niedziela, 31 sierpnia 2014

"Definitywnie Martwy" Charlaine Harris

Seria: Sookie Stackhouse (tom 6)
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 448
Rok wydania: 2011

Sookie nie posiada zbyt dużej rodziny, ze smutkiem więc przyjęła wiadomość o śmierci jednej z najbliższych krewnych. Dodatkowo, zaskoczyła ją nowina, że kuzynka Hadley, bliska faworyta wampirzej królowej z Nowego Orleanu, również stała się wampirzycą, toteż właściwie... już wcześniej w zasadzie nie żyła. Teraz jednak Hadley umarła śmiercią ostateczną i nieodwracalną, pozostawiwszy w spadku wszystkie swoje dobra właśnie Sookie. Sookie jedzie do wampirzej stolicy odebrać dziedzictwo i natychmiast naraża się na niebezpieczeństwo. Ktoś najwyraźniej nie chce, by zbyt dokładnie drążyła przeszłość kuzynki, a wśród otrzymanych rzeczy najprawdopodobniej znajduje się coś, czego wszyscy szukają. Sookie zatem znów jest w niebezpieczeństwie - tym razem zagrażają jej nie tylko wampiry, lecz także wilkołaki, które widocznie zapomniały, że dziewczynę mianowano przyjaciółką stada. Sookie musi walczyć o życie...

Po dość długiej - ponad rocznej - przerwie, wróciłam do lektury serii o nierozgarniętej na pierwszy rzut oka kelnerce Sookie Stackhouse. Powieści wchodzące w skład cyklu stworzonego przez Charlaine Harris to przede wszystkim lekkie czytadła, których poziom pozostawia czytelnikowi wiele do życzenia. Od kiedy przeczytałam pierwszy tom tej serii podkreślam, że pod względem literackim powieści o Sookie są słabe, ale mimo to zawierają w fabule tą tajemniczą iskierkę, która sprawia, że ja polubiłam ten cykl. Nawet jeśli panna Stackhouse pełniąca rolę narratorki niebotycznie mnie wkurza swoim zachowaniem, albo irytuje głupimi opisami wiązania kucyka, kupowania bielizny lub opalania się, to i tak w ostateczności daje się wciągnąć wykreowanej przez amerykańską pisarkę historii. 

„Definitywnie Martwy” to tytuł, który dość mocno mnie zaskoczył, bynajmniej nie z powodu jakiegoś fabularnego przełomu. Jak zwykle Sookie wpadnie w tarapaty spowodowane przebywaniem w pobliżu nadnaturalnych istot, i jak zwykle u jej boku stanie fantastyczny - we wszystkich możliwych znaczeniach tego słowa – facet. Tym, co zbiło mnie z tropu było pojawienie się nowych postaci i wątków, które nie zostały przedstawione w poprzednim tomie serii, a które wedle wypowiedzi bohaterki musiały mieć miejsce. Dopiero po przeczytaniu przypadkowego komentarza na jednym z portali literackich dowiedziałam się, że historia Hadley została przedstawiona w zbiorku opowiadań „Dotyk Martwych”. Lektura wstępu do zbioru opowiadań uświadomiła mi również, że pisarka stworzyła nowelki, których akcja rozgrywa się pomiędzy akcją konkretnych tomów cyklu. Mówi się trudno, przeczytałam „Definitywnie Martwego” bez znajomości króciutkiego prequela. Byłam zagubiona i lekko zdziwiona, ale nie przeszkadzało to w odbiorze książki, bohaterka streszcza bowiem najważniejsze wydarzenia, które rozegrały się w opowiadaniu „Krótka odpowiedź”.

Charlaine Harris po raz kolejny prowadzi akcję zgodnie ze znanym schematem. Na Sookie czekają kolejne niebezpieczne przygody i przystojni nadnaturalni. Co tym razem czeka na naszą telepatkę? Sookie ma udać się do Nowego Orleanu, gdzie czeka na nią spadek po zmarłej kuzynce, która była wampirem oraz faworytą wampirzej królowej Luizjany. Hadley zastała zamordowana, a komuś wyraźnie zależy, żeby Sookie nie odkryła tajemnic skrywanych przez kuzynkę. Sytuacja na dworze królowej, która wyszła właśnie za mąż jest napięta jak struna, a kiedy ta decyduje się wreszcie pęknąć, telepatka znajdzie się w samym centrum krwawej jatki.

