sobota, 2 marca 2013

"Jeżynowe wino" Joanne Harris

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 448
Rok wydania: 2005


Bohaterem powieści jest Jay Mackintosh, pisarz i romantyk, który w swej twórczości i wyobraźni powraca wciąż do lat dzieciństwa. Za sprawą pułapki pamięci świat ten okazuje się bardziej kuszący, niż był w rzeczywistości. Kiedy pod wpływem impulsu Jay kupuje posiadłość we francuskiej wiosce Lansquet wraz z duchami przeszłości pojawiają się nowe pokusy. Szczególnie intryguje go postać nie utrzymującej z nikim kontaktów pięknej sąsiadki, która najwyraźniej skrywa za drewnianymi okiennicami straszliwe tajemnice. W życie Jaya powraca też magia, którą próbował przywołać przez wiele, wiele lat. Za wszystko trzeba jednak zapłacić swoją cenę.


„Jeżynowe wino” autorstwa Joanne Harris to jedna z moich ulubionych książek i sięgam po nią dość często - kartkuję, czytam fragmenty lub wybrane rozdziały, zaczynam czytać w jakimś miejscu, by doczytać książkę do końca lub czytam ją w całości. Od jakiegoś czasu towarzyszyła mi potrzeba ponownego poznania tej powieści, zanurzenia się w jej nostalgicznej, magicznej atmosferze.

Wino gada. Niczym brzuchomówca, Przemawia milionem głosów. Rozwiązuje języki, radośnie wyciąga z ciebie tajemnice, których nigdy nie zamierzałeś nikomu zdradzić,  których istnienia nie byłeś nawet świadom. Wino krzyczy, peroruje bombastycznie, szepcze łagodnie i słodko. Opowiada o wielkich sprawach, cudownych planach, tragicznej miłości i straszliwej zdradzie. Zaśmiewa się do nieprzytomności. Cicho chichocze pod nosem. Szlocha w konfrontacji z własnym odbiciem. Przywraca do życia dawno minione gorące, letnie miesiące i wspomnienia, o których najlepiej byłoby zapomnieć. [1]

Jay Macintosh jest pisarzem, autorem jednego bestsellera, w którym opisał czasy swojego dzieciństwa. Obecnie bohater „Jeżynowego wina” jest człowiekiem wypalonym, który pod pseudonimem tworzy całe sterty „szmiry” przynoszącej mu stały dochód. Związek, w którym znajduje się obecnie Jay nie prowadzi do nikąd, Kerry bardziej imponuje sława Mackintosha i fakt, że może kąpać się w jej blasku. Partnerka Jaya wykorzystuje go, szpanuje tym, że jest związana z człowiekiem, który napisał jedną z najważniejszych powieści współczesnych, z człowiekiem, który stał się ulubieńcem czytelników i krytyki literackiej. Główny bohater powieści znajduje się natomiast w twórczym dołku, odczuwa stagnację i zniechęcenie, jedyne do czego jest zdolny to ciągłe zanurzanie się w słodko-gorzkich wspomnienia ze swego dzieciństwa.

Pewnego dnia Jay powraca do miasteczka Kirby Monckton, w którym jako chłopiec spędzał wakacje. Miejsce to pełne jest wspomnień, to właśnie tam trzydziestosiedmiolatek poznał Jeogo, sympatycznego staruszka, którego pokochał, a później znienawidził za to, że nie sprostał jego dziecięcym wyobrażeniom. To właśnie Joe stał się bohaterem bestsellerowej powieści Mackintosha. Jay choć nie miał wielkich oczekiwań co do swej wycieczki, powrócił z niej z przedmiotami, które w cudowny sposób przetrwały zniszczenie działki Joego, na której stoi obecnie nowe osiedle. Wśród pozostałości po domu staruszka, bohater odnalazł „Specjały”, domowej roboty wina, których magiczna moc zmienia jego życie.

Było ich sześć – z ręcznie wypisanymi nalepkami i korkami zalanymi woskiem. Każda butelka miała wokół szyjki sznureczek innego koloru: z winem malinowym – czerwony, z kwiatu czarnego bzu – zielony, z jeżyn – niebieski, z owoców róży – żółty,  z damaszek zaś – czarny. Ostatnie z nich, szóste, ze sznureczkiem brązowego koloru, było winem, o jakim nawet ja nie słyszałam. Na nalepce widniały jedynie słowa, spłowiałe do barwy słabej herbaty: „Specjał 1975”. Niemniej wewnątrz każdej z tych butelek aż buzowało od sekretów – niczym w kipiącym pracą ulu. Nie sposób było się odizolować od ich szeptów, pogwizdów i śmiechów. [2]  

