kolejny mnie zaczarowała, pisząc pełną akcji powieść, w której mieszają się ze sobą życie i śmierć, nadzieja i okrucieństwo, światło i cienie. Nie pozostaje mi nic innego niż po raz kolejny przyznać, że totalnie uwielbiam prozę tej amerykańskiej pisarki.

 

sobota, 14 listopada 2020

"Co powiesz na spotkanie?" Rachel Winters

Wydawnictwo Albatros
Liczba stron: 416
Rok wydania: 2020

Napisać komedię romantyczną w dzisiejszym świecie to prawdziwe wyzwanie!
Bo przecież wszystkie romantyczne historie wymyślono w latach 90…

I czy dzisiaj ktoś jeszcze potrzebuje się wzruszać…?

Evie jest przekonana, że tak! Ezra jest przekonany, że nie.

I mają problem, bo on musi napisać scenariusz komedii romantycznej, chociaż bardzo tego nie chce. A jej przyszłość zależy od tego, czy jemu się uda.
 

Macie ochotę na zabawną i ciepłą komedię romantyczną, utrzymaną nieco w stylu opowieści o Bridget Jones? Gorąca zachęcam Was do sięgnięcia po  „Co powiesz na spotkanie?” Rachel Winters - najnowszą publikację w serii wydawniczej „Mała czarna”. Po raz czwarty muszę stwierdzić, że w moje ręce trafiła rewelacyjna książka, której lektura dostarczyła mi ogromnej przyjemności i wywołała moc pozytywnych emocji.

Evie Summers jest dwudziestodziewięcioletnią singielką, która od lat pracuje jako asystentka w agencji scenarzystów  Williama Jonathana Montgomerego. Bohaterka znajduje się w niezbyt ciekawym punkcie życia – jakiś czas temu rzucił ją chłopak,  jej kariera od lat stoi w tym samym punkcie. Możliwość zmiany pojawia się w momencie, w którym Monty przydziela jej zadanie zmotywowania do pracy Ezry Chestera – gwiazdę ich agencji, oscarowego scenarzystę, który dostał zlecenie napisania scenariusza komedii romantycznej. Jeśli bohaterce uda się zmusić mężczyznę do pracy, uzyska upragniony od lat awans. Jeśli jej działania nie przyniosą rezultatu, ona może pożegnać się z pracą, a agencja upadnie.

By zmusić scenarzystę do pracy, Evie wchodzi z nim w niecodzienny układ – odegra w rzeczywistości najpopularniejsze sceny poznania się filmowych bohaterów, by znaleźć miłość. Jeśli jej się uda – Ezra napisze scenariusz. Właśnie to wydarzenie staje się punktem wyjścia akcji pełnej absurdalnych i zarazem zabawnych scen powieści o wspieranej przez grono przyjaciół asystentce, zadufanym w sobie, przystojnym scenarzyście, a także o małej dziewczynce i jej tacie, których Evie poznaje pewnego dnia w swojej ulubionej kawiarni.

Rachel Winters genialnie bawiła się w swoim utworze romantycznymi schematami, ubierając je w żart, by ogranym motywom nadać świeżości. Pisarka świetnie wykreowała bohaterów, a zwłaszcza Evie, która jest mega pozytywną i sympatyczną postacią, mającą jednak tendencję – podobnie jak wspominana przez mnie na początku Bridget Jones – do pakowania się w tarapaty i dziwne sytuacje (prawdziwym hitem była dla mnie scena, w której Evie trafiła na spotkanie dość szczególnego klubu książkowego, czytając ją, uśmiałam się do łez).

„Co powiesz na spotkanie?” to kolejna perełka z gatunku literatury kobiecej. Jeśli szukacie lekkiej i zabawnej komedii romantycznej, to koniecznie musicie sięgnąć po ten tytuł.  Muszę Wam powiedzieć, że już od lat sądziłam, że typowa literatura kobieca nie ma mi nic ciekawego do zaoferowania i stroniłam od tego gatunku, seria „Mała czarna” udowadnia, że nie miałam racji.

 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu Albatros

 

poniedziałek, 9 listopada 2020

"Jedna krew" Stefan Darda

Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron: 416
Rok wydania: 2020

Był rok 1984, gdy w niewielkiej bieszczadzkiej wiosce miały miejsce dramatyczne wydarzenia, po których nieboszczykom przed pochówkiem odcinano głowę i przebijano pierś metalowym zębem brony. Po jakimś czasie zaniechano tego zwyczaju i przez wiele lat żaden zmarły nie zakłócał spokoju tamtejszym mieszkańcom. Wieńczysław Pskit w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku był małym chłopcem i cudem uniknął niebezpieczeństwa ze strony ukochanej siostry. Miał nadzieję, że nigdy więcej nie usłyszy o „jednej krwi”, która burzy się w żyłach po śmierci i każe szukać wiecznego ukojenia. Tymczasem rok 2011 niespodziewanie wskrzesza dawne koszmary…

„Jedna krew” Stefana Dardy to według mnie powieść z niewykorzystanym do końca potencjałem. Niby to powieść grozy, a jednak czytając  książkę nie czułam  dreszczyku niepokoju, którego poszukuję sięgając  po utwory wpisujące się w ten gatunek literacki. Choć pisarz zaintrygował mnie pomysłem na fabułę, nie udało mu się wywołać we mnie mocniejszych emocji.

Dużym plusem powieści Stefana Dardy jest oparcie fabuły na niesztampowym, mającym swe korzenie w beskidzkich wierzeniach ludowych wątku wampirycznym. Kilka lat temu wręcz nałogowo czytałam powieści o krwiopijcach, ale nie przypominam sobie, bym trafiła na utwór, w którym ten wątek zostałby przestawiony w sposób, w jaki zrobił to pan Darda, u którego za wampiryczną przemianę odpowiedzialna jest stanowiąca fabularną oś powieści, tytułowa klątwą jednej krwi. Bardzo spodobały mi się słowiańskie korzenie tego wątku

Mocnym punktem tego tytułu jest według mnie również kreacja głównego bohatera. Wieńczysław Pskit, który w dzieciństwie omal nie pożegnał się ż życiem za sprawą swej zmarłej kuzynki jest postacią mocno intrygującą, choć nie wzbudza on raczej sympatii (przynajmniej jeśli chodzi o mnie).  Z dużym zaciekawieniem śledziłam rozwój obsesji głównego bohatera dotyczącej jednej krwi i jego nienaturalnej wręcz fascynacji kuzynką. Przyznam, że przez większość książki zastanawiałam się, czy cała opowieść nie jest przypadkiem historią stopniowego staczania się w szaleństwo Wieńczysława oraz czy klątwa jednej krwi nie jest tylko wytworem jego chorego umysłu.

„Jedna krew” to powieść, której pod względem warsztatowym nie mogę niczego zarzucić. Historia jest przemyślana i dobrze napisana, jednak, mimo jej niewątpliwych zalet, między  mną a tym tytułem nie zaiskrzyło – no cóż, zdarza się.