Oczywiście nie tylko wampiry i ich konflikty absorbują naszą bohaterkę. Również wilkołaki mają coś przeciwko Sookie, czego dowodem są przeprowadzone na nią ataki. W życiu prywatnym kelnerki również dochodzi do różnych, uczuciowych zawirowań. Pojawia się nowy adorator, a Bill okazuje się skrywać bardzo nieprzyjemną tajemnicę.

Szósty tom serii o kelnerce z Południa dostarczył mi w większości pozytywnych wrażeń. Powieść „Definitywnie Martwy” okazała się przyjemną, rozrywkową lekturą. Na pewno w niedługim czasie sięgnę po kolejny tom przygód Sookie.  

wtorek, 26 sierpnia 2014

"Dziewczyna w lustrze" Cecelia Ahern

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 96
Rok wydania: 2014

Nowa książka autorki bestsellerowej powieści „P.S. Kocham Cię!” to dwa piękne opowiadania. Bohaterką „Dziewczyny w lustrze” jest Lila, która dobrze wie, jaką jest szczęściarą – udało jej się znaleźć wymarzonego mężczyznę. Jednakże gdy w dniu jej ślubu nieoczekiwanie wychodzi na jaw rodzinna tajemnica z przeszłości, los Lily zmienia się w najbardziej zadziwiający sposób.

W opowiadaniu „Maszyna wspomnień” Ahern porusza frapującą kwestię: ponoć nigdy nie zapomina się pierwszej miłości, ale co może wydarzyć się, kiedy hołubione przez nas wspomnienia zaczynają blaknąć? Niektórzy zrobiliby wszystko, żeby przeszłość nie odeszła. Pewien mężczyzna ze złamanym sercem postanawia spełnić ich pragnienie.

W obydwu tych historiach jest magia i mnóstwo wdzięku, czyli to czym Cecelia Ahern uwiodła miliony czytelników na całym świecie.

Większość opowiadań ma jedną, zasadniczą wadę – kończą się one zbyt szybko, rozbudzają czytelniczy apetyty, ale go nie zaspakajają. Nie inaczej było z publikacją „Dziewczyna w lustrze”, która jest zbiorem dwóch krótkich opowiadań autorstwa popularnej, irlandzkiej pisarki Cecelii Ahern.

W skład książki wchodzą dwie nowelki – tytułowa „Dziewczyna w lustrze” oraz „Maszyna wspomnień”. Oba utwory zawierają wątki fantastyczne. Bardzo duża czcionka sprawia, że krótkie teksty zostały rozciągnięte na 96 stron. Same opowiadania są poprawne i w pewnym stopniu intrygują czytelnika, ale ich rozmiary i prostota nie zagwarantowały mi literackiego zaspokojenia. Nowelki miały wielki potencjał i szkoda, że pisarka nie zdecydowała się na stworzenie bardziej rozbudowanych opowieści „Dziewczyna w lustrze” to lektura na jakąś godzinkę.

Wydawca dobrał do tego tytułu ładną, przyciągającą wzrok okładkę, która doskonale koresponduje z tytułem mikrozbioru opowiadań. Niestety sama książeczka nie jest warta swojej ceny.
 

czwartek, 21 sierpnia 2014

"Drwal" Michał Witkowski

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 448
Rok wydania: 2011

Powieść jednego z najgłośniejszych polskich pisarzy. Pierwszy kryminał w jego dorobku. Inteligenta i dowcipna gra z konwencją.
Michał, trzydziestosześcioletni literat wyrusza na nieco niekonwencjonalne wakacje. Późną jesienią wyjeżdża nad lodowate polskie morze, by na zaproszenie mało znanego sobie mężczyzny zamieszkać w zagubionym w lasach domku. Gospodarz otacza się aurą tajemnicy. Zaciekawiony pisarz rozpoczyna amatorskie śledztwo. Wpada na trop zaginięcia przed laty lokalnej piękności. Wszystkie ślady prowadzą do starego rządowego ośrodka wypoczynkowego, który rozkwitał w czasach Peereleu. Bohater nie spodziewa się, że leśniczówka kryje równie mroczną tajemnicę, a jego śledztwo i zarazem próba pisania kryminału rozpęta groźne namiętności.