Wkrótce po pojawieniu się Specjałów, w życiu bohatera dochodzi do diametralnych zmian. Zaczyna działać magia. Jay pod wpływem impulsu nabywa francuskie château, takie samo o jakim marzył kiedyś Joe. Pisarz zabiera z sobą kilka najpotrzebniejszych rzeczy, maszynę do pisania oraz „Specjały” i przenosi się do Francji. Kiedy dociera na miejsce z radością spostrzega, że jego natchnienie wróciło. Spokojna, senna prowincja na nowo pobudziła go do życia i pisania. Także życie uczuciowe bohatera zaczyna się z wolna zmieniać, sąsiadką Jaya, tajemnicza i dumna kobieta, która wychowuje samotnie córeczkę, staje się obiektem nie tylko jego pisarskiego zainteresowania. Niebawem bohatera zaczyna odwiedzać również Joe. Ale, czy to możliwe, że starszy człowiek, który zniknął prawie trzydzieści lat temu powrócił?  Czyżby Joe był halucynacją? A może to „Specjały” po raz kolejny posłużyły się swoją magią i wezwały wiekowego mężczyznę do Lansquent.

Akcja powieści Joanne Harris biegnie dwutorowo. Czytelnik śledzi teraźniejszość bohatera oraz cofa się w czasie, obserwując jego dzieciństwo - wakacje spędzane u dziadków, wędrówki letnimi popołudniami po okolicy, zbieranie skarbów na miejscowym wysypisku, konflikty z miejscowymi łobuzami, wybuch pierwszego nieśmiałego uczucia, a co najważniejsze nawiązanie przyjaźni z Joem, który wprowadził nastoletniego Jaya w świat magii i zabobonów, rytuałów mających chronić przed złem.

„Jeżynowe wino” utrzymane w estetyce realizmu magicznego, jest książką nostalgiczną, w której czytelnik obserwuje proces dorastania głównego bohatera – śledzimy jak dziecięca wiara i naiwność znikają zastąpione przez rozgoryczenie i ból wywołany zdradą przyjaciela. Czytelnik patrzy jak chłopiec wierzący w magiczną moc staruszka, spotyka się ze smutną rzeczywistością dorosłych i w tym momencie miłość oraz przywiązanie zastępuje zawód spowodowany odkryciem nagłego zniknięcia Joego, który nie pożegnał się z chłopcem, nie powiedział dokąd odszedł. Tajemnicze zniknięcie Joego będzie dla Jaya jak jątrząca się rana,  o której nie sposób zapomnieć.

Choć daleko mi do wieku, w którym z rozrzewnieniem wspomina się lata swojego dzieciństwa, to czytając o dzieciństwie Jaya, przenosiłam się do własnych dziecięcych wspomnień. Z ogromną wyrazistością widziałam siebie jako kilkuletnią dziewczynkę, spędzającą wakacje u dziadków, która godzinami potrafiła bawić się jakimiś niepozornymi przedmiotami – puszkami, buteleczkami, patykami, piórkami. Pamiętam te dni, które zdawały się nie kończyć, te długie, leniwe, ciepłe letnie popołudnia i wieczory. Lektura powieści Joanne Harris za każdym razem porusza we mnie tę melancholijną strunę duszy, która pobudza wspomnienia.

„Jeżynowe wino” jest dla mnie powieścią wyjątkową i uwielbiam ją. Jeśli macie czas i ochotę, zanurzcie się w nostalgicznym świecie tej powieści, w której wino wyciąga z bohaterów tajemnice, zmusza ich do mówienia oraz budzi dawno zapomniane wspomnienia nie tylko z dzieciństwa.

[1] Joanne Harris, Jeżynowe wino, Prószyński i S-ka, 2005, s. 7.
[2] Tamże, s. 9.    
 

środa, 27 lutego 2013

"Kaznodzieja" Camilla Läckberg

Cykl: Saga o Fjällbace (tom 2)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 440
Rok wydania: 2012

Pewnego letniego ranka mały chłopiec w czasie zabawy w wąwozie leżącym nieopodal Fjällbacka odnajduje nagie zwłoki młodej dziewczyny. Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu w Tanumshede stają przed bardzo skomplikowaną zagadką. Okazuje się bowiem, że pod ciałem dziewczyny leżą szkielety dwóch innych kobiet, które zaginęły pod koniec lat 70-tych...


„Kaznodzieja” jest drugim tomem popularnej sagi kryminalnej napisanej przez Camillę Läckberg. Przeczytawszy książkę mogę powiedzieć jedno – ta powieść jest rewelacyjna!

Niepodważalną zaletą drugiego tomu „Sagi o Fjällbace” jest porywająca akcja. Mały chłopiec wybiera się pewnego, letniego ranka do Wąwozu Królewskiego. Chociaż Mattis wie, że samemu nie wolno chodzić mu w to niebezpieczne miejsce, nie może oprzeć się pokusie. Sześciolatek odkrywa ciało nagiej kobiety, przerażony biegnie do domu by wezwać pomoc. Przybyła na miejsce ekipa śledcza odkrywa, że pod ciałem denatki ukryte zostały dwa szkielety. Po szczegółowych badaniach szczątków okazuje się, że należały one do kobiet i przeleżały w ziemi dwadzieścia pięć lat. Policję niepokoi fakt, że szczątki zamordowanych kobiet noszą takie same ślady tortur, jakie odkryto na ciele kobiety znalezionej przez chłopca. Czyżby w spokojnym miasteczku Fjällbacka grasował seryjny morderca? Kim są zamordowane w przeszłości kobiety i czy coś je łączyło? Kim jest kobieta, która została zamordowana w teraźniejszości? Wkrótce z pobliskiego kempingu znika młoda dziewczyna, policjanci obawiają się, że podła ofiarą człowieka którego poszukują. Stawka w grze rośnie, jest nią życie siedemnastoletniej Jenny. Ekipa z  posterunku Tamunschede pod dowództwem Patrika Hedströma rozpoczyna wyścig z czasem. W trakcie śledztwa ciągle wypływa jedno nazwisko, jednak stróże prawa nie natrafiają na żadne ślady zaginionej…

