środa, 29 maja 2013

"Czarne Wzgórza" Nora Roberts

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 496
Rok wydania: 2011

W malowniczej Dakocie Południowej, pośród gór i dzikich zwierząt, rozgrywa się akcja tej pięknej powieści. Wychowana na farmie Lil poznaje Coopa, nowojorskiego chłopca, będącego na wakacjach. Nigdy nie zapomną pierwszego uczucia, lecz gdy spotkają się po latach, będą już innymi ludźmi.
Lil, obrończyni zwierząt, prowadzi rezerwat. Coop, detektyw, wraca na farmę dziadków, by zacząć nowe życie. Oboje nie zamierzają ulegać dawnym sentymentom. Tymczasem w rezerwacie zaczynają dziać się dziwne rzeczy: po serii niewyjaśnionych zabójstw ktoś zaczyna prześladować Lil... Tylko Nora Roberts potrafi tak połączyć romantyczną opowieść o miłości z suspensem.


Bardzo lubię czytać literaturę typowo kobiecą, jednak nie przepadam za zbyt słodkimi romansami, które są lukrowane aż do obrzydzenia. Napisanie dobrego, wyważonego romansu, którego fabuły nie obrzydzi czytelnikowi zbytnie odrealnienie i przesłodzone, patetyczne dialogi wcale nie jest łatwym zadaniem. Nora Roberts jest mistrzynią w swym fachu, a stworzonych przez nią opowieści w żadnym razie nie mogę nazwać ckliwymi, ucukrzonymi romansidłami. Dzięki połączeniu romansu i sensacji oraz wpleceniu w powieści pewnej dozy wątków obyczajowych, utwory Roberts czyta się rewelacyjnie – nie należy jednak przesadzać z lekturą książek tej pani. Zbyt wiele utworów Nory na raz to dawka niewskazana i przesyt w tym wypadku jest uczuciem gwarantowanym.

Od mojego ostatniego spotkania z pisarstwem Roberts minęło sporo czasu. „Odtrułam” się po ostatnim lekkim rozczarowaniu, dałam sobie czas na odpoczęcie od autorki. Tym razem, zamiast zawodu, czekała mnie ogromna przyjemność. Sięgnęłam po „Czarne Wzgórza” – romans z akcją osadzoną w scenerii Dakoty Południowej.

Lil i Coop poznali się kiedy byli dziećmi. Ona wychowywała się na farmie. On był mieszczuchem z Nowego Jorku, którego rodzice wysłali do dziadków. Miedzy dziećmi wywiązała się przyjaźń, a kiedy bohaterowie spotkali się kilka lat później do głosu doszły mocniejsze uczucia. Los nie chciał jednak, żeby młodzi zostali razem. Lil nade wszystko pragnęła zająć się badaniem ogromnych kotów – pum, tygrysów, lwów. Dziewczyna marzyła o założeniu na ziemi przodków rezerwatu dla tych majestatycznych zwierząt, które fascynowały ją od dzieciństwa. Coop wrócił do Nowego Jorku, gdzie został policjantem.

Pierwsze uczucie nie wygrało w zderzeniu z twardą rzeczywistością. Lil i Coop rozstali się. Do ponownego spotkania dochodzi po dziesięciu latach. Niestety bohaterowie muszą poradzić sobie nie tylko z własnymi emocjami, ale również z nieuchwytnym mordercą, który wybrał  Lil na swój kolejny cel. Wątek sensacyjny, którym Roberts okrasiła fabułę swej powieść jest ciekawy i dodatkowo uatrakcyjnia czytelnikowi lekturę „Czarnych Wzgórz”.

Powieść Roberts to romans „na bogato”. Pisarka umiejscowiła akcję swego utworu w ciekawym miejscu, bohaterowie wykonują ciekawe i niebanalne zajęcia. Pisarka opisuje pracę w rezerwacie, opisuje jak wygląda opieka nad dzikimi kotami – już za to należy się jej ogromny plus. Większość autorek romansów pisze po prostu, że dana postać wykonuje taką, a taką pracę, brak natomiast szczegółów - Roberts pisze inaczej. Pisarka umiejscawia swych bohaterów w konkretnym środowisku, obdarza ich konkretnymi zadaniami i pokazuje, jak jej postacie funkcjonują w codziennym życiu – dzięki temu wykreowani przez nią bohaterowie wydają się nadzwyczaj realnymi ludźmi.

W powieści niezwykle podobała mi się kreacja postaci oraz sposób w jaki autorka rozwijała wątek miłosny. Bohaterowie nie spijają sobie z dzióbków, nie zasypują się frazesami o niegasnącym i wiecznym uczuciu. Lil i Coop to para, która wiele przeszła. Mężczyzna zranił Lil, a ona nie jest głupiutką gąską, której miękną kolana, gdy tylko ujrzy obiekt swych uczuć. Bohaterka nie jest również upartą babą, która unosi się honorem. Niezwykle podobał mi się fakt, że bohaterowie rozmawiają ze sobą, że analizują swe uczucia, i że pracują nad swoimi relacjami – żadnego banalnego, lukrowanego romansu i żadnych uproszczeń typu: spotkaliśmy się po latach i wszystko znów jest okej.

„Czarne Wzgórza” czytało mi się wspaniale. Polecam książkę miłośnikom autorki oraz czytelniczkom, które cenią sobie romantyczne