Długo zastanawiałam się, co mam napisać o „Drwalu” Michała Witkowskiego. Książka jak najbardziej mi się podobała, ale to taki rodzaj prozy, o której pisać jest mi ciężko. Trudno dobrać mi słowa, by opisać wszystko w sposób precyzyjny, tak by w pełni oddać moje emocje i wrażenia dotyczące lektury tego tytułu.

„Drwal” został zaklasyfikowany jako kryminał, ale przyporządkowanie tej powieści należy wywalić do kosza. Witkowski bawi się konwencją i zabawa ta wyszła pisarzowi wybornie.

Michał Witkowski, główny bohater powieści, alter ego pisarza, ucieka z Warszawy od wszechobecnego gwaru. Za cel swojej podróży bohater wybiera posezonowe Międzyzdroje. A żeby było ciekawiej, niebanalnie i klimatycznie, na miejsce swojego postoju, zamiast hotelu wybiera kwaterę u dopiero co poznanego mężczyzny zamieszkującego leśniczówkę. Pisarz poszukujący tematu do nowej książki od razu zwraca uwagę na tajemniczego drwala, który izoluje się od świata. Gospodarz intryguje bohatera, więc kiedy tylko nadarza się okazja Witkowski zaczyna myszkować po jego lokum  Za antywłamaniowymi drzwiami leśniczówki bohater odkrywa świat pełen dysonansów - zabytkowe filiżanki, ambitna literatura na półkach, winylowe płyty z muzyką, a obok tego cała sterta leków poutykanych w całym domu, w sypialni zbiór popularnych komedyjek. Kim jest właściciel leśniczówki, co skłoniło mężczyznę do zaszycia się w leśnej głuszy? Pewne zachowania mężczyzny skłaniają Michała do wniosku, że z jego drwalem coś jest nie tak. Witkowski, z pomocą miejscowego luja, przeprowadza zwariowane śledztwo, podczas którego spotyka wiele oryginalnych postaci. W końcu pojawia się jakaś kryminalna sprawa z przeszłości, która idealnie nadaje się do prozy. Witkowski pcha się w coraz dziwniejsze sytuacje, a wszystko to w imię przyszłego bestsellera, który wedle marzeń bohatera będzie dystrybuowany nawet na stacjach benzynowych :)  

Powieść  utrzymana w klimacie iście gombrowiczowskim została wypełniona zabawnymi, groteskowymi wydarzeniami. Główny bohater, mocno postrzelony pisarz, prawdziwa indywidualność prowadzi swoje malutkie śledztwo i spotyka całkiem pokaźną grupę miejscowej, zawieszonej w posezonowej atmosferze stagnacji ludności. Powieść buzuje od absurdów i przerysowanych postaci oraz szalonych, przerysowanych scen rodem ze snu wariata.

„Drwal” to powieść na swój sposób genialna. Książka zachwyca krytyków i zwykłych czytelników, a ja się temu wcale nie dziwię, bo proza Witkowskiego jest świetna – jest to utwór lekki i zabawny, przy tym napisany w sposób inteligentny i z polotem. Błyskotliwe i kąśliwe komentarze głównego bohatera setnie mnie ubawiły. Ach!, te doskonałe, autoironiczne wypowiedzi Witkowskiego (bohatera), te absurdalne wydarzenia uderzające w tony czarnej komedii, te przerysowane postacie zapełniające kolejne strony powieści – doskonale bawiłam się podczas lektury tej powieści. „Drwal” to kawał doskonałej prozy.
 

czwartek, 31 lipca 2014

"Wiśniowy Klub Książki" Ashton Lee

Wydawnictwo: Między słowami
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2013

Maura Beth organizuje klub książki, aby uchronić lokalną bibliotekę przed zamknięciem. Jej inicjatywa spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem. Na wiernych czytelników oprócz interesujących rozmów czekają bowiem pyszne smakołyki.

Klubowicze od dyskusji nad "Przeminęło z wiatrem" przechodzą do plotek, wymiany przepisów, zwierzania się z sekretów i snucia marzeń. Zawiązują się przyjaźnie, a gdy na horyzoncie pojawia się przystojny Jeremy, serce bibliotekarki zaczyna bić szybciej.