Intryga kryminalna w „Kaznodziei” to prawdziwy majstersztyk. Autorka trzyma czytelnika w napięciu, wprowadza zwroty akcji, podrzuca tropy, które okazują się nie prowadzić do nikąd. Podczas lektury odczuwałam niebywałe napięcie i niepokój, w powieści nie chodziło bowiem jedynie o rozwikłanie sprawy morderstwa, ale o uratowanie dziewczyny, która padła najprawdopodobniej ofiarą zwyrodnialca torturującego swe ofiary. Bohaterowie powieści walczą z upływającym czasem i uczucie to promieniuje na czytelnika. Także ja chciałam jak najszybciej rozwikłać zagadkę, dowiedzieć się co stało się z uprowadzoną dziewczyną. Nie mogłam oderwać się od lektury aż do ostatniej strony. Zakończenie okazało się nad wyraz zaskakujące.

Akcja drugiego tomu „Sagi o Fjällbace” rozgrywa się półtorej roku po wydarzeniach przedstawionych w „Księżniczce z lodu”. Przez ten czas w życiu bohaterów doszło do ogromnych zmian. Już na samym początku dowiadujemy się, że Erika i Patrik oczekują pierwszego dziecka. Z tego względu w „Kaznodziei” to Patrik, a nie Erika gra pierwsze skrzypce. Bohaterka nadal jest obecna, ale nie pełni ona praktycznie żadnej roli w rozwiązaniu kryminalnej zagadki. Pisarka nie zapomniała  o tym, by wspomnieć o innych bohaterach, których poznaliśmy w „Księżniczce z lodu”. Läckberg informuje czytelnika co słychać u siostry Eriki, u jej najlepszego przyjaciela Dana, przybliża czytelnikowi sylwetki policjantów współpracujących z Patrikiem. Lektura „Kaznodziei” była dla mnie jak ponowne spotkanie z bardzo lubianymi znajomymi – spotkanie, na którym dowiedziałam się o nich jeszcze więcej i polubiłam ich jeszcze bardziej.

„Kaznodzieja” to świetny kryminał, trzymający w napięciu do ostatniej strony - oderwanie się od niego nawet na moment stanowiło dla mnie prawdziwą torturę. Przeczytałam tę powieść jednym tchem.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.



wtorek, 26 lutego 2013

"Księżniczka z lodu" Camilla Läckberg

Cykl: Saga o Fjällbace (tom 1)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 424
Rok wydania: 2009

W niewielkiej miejscowości na zachodnim wybrzeżu Szwecji, wśród małej, zamkniętej społeczności, gdzie wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą – w jednym z domów odkryto zwłoki młodej kobiety. Początkowo wszystko wskazuje na samobójstwo, okazuje się jednak, że Alex została zamordowana. Prywatne śledztwo rozpoczyna Erika Falck – pisarka i przyjaciółka Alex z dzieciństwa, do której dołącza miejscowy policjant Patrik Hedström.
 

Kiedy Eilert Berg, jak co piątek szedł, by przygotować dom Aleksandry Wijkner na jej przyjazd, myślał o bardzo przyjemnych rzeczach – już niedługo miał odłożyć wystarczającą ilość pieniędzy by móc wreszcie uciec od gderliwej żony i spędzić ostatnie lata życia w ciepłej Hiszpanii lub Grecji. Piątek nie okazał się jednak dla Eilerta dniem szczęśliwym. Dokonując obchodu domu, staruszek odkrył w wannie częściowo zamarznięte ciało właścicielki. Emeryt jak oparzony wypada na ulicę.

Erika Falck, miała swoje problemy- niedawno zmarli jej rodzice, więc powróciła do Fjällbacki, żeby zająć się uporządkowaniem ich dom. Porządki nie idą jednak tak szybko, jak oczekiwała, dodatkowo nad jej głową wisi termin oddania konspektu książki, a pisanie idzie jak po grudzie. Spacerująca, zamyślona Erika dopiero po chwili załapuje co mówi do niej staruszek spotkany na ulicy. Pisarka idzie z Eilertem do domu Aleksandry i, podążając za jego wskazówkami, odkrywa ciało swej najlepszej przyjaciółki z dzieciństwa. Wzywając policję, Erika nie myśli nawet o tym, że już wkrótce będzie prowadziła prywatne śledztwo dotyczące morderstwa Alex.    