Czy popularność klubu pozwoli ocalić bibliotekę?

Dałam się nabrać na ładną okładkę i ciekawie brzmiący tytuł. Żałuję, że przed rozpoczęciem lektury „Wiśniowego Klubu Książki” nie przeczytałam choćby jednej opinii innych czytelników. Oszczędziłabym sobie czasu i nerwów.

Książka Ashtona Lee to pomyłka. Fabuła z założenia miała krążyć wokół tematu, który powinien zainteresować wszystkie mole książkowe. Maura Beth, główna bohaterka, bibliotekarka walczy z przedstawicielami lokalnych władz o przetrwanie prowadzonej przez nią biblioteki, która na co dzień świeci niestety pustkami. W tym celu kobieta zakłada klub książki, do którego zapisuje się garstka ludzi. Spotkania klubu polegają głównie na obżeraniu się przygotowanymi przez członków potrawami i plotkowaniu o własnym życiu. Książka jest przepełniona osobistymi wynurzeniami bohaterów mającymi bardzo mało wspólnego z literaturą, która powinna być postawiona w fabularnym centrum.

W utworze dominują sztucznie brzmiące dialogi, z założenia sympatyczni bohaterowie męczą czytelnika długimi wywodami dotyczącymi ich prywatnego życia. Na podstawie tej powieści można odnieść wrażenie, że główną cechą Amerykanów jest ciągłe opowiadanie dopiero co poznanym osobom o swoim osobistym życiu i uczuciach. Odnosiłam wrażenie, że Maura Beth pełni raczej rolę psychoterapeutki, do której pacjenci wydzwaniają z co rusz nowymi przemyśleniami, a nie bibliotekarki.

„Wiśniowy Klub Książki” to nudna książka, która zawiera bardzo mało wątków stricte literackich. Bohaterowie to nudne i irytujące kreacje, a fabuła jest wybitnie nieatrakcyjna. Do końca łudziłam się, że jeszcze strona, dwie i akcja się rozrusza… jakże się pomyliłam! Z przykrością muszę stwierdzić, że lektura tej książki była przede wszystkim ogromną stratą czasu.
 

sobota, 26 lipca 2014

"Sieroce pociągi" Christina Baker-Kline

Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria wydawnicza: Szmaragdowa Seria
Liczba stron: 372
Rok wydania: 2014

Sieroce pociągi to pasjonująca historia o przyjaźni, poszukiwaniu bliskości i swojego miejsca w świecie.
Molly Ayer zostaje przyłapana na kradzieży książki z biblioteki. Staje przed wyborem: kilka miesięcy w poprawczaku lub praca społeczna – uporządkowanie strychu leciwej wdowy. Dziewczyna wybiera drugą opcję i trafia do domu Vivian Daly. Nie spodziewa się tego, co przyniesie jej los…
Na początku XX wieku, tysiące samotnych dzieci wywożono „sierocymi pociągami” z głodującego Nowego Jorku na farmy Środkowego Zachodu USA. Vivian była jednym z nich. Kobieta próbowała wymazać z pamięci trudne lata, jednak kufry na strychu przechowały świadectwa jej przeszłości.
Wizyty Molly przywołują wspomnienia wielu tragicznych wydarzeń, porzucenia, wyobcowania. Pomimo różnicy wieku kobiety zaprzyjaźniają się ze sobą, odkrywając że ich losy i charaktery nie są tak różne, jak mogłoby się wydawać. Obydwie spędziły dzieciństwo samotnie, na wędrówce z jednego domu zastępczego do drugiego, wychowywane przez obcych ludzi.  Obie noszą w sobie wiele pytań dotyczących przeszłości, na które nie znają odpowiedzi…

„Sieroce pociągi” to powieść, która przybliża nieco czytelnikowi jeden z mniej znanych epizodów, który miał miejsce w historii Stanów Zjednoczonych. Tytułowe „sieroce pociągi” w latach 1854-1929 transportowały tysiące osieroconych i opuszczonych dzieci ma farmy Środkowego Zachodu. Maluchy i nieco starsze dzieci były wystawiane na pokaz przed potencjalnymi opiekunami, którzy często szukali jedynie darmowej siły roboczej. Nikt nie przejmował się warunkami, które panowały w rodzinach, do których trafiali pasażerowie sierocych pociągów, nikt ich nie kontrolował. Wystarczyło podpisać deklarację by stać się opiekunem młodego chłopaka lub dziewczyny, na których scedowano domowe obowiązki, prace w polu, czy prace w rodzinnych przedsiębiorstwach. Nie można oczywiście demonizować tego zjawiska, zapewne wiele dzieci trafiło do normalnych, kochających rodzin, jednak autorka „Sierocych pociągów” skupiła się na tej ciemniejszej stronie procesu „adopcji" . Temat, który poruszyła w swej powieści Christina Baker-Kline był diabelnie ciekawy, szkoda jedynie, że autorka nie do końca wykorzystała cały jego potencjał.

Powieść Baker-Kline dzieli się na dwie części narracyjne, które się przeplatają. Czytelnik słucha pierwszoosobowej relacji dziewięćdziesiojednoletniej staruszki, która opowiada o swoim życiu. Vivian Dyle, irlandzka imigrantka, była jednym z dzieci przewożonych w „sierocych pociągach”. Kobieta relacjonuje swoje życie wypełnione kolejnymi - przewidywalnymi dla czytelnika - dramatami. Drugim wątkiem w powieści jest historia współczesnej nastolatki, która również jest sierotą żyjącą w nieprzyjaznej jej rodzinie zastępczej. Ta część opowieści jest prowadzona przy pomocy narracji trzecioosobowej.

Molly wpada w kłopoty, kiedy chce ukraść z biblioteki książkę. Siedemnastolatka w ramach kary ma pomóc Vivian uprzątnąć strych. Losy dwóch kobiet się splatają, ale czytelnikowi przyjdzie nieco poczekać, by uświadomić sobie w jaki sposób łączą się dwie, właściwie całkowicie oderwane od siebie opowieści. To prawda, ze Vivian i Molly łączy pewna analogia losów, ale ich historie, prowadzone w zupełnie innych stylach narracyjnych, wydają się stanowić dwa oddzielne, równolegle płynące wątki fabuły. Staruszka opowiada swą historię czytelnikowi, a nie Molly – podejmuje ona swą opowieść zanim poznaje młodą dziewczynę, a więc zanim mogłaby opowiedzieć jej historię swojego życia. Dopiero gdzieś w połowie powieści autorka jakby się budzi i zaczyna łączyć wątki w taki sposób, by wydawało się, że wszystko to czego dowiedział się o Vivian czytelnik, wie również pomagająca jej siedemnastolatka.

Sposób prowadzenie narracji nie sprawdza się w tej książce, autorka zamieniła kolejność wydarzeń. Najpierw to my – czytelnicy - „słuchamy” wyznania starszej kobiety. Dopiero później pisarka wyjaśnia dlaczego bohaterka rozpoczęła snucie swej historii i jakie relacje łączą ją z pomagającą jej nastolatką. Bardzo długo zastanawiałam się po co autorka wprowadziła postać Molly, czy była ona do czegoś potrzebna? Czy Molly wnosi do fabuły coś istotnego, cennego, ważnego z punktu widzenia pozostałych bohaterów?  Przecież Vivian nie potrzebuje pretekstu by opowiadać o swoim życiu - przecież jej relacja zaczyna się zanim poznaje „zbuntowaną” nastolatkę. Molly ma swój udział w rozwiązaniu historii, ale wątek z nią związany wydał mi się wypełniaczem fabuły. Historia nastolatki nie była rozwinięta, była jakimś dziwnym przerywnikiem wciskanym pomiędzy kolejne części opowieści Vivian. Pisarka nie pokusiła się nawet o sensowne zamknięcie jej wątku.

„Sieroce pociągi” to wzruszająca powieść, nie przeczę, ale ma ona jednak swoje wady. Historia Vivian jest ciekawa, ale w wielu miejscach przewidywalna. Wątek Molly mnie nie zainteresował, wydał mi się wepchnięty na siłę. Hollywoodzkie zakończenie powieści wydało mi się pisane na chybcika - byle szybko zakończyć i byle wszystko skończyło się dobrze. Zakończenie powieści jest pozytywne, ale bardzo mocno trąci nieprawdopodobieństwem.