„Księżniczka z lodu”, pierwsza część cyklu rozgrywającego się w małym miasteczku Fjällbacka, będąca debiutem literackim Camilli Läckberg, to dobrze skonstruowany kryminał. Autorka w ciekawy i nieprzewidywalny sposób rozwija wątek śledztwa. Jednak, to co mnie najbardziej urzekło w tym tytule, to nie zagadka kryminalna, ale sposób w jaki pisarka kreuje bohaterów.

Postacie, zamieszkujące stronice powieści są przedstawione niezwykle realistycznie. Główna bohaterka to kobieta z krwi i kości: ma nadwagę, poci się, a nad ranem jej oddech nie pachnie miętą – niesmaczne? Ależ skąd! Bohaterowie powieści są na wskroś ludzcy i to sprawiło, że stali się mi o wiele bliżsi niż większość wyidealizowanych literackich postaci.  Myślę, że „Księżniczka z lodu” to powieść z bardzo pozytywnym przekazem dla kobiet - pisarka pokazuje, że aby osiągnąć szczęście i miłość wcale nie trzeba przypominać modelki. Równie mocno podobał mi się realizm przy opisywaniu sceny łóżkowej i nie mówię tu o szczegółowości opisu, ale o tym, że autorka przedstawia wszystko bez idealizowania– pierwszy raz z nowym partnerem jest przepełniony niezręcznością, pewnym poczuciem wstydu, zażenowaniem, niepewnością i nie zawsze kończy się orgazmem.

Nie dość, że „Księżniczka z lodu” jest ciekawym kryminałem, postacie są świetnie wykreowane, to autorka serwuje czytelnikowi całkiem sporą dawkę humoru. W książce pojawia się kilku niesympatycznych bohaterów, ale są oni ukazani w taki sposób, że zamiast budzić irytację czytelnika, wywołują na jego ustach uśmiech. Nie mogłam powstrzymać się od chichotu, kiedy na kartach powieści pojawiała się postać zadufanego w sobie megalomana,  komisarza Mellberga.

Kolejnym plusem powieści Camilli Läckberg jest jej wielowątkowość. Choć fabuła koncentruje się na rozwiązaniu zagadki kryminalnej, to nie brak w niej innych wątków - epizodów poruszających ważną problematykę społeczno-obyczajową taką jak maltretowanie kobiet, pedofilię.  

„Księżniczka z lodu” jest książką, która dostarczyła mi świetnej rozrywki, zmusiła do myślenia o pewnych problemach, a także pod pewnymi względami podniosła moje morale. Polecam tę powieść miłośnikom kryminałów i to nie tylko skandynawskich. Myślę, że „Księżniczka z lodu” niezwykle przypadnie do gustu kobietom, które lubią nie tylko kryminały, ale również książki, w których pojawiają się ważne wątki społeczno-obyczajowe.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

poniedziałek, 25 lutego 2013

"Jeżynowa zima" Sarah Jio

Wydawnictwa: Znak
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2012

Kiedy niespodziewany nawrót zimy paraliżuje miasto, Claire ma wrażenie, że pogoda doskonale odzwierciedla chłód panujący w jej sercu. Przeżyła tragiczny wypadek, po którym nie może się podnieść. Dopiero dziennikarskie śledztwo w sprawie zaginionego przed laty chłopca pozwala jej zapomnieć o nieszczęściu.

W miarę jak kolejne tropy odkrywają przed nią historię uprowadzonego chłopczyka i poszukującej go pełnej nadziei matki, Claire powoli uczy się żyć na nowo. A to jeszcze nie wszystko: ślady zaginionego Daniela zaczynają w zagadkowy sposób splatać się z losami jej własnej rodziny...

Jeżynowa zima to wyjątkowa historia o miłości, rozpaczy i nadziei.

Skończywszy czytać „Jeżynową zimę” odczułam ogromne wzruszenie. Historia napisana przez Sarah Jio jest smutną opowieścią, wzbudzającą we mnie uczucie nostalgii. Nie mogę powiedzieć, że „Jeżynowa zima” to utwór wypełniony spektakularnie opisanymi scenami tragedii, w książce nie ma nic z taniej sensacji. Autorka snuje swą opowieść spokojnie, bez pośpiechu. Czytając nie odczuwałam przymusu natychmiastowego poznania finału historii - co nie znaczy, że opowieść była nudna. Przewracając ostatnią stronę powieści odczułam dziwną pustkę.