Na pierwszy rzut oka Christina Baker-Kline napisała poruszająca powieść o dwóch sierotach, które szukają swego miejsca na Ziemi. O dwóch opuszczonych dziewczynach, które przystosowują się do warunków panujących w kolejnych rodzinach zastępczych. Gdyby powieść została jednak odarta z atrakcyjnego, historycznego tła, to w rękach czytelników pozostałaby przeciętna powieść obyczajowa powielająca znane schematy. To prawda, że wzruszałam się w odpowiednich momentach, kilka razy uroniłam nawet łzę, ale podczas lektury cały czas towarzyszyła mi świadomość, że wiem jakimi motywami posłuży się za chwilę autorka.
  

piątek, 25 lipca 2014

"Klucz odwagi" Nora Roberts

Seria: Trylogia Klucze (tom 3)
Wydawnictwo: Prószyński i Sk-a
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2011

Wyjątkowe połączenie mitu, magii i romansu…
Zoe McCourt, trzecia z przyjaciółek poszukujących kluczy do Szkatuły Dusz, staje przed bardzo trudnym zadaniem. Malory i Dana osiągnęły sukces, a teraz od niej zależy los Szklanych Cór i powodzenie wspólnego dzieła. Zoe, wychowana w przyczepie samochodowej w Zachodniej Wirginii, matka nieślubnego syna, nie wie też, jak potraktować zaloty Brada Vane’a, dziedzica milionowej fortuny i przyjaciela pozostałych uczestników poszukiwań. Jego bogactwo i urok osobisty budzą w niej lęk.
Wspólne przedsięwzięcie trzech przyjaciółek wydaje się strzałem w dziesiątkę. Ale czarnoksiężnik Kane, przewidując swą porażkę, podejmuje desperackie i brutalne działania. Zoe chwyta za miecz, stając do walki. Czy uda jej się zwyciężyć mroczne siły, które rozpętały wojnę w świecie bogów?

„Klucz odwagi” to ostatni tom trylogii „Klucze”, w którym miłośnicy twórczości Nory Roberts poznają finał przygód trzech przyjaciółek, których zadaniem było uwolnienie dusz córek celtyckiego boga. Do walki z Kane’m staje Zoe. Bohaterka jest już bogatsza o doświadczenia swoich przyjaciółek, więc wie, że przeciwnik nie cofnie się przed niczym by ją powstrzymać. Trzy kobiety są o krok od wypełnienia powierzonego im zadania, niebezpieczeństwo związane z poszukiwaniami wzrasta. Na szczęście główna bohaterka, podobnie jak jej poprzedniczki, nie będzie pozostawiona samej sobie - Zoe będzie mogła liczyć na wsparcie fascynującego ją mężczyzny oraz kobiet, z którymi połączyła ją wspólna misja i prawdziwa, głęboka przyjaźń.

Główną bohaterka tej części trylogii jest samotną matką, kobietą której brak obycia i wiedzy, które posiadały jej poprzedniczki, a jednak posiada ona coś wyjątkowego. Prostą fryzjerkę cechuje ogromna odwaga. Zoe walczy jak lwica w obronie tych, których kocha. Choć początek poszukiwań nie napawa optymizmem, czytelnik wie, jak zakończy się ta opowieść – w tym aspekcie zaskoczenia raczej nie ma.

Podobnie jak w poprzednich częściach „Kluczy” autorka położyła nacisk na wątek romantyczny, który wypadł bardzo dobrze. Bohaterowie „Klucza odwagi” są dojrzali i nie piętrzą przed sobą wyimaginowanych problemów. Największą bolączką romansów jest to, że autorki bardzo często mnożą bezsensowne problemy i stawiają przed swymi bohaterami równie absurdalne przeszkody, Roberts jest chlubnym wyjątkiem. Pisarka kreuje realistyczne wątki miłosne, w których nie uświadczymy raczej wymyślnych, sztucznych dramatów – przynajmniej ja to tak odbieram.