Jeżynowa zima łączy przeszłość i teraźniejszość. Seattle, 1 maja 1933 roku, czasy wielkiego kryzysu, Vera Ray zostawia swojego trzyletniego syna Daniela samego w mieszkaniu. Kobieta nie chce opuszczać dziecka, nie ma go z kim zostawić, wie jednak, że nie może pozwolić sobie na utratę pracy, dzięki której ona i syn mogą przetrwać. W nocy spada śnieg, nadchodzi jeżynowa zima(termin używany w przeszłości przez meteorologów na określenie niespodziewanego, przejściowego, silnego spadku temperatur w typowo ciepłych miesiącach). Kiedy Vera wraca do domu rankiem 2 maja, z przerażeniem odkrywa, że jej syn zniknął…

Seattle 2 maja 2010 roku Claire Aldridge budzi się odczuwając fantomowy ból, wspomnienie po wypadku, który wydarzył się równo rok temu. Mimo upływu czasu, bohaterka ciągle nie doszła do siebie – czytelnik, jeszcze przez jakiś czas nie będzie wiedział co ją spotkało. Claire z zaskoczeniem zauważa, że w nocy spadł śnieg. Do kobiety dzwoni jej wydawca – bohaterka jest dziennikarką – i zleca jej napisanie artykułu o jeżynowej zimie. Claire nie bardzo wie, jak ma ugryźć zlecenie. Jej przyjaciółka, która pracuje w tej samej redakcji, przynosi wycinki prasowe z roku 1933. Claire wygrzebuje informację o zaginięciu Daniela, od tego momentu odkrycie tego, co stało się z chłopcem staje się dla reporterki priorytetem. Historie Very i Claire przeplatają się. Czytelnik będzie śledził losy obu kobiet oraz odkrywał ich tajemnice, pragnienia i obawy.

„Jeżynowa zima” to niesamowita książka. Powieść jest niepozorna, wydawało mi się, że czytałam ją bez większego emocjonalnego zaangażowania, a jednak pomyliłam się. Obie główne bohaterki i ich historie wgryzały się we mnie, drążyły korytarze, z których obecności zdałam sobie sprawę dopiero po przewróceniu ostatniej strony. Bardzo polubiłam obie bohaterki i niezmiernie im współczułam. Ich losy głęboko mnie przejęły.

Zarówno Vera, jaki i Claire muszą poradzić sobie ze swoimi problemami. Panna Ray traci dziecko, a wraz z nim całą radość życia. Autorka w przejmujący sposób ukazała ból matki, która jest gotowa na wszelkie poświęcenie by odnaleźć ukochanego synka. Również Claire ma swoje problemy, wypadek i jego konsekwencje sprawiają, że małżeństwo kobiety przechodzi kryzys. Bohaterka kocha męża, ale nie potrafi się już z nim komunikować. Na horyzoncie pojawia się miły facet, który wydaje się doskonale rozumieć bohaterkę. Czyżby pisarka zdecydowała przeprowadzić skręt w kierunku  romansu?  Choć mam ogromną ochotę rozwodzić się nad wszystkimi istotnymi szczegółami fabuły, które sprawiły, że polubiłam tę pozycję, najlepiej będzie jeśli w tym momencie zamilknę. Nie chcę popsuć czytelnikom przyjemności samodzielnego poznawania historii Very i Claire.

Króciutko i zwięźle podsumowując: „Jeżynowa zima” to piękna i przejmująca powieść, która bardzo mnie wzruszyła i sprawiła, że po jej odłożeniu jeszcze długo nie mogłam znaleźć sobie miejsca.


A oto nostalgiczna piosenka, która stała się inspiracją dla autorki powieści:




czwartek, 21 lutego 2013

"Przystań posłuszeństwa" Marina Anderson

Wydawnictwo: Czarna Owca
Seria wydawnicza: Czerwona Seria
Liczba stron: 240
Rok wydania: 2013

Pragnęła zmiany. Nauczył ją rozkoszy i stał się jej obsesją
 Młoda mieszkanka Londynu Natalie Bowen wzbudza zazdrość wielu kobiet. Choć jej kariera zawodowa to pasmo sukcesów, to jej życie osobiste jest istną katastrofą. Natalie zaczyna mieć obawy, że nigdy nie będzie w pełni szczęśliwa.
Zmęczona tym stanem zapisuje się na ekskluzywny wyjazd weekendowy. Otoczony tajemnicą kurort o nazwie „Przystań” wprowadza swoich klientów w świat rozkoszy, których nie wyobrażali sobie nawet w najśmielszych fantazjach. Tutaj każdy może poznać przyjemności spod znaku BDSM w zmysłowym, pełnym luksusów otoczeniu.
Początkowo pełna obaw, Natalie decyduje się odrzucić wstyd i uprzedzenia. W „Przystani” poznaje  Simona – mężczyznę, który zawsze dostaje dokładnie to, czego chce. Czyżby nareszcie Natalie znalazła to, czego potrzebowała?

Gdybym miała wybrać jedno słowo określające powieść brytyjskiej autorki, piszącej pod pseudonimem Marina Anderson, byłoby to słowo „kontrowersyjna”.

Natalie Bowen jest kobietą sukcesu, która uwielbia dominować zarówno w pracy, jak i w łóżku. Po tym jak jej kolejny związek kończy się zerwaniem, właścicielka kobiecego pisma zaczyna zastanawiać się, co jest z nią nie tak? Bohaterka wraca do pustego mieszkania, a poczucie samotności zmuszą ją do skontaktowania się z przyjaciółką, która od jakiegoś czasu nie utrzymuje z nią kontaktu. Natalie jest zirytowana, kiedy udaje jej się wreszcie dodzwonić do Jane a ta serwuje jej całą garść wymówek, by w końcu z trudem znaleźć termin na spotkanie. Jak się okazuje Jane, która podobnie jak Natalie miała problemy z mężczyznami, prowadzi teraz satysfakcjonujące i bogate życie erotyczne. Redaktorka prosi swoją koleżankę o zdradzenie jej sekretu takiego powodzenia. Jane, choć niechętnie, udziela jej informacji o Przystani Posłuszeństwa, ekskluzywnym, tajnym klubie, w którym ludzie tacy jak Natalie i ona - ludzie lubiący dominować w każdym aspekcie życia - uczą się czerpać przyjemność z posłuszeństwa i całkowitego poddania się partnerowi. Bohaterka jest zdeterminowana, by przejść przemianę i prosi przyjaciółkę, by ta poleciła ją organizatorowi erotycznego kursu.

Powieść Mariny Anderson jest niesamowicie odważna. Postacie zapuszczają się w bardzo kontrowersyjne rejony erotyki. Bohaterowie uczęszczający na kurs posłuszeństwa, oddają się ekstatycznym orgiom i poddają się wyuzdanym praktykom seksualnym. W Przystani nie ma miejsca na wstyd i nieśmiałość, liczy się jedynie spełnianie poleceń instruktora i nauczenie się czerpania przyjemności z bycia osobą uległą. W powieści nie brak opisów bardzo odważnych scen, budzących niepokój czytelnika, który zaczyna się zastanawiać, czy ludzie naprawdę czerpią przyjemność z takich praktyk? W utworze pojawiają się opisy seksu grupowego, praktyk BDSM i uprawiania miłości przed publicznością – odważnie, jednak nie każdy przetrawi takie wątki, więc osoby chcące przeczytać powieść Anderson, powinny mocno się  zastanowić, czy dadzą radę przebrnąć przez ogromną ilość nieprzyzwoitych opisów odważnych praktyk seksualnych.

Mnie w tej publikacji zgrzytały dwie rzeczy. Na jednej z pierwszych lekcji, Natalie i Hester – jej koleżanka z trzyosobowej grupy ćwiczeń – otrzymują polecenie odbycia stosunku z obcym dla nich mężczyzną – niestety, scena została opisana w taki sposób, że zamiast dreszczyku podniecenia odczuwałam jak po kręgosłupie wędrują igiełki strachu i niepokoju. Drugą rzeczą, która wydaje się niezwykle dziwna jest fakt, że na stronach powieści ani razu nie pojawia się wzmianka o stosowaniu zabezpieczeń. Bohaterowie, którzy biorą udział w orgiach i mają w trakcie kursu wielu partnerów, nie poświęcą nawet jednej myśli chorobom przenoszonym drogą płciową czy możliwości zajścia w ciążę – autorka, chcąc doprowadzić do tego, by jej bohaterowie czerpali nieograniczoną przyjemność z obcowania ze sobą, zapomniała o realiach i ja odbieram to jako duży błąd.

„Przystań Posłuszeństwa” nie jest powieścią dla wszystkich. Zanim zdecydujecie się po nią sięgnąć pamiętajcie, że autorka opisuje odważne i zarazem kontrowersyjne praktyki, które mogą się wam nie spodobać, wydać niesmaczne. Książka Mariny Anderson to pozycja dla czytelnika o otwartym umyśle, który jest w stanie zaakceptować bardzo wiele. Ja podeszłam do lektury tej powieści z odpowiednim nastawieniem – wiedziałam czego mogę się spodziewać i przez cały czas lektury pamiętałam o tym, że są na świecie ludzie czerpiący przyjemność z praktyk, jakim oddają się bohaterowie, dzięki temu byłam w stanie zaakceptować ich odważne zachowanie i nie odczuwałam zdegustowania.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

środa, 20 lutego 2013

"Robokalipsa" Daniel H. Wilson

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 408
Rok wydania: 2011

Są wszędzie - w twoim domu, pracy, samochodzie... I wkrótce cię dopadną. Nagle przestają działać wszystkie telefony i Internet. Z nieba spadają samoloty, a pozbawione kierowców samochody rozpoczynają polowania na ludzi. Coś przejmuje kontrolę nad komputerami, maszynami, elektrowniami i obroną wojskową.
Co się stanie, gdy cała technologia zwróci się przeciwko nam?
Czy istnieje sposób, by pokonać wroga, którego sami stworzyliśmy?

Współcześni ludzie nie wyobrażają sobie świata, w którym nie mieliby dostępu do najnowszych zdobyczy cywilizacji – telefonów komórkowych, komputerów, smartfonów itp. Człowiek dąży do jak największego ułatwienia swojego życia, pożąda najnowocześniejszych urządzeń: samochodu z całą masą gadżetów, nowoczesnego sprzętu gospodarstwa domowego. Technika ułatwia nam życie, ale gdyby tak zwróciła się przeciwko nam? Co stałoby się, gdyby samochody najeżone całą masą elektroniki zaczęły polować na swoich właścicieli, windy zaczęłyby spadać mordując swych pasażerów, samoloty dążyłyby do spowodowania podniebnych kolizji?