Wątek romantyczny został dobrze pokazany, natomiast wątek fantastyczny budził we mnie takie same odczucia, jak podczas czytania dwóch poprzednich tomów – jest to uatrakcyjniające romans tło, które akurat we mnie nie wywołało nadmiernych emocji. Pomysł był ciekawy, ale wątek nie został dostatecznie rozwinięty i dopracowany. Oczywiście mamy kilka strasznych i magicznych scen, ale mnie one nie przekonały. Pisarka wypada zdecydowanie lepiej w powieściach, w których łączy romanse z wątkami sensacyjnymi i obyczajowymi. Na niekorzyść wątku fantastycznego działa również fakt, że jego rozwiązanie nie stanowi raczej zbytniej tajemnicy i czytelnik jest w stanie je przewidzieć.    

Trylogia „Klucze” to seria dla czytelników lubiących romanse z nutą magii, którzy szukają przede wszystkim dobrze opowiedzianej, romantycznej historii miłosnej.  


Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytamy Norę Roberts

  

sobota, 19 lipca 2014

"Słodki świat Julii" Sarah Addison Allen

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2012

Julia zawsze zostawia szeroko otwarte okna, kiedy piecze ciasta. Słodkim aromatem wypieków stara się zagłuszyć cierpkie wspomnienie nieszczęśliwej miłości i przyciągnąć do domu przyjaciół.
 
Sawyer już od dziecka nie mógł się oprzeć magii tego zapachu. Powiedział o tym Julii tuż przed tym, jak złamał jej serce. Teraz pragnie ją odzyskać. Czy to możliwe, że ciasta, które Julia wciąż piecze, świadczą, że ona nadal pamięta o tym, co ich łączyło? Czy to uczucie da się jeszcze ocalić?

„Słodki świat Julii” (tytuł oryginalny „The Girl Who Chased the Moon” – „Dziewczyna, która ścigała księżyc”), to kolejna powieść, której polski tytuł niewiele ma wspólnego z treścią czy przesłaniem książki, w której co rusz można znaleźć nawiązania do księżyca lub księżycowego światła.

Akcja powieści Sarah Addison Allen rozgrywa się na południu Stanów Zjednoczonych. Historia przedstawiona w książce opowiada o losach dwóch kobiet. Emily jest nastolatką, która straciła niedawno matkę. Dziewczyna ma zamieszkać ze swym dziadkiem, o istnieniu którego nie miała pojęcia. Duży dom w południowym stylu i dziadek olbrzym onieśmielają bohaterkę, do tego okazuje się, że jej matka skrywała przed nią mnóstwo sekretów. Kobieta, którą znała Emily wcale nie przypomina dziewczyny, która kiedyś opuściła miasteczko. Jaką straszliwą rzecz musiała zrobić matka Emily, skoro niechęć do niej przechodzi w spadku na córkę? Jedynymi osobami, które nie są wrogo nastawione do nastolatki są: jej rówieśnik Win oraz najbliższa sąsiadka Julia.

Julia, podobnie jak Emily, nie do końca potrafi odnaleźć się w społeczności Mullaby. Kobieta pragnie jak najszybciej spłacić długi ojca i uciec z miejsca, w którym w młodości spotkało ją wiele przykrości. Julia chce zapomnieć zwłaszcza o mężczyźnie, który w czasach szkolnych złamał jej serce. Czy jej się uda? W miarę rozwoju akcji czytelnik odkrywa kolejne sekrety związane z obiema głównymi bohaterkami oraz  odkrywa niesamowity świat południowoamerykańskiego miasteczka, które wywarło we mnie wrażenie miejsca jakby zawieszonego w czasie.

„Słodki świat Julii” jest powieścią utrzymaną w konwencji realizmu magicznego. Mullaby i jego mieszkańcy przesiąknięcia są magią – tajemnicze światła wędrujące w nocy przez okolicę, niesamowite tapety na ścianach, zapach ciast, który jest w stanie przywołać drugą osobę… Bardzo lubię książki w takich magicznych klimatach. Lubię, kiedy magia wtapia się w powieściowy świat i stanowi jego integralną część. Magia pojawiająca się w „Słodkim świecie Julii” nie jest czymś niezwykłym, pojawia się jakby mimochodem, jest naturalnym elementem wykreowanego uniwersum, jest składnikiem, który dodaje powieści niezwykłego słodko-melancholijnego smaku. 

Sarah Addison Allen zawarła w swojej książce wszystko co lubię. Z wielką przyjemnością przepłynęłam przez fantastyczną fabułę jej utworu.