„Robokalipsa” Daniela H. Wilsona, to powieść, której akcja toczy się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości. Wszystko rozpoczyna się w podziemnym laboratorium naukowym Lake Novus, w którym zostaje zbudzony do życia superinteligentny komputer Archos. Naukowcy uruchamiali Archosa czternaście razy, jednak każdy eksperyment kończył się porażką. Maszyna już po kilkunastu minutach przejawiała skłonności destrukcyjne, dlatego jej oprogramowanie było niszczone – do czasu...

Podczas czternastego uruchomienia programu, Archos omija skomplikowaną sieć zabezpieczeń i „wydostaje się” na zewnątrz laboratorium. Myślący komputer dysponujący ogromną mocą przetwarzania danych, dociera do informacji, które naukowcy chcieli przed nim zataić. Archosa fascynuje zagadka istnienia, „anomalia życia”, jednak człowiek z jego historią pełną wojen i zniszczenia, jest postrzegany przez maszynę, jako zbędny element natury, który osiągnął już szczyt swoich możliwości i spełnił soją misję dziejową tworząc właśnie jego. Archos planuje pozbyć się „szkodników”.

Utwór Daniela H. Wilsona jest stylizowany na kronikę. Jeden z głównych bohaterów, który pełni rolę kronikarza,  postanawia przybliżyć czytelnikowi kulisy wojny, która wybuchła pomiędzy maszynami i ludźmi. Świat, w którym żyje Cormac „Spryciarz” Wallance, jest wysoce stechnicyzowany. Ludzie dysponują wszelkimi nowinkami ułatwiającymi im życie, w świecie przyszłości obecne są różnego rodzaju roboty – zarówno te, które zachowały wygląd maszyn, jak i takie o kształtach humanoidalnych. „Spryciarz” zebrał świadectwa wojny – dokumenty, nagrania wideo, relacje naocznych świadków – dzięki temu śledzimy najbardziej kluczowe momenty walki.

Powieść Wilsona została podzielona na pięć części składających się z wielu epizodów, które przedstawiają kolejne etapy zmagań ludzkości z wrogimi im maszynami. Śledzimy poczynania różnych postaci, których działania miały decydujący wpływ na przyszłość ludzkości: Cormaca „Spryciarza Wallanca, który wraz ze swym bratem, jako pierwsi stanęli do zbrojnej walki; Jeffa Thompsona, który był świadkiem jednego z pierwszych ataków robotów; Takeo Nakamury, który doprowadził do przebudzenia robotów; Mathildy Perez, dziewczynki, na której eksperymentowały roboty; oraz wielu nie mniej ważnym postaciom. Pierwsza część książki, w której Archos testuje swe możliwości kontroli maszyn, nieco mnie znudziła, jednak kiedy przebrniemy przez „Pierwsze incydenty” czeka nas emocjonująca i pełna napięcia akcja.

Wątek walki człowieka ze świadomymi maszynami, nie jest dla mnie nowością – znam go głównie z filmów takich jak „Terminator”, „Matrix”, czy „Ja, robot”. Pewne elementy fabuły, kojarzyły mi się z elementami obejrzanych filmów, jednak podobieństwa te nie przeszkadzały mi czerpać przyjemności z lektury. Strony „Robokalipsy” wypełnione są ciekawymi postaciami i równie interesującymi urządzeniami – wyrwinóżki, wtyczkowce, czy krocionogi to wyrafinowane narzędzia mordu, których nikt nie chciałby spotkać.

„Robokalipsę” czytałam z zaciekawieniem. Tematyka podejmowana przez Daniela H. Wilsona, choć wtórna,  została ciekawie przedstawiona, a sama powieść idealnie nadaje się do zekranizowania. Sam Steven Spielberg podjął się nakręcenia ekranizacji powieści, zdjęcia miały ruszyć w tym roku, jednak ze względu na zbyt duże nakłady finansowe konieczne do nakręcenia filmu, prace zostały zawieszone. Reżyser zapowiedział, że zajął się poprawkami scenariusza, które zagwarantowałyby obniżenie kosztów produkcji. Mam nadzieję, że powieść zostanie przeniesione na duży ekran, a oszczędności nie wpłyną na jakość filmu. Byłoby szkoda, gdyby tak duży potencjał został zmarnowany przez cięcia  w budżecie.

Powieść Daniela H. Wilsona polecam fanom literatury science fiction, ale nie tylko. Jeśli podobały wam się filmy typu „Terminator”, „Matrix”, „Ja, robot”, to śmiało możecie sięgać po „Robokalipsę”.

niedziela, 17 lutego 2013

"Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy” Jeffrey Ford

Cykl wydawniczy: Uczta Wyobraźni
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 528
Rok wydania: 2013

Asystentka pisarza fantasy 
Zdobywca dwóch World Fantasy Award w 2003 roku: za najlepsze opowiadanie ("Stworzenie") oraz najlepszy autorski zbiór!
Recenzja w "Publishers Weekly" oraz miejsce na ich liście "Najlepszych Książek Roku".
"Miasto Egzo-Szkieletów" - w 2005 roku zdobywca francuskiej Grand Prix de l'Imaginaire za najlepsze przetłumaczone opowiadanie! 

Portret pani Charbuque
Tajemnicza i nastrojowa powieść opowiada historię portrecisty Piero Piambo, który otrzymuje zlecenie inne od wszystkich. Pani Charbuque, bogata i skryta kobieta, zamawia u niego swój portret, jednak stawia dziwaczny warunek: Piambo może jej zadawać pytania na dowolny temat, ale pod żadnym pozorem nie wolno mu jej zobaczyć. Tak rozpoczyna się oszałamiająca i wciągająca literacka podróż do świata pani Charbuque oraz Nowego Jorku w roku 1893. 


„Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy” Jeffrey’a Forda, to druga publikacja z Uczty Wyobraźni, jaką miałam okazję przeczytać. Książka składa się z dwóch części, są to: zbiór szesnastu opowiadań („Asystentka…”) oraz pełnowymiarowa powieść („Portret…”). Czytelnik, który zdecyduje się sięgnąć po utwór, będzie miał możliwość poznania całkiem sporego wycinku twórczości Forda.

Książkę otwiera zbiór opowiadań, który poprzedzają podziękowania autora oraz wstęp  przygotowany w 2001 roku przez Michaela Swanwicka. Wprowadzenie nie tylko zaostrza czytelniczy apetyt, ale ułatwia obcowanie z tekstami Jeffrey’a Forda. Opowiadania zawarte w zbiorku są trudne w odbiorze, trzeba poświęcić im wiele uwagi by się nie pogubić w fabularnych meandrach. Teksty są surrealistyczne, wypełnia je absurd i groteska, nie brak w nich ironii. Niektóre z utworów przypominają nielogiczne sny– bohaterowie przechodzą transformację, miejsca ulegają przeobrażeniom (najbardziej dziwnym z opowiadań jest licząca niespełna trzy strony „Pansolapia”; również „Coś nad morzem” utrzymane jest w niesamowitym, onirycznym klimacie).

Opowiadania są różnorodne. Jedne nowelki czyta się łatwiej, inne trudniej. Moimi ulubionymi tekstami stały się „W drodze do Nowego Egiptu” – komiczna opowieść opowiadająca o dwóch autostopowiczach, Jezusie i Diable. Drugim tytułem, który bardzo przypadło mi do gustu był „Jasny poranek” – nieco autoironiczny tekst, odnoszący się do twórczości autora zbioru. Wielkim plusem „Asystentki pisarzy fantasy” są komentarze Forda, dołączone do opowiadań. Pisarz odkrywa przed czytelnikiem tajemnice powstania danego utwory, dzieli się swoimi przemyśleniami dotyczącymi danego tekstu.

Choć opowiadania są interesujące, to nie wywołały we mnie ogromnego zachwytu. Czytając krótkie teksty Forda, wielokrotnie odczuwałam konsternację i rozmyślałam nad ich formą – niejednokrotnie czułam, że literacki eksperyment całkowicie przesłonił treść. Prawdziwą radość z czytania przyniosła mi dopiero druga część książki.

„Portret pani Charbuque” to powieść, której akcja rozgrywa się w XIX wiecznym Nowym Jorku. Główny bohater, ceniony portrecista Piambo, otrzymuje niecodzienne zlecenie – ma sportretować kobietę, której nie może jednak zobaczyć. Malarz ma stworzyć obraz na podstawie opowieści snutych przez swoją zleceniodawczynię. Piambo daje się wciągnąć w tajemniczy i niebezpieczny świat pani Charbuque. Na jaw wychodzą niepokojące fakty dotyczące kobiety – okazuje się, że nie tylko on podjął się specyficznego zlecenia. W trakcie rozwoju akcji, na scenę wkracza zazdrosny mąż, a w mieście pojawia się tajemnicza choroba, która budzi niepokój stróżów prawa. Mieszkanki Nowego Jorku zaczynają płakać krwawymi łzami…

Powieść Jeffrey’a Forda jest utrzymana w niesamowitym klimacie. Fabuła wypełniona jest tajemnicami i zagadkami kryminalnymi - nad całością unosi się mroczna atmosfera. Pisarz stawia przed bohaterami ciekawe zadania. Intryga jest nieprzewidywalna, a zakończenie zaskakuje.

„Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy”, to doskonała pozycja dla miłośników fantastyki, którzy wymagają od literatury nie tylko interesującej fabuły, ale równie mocno cenią niecodzienny pomysł  i ciekawą formę. Choć zbiór opowiadań nie wywołał we mnie zachwytów, to powieści nie mogłam odłożyć, dopóki nie dotarłam do ostatniej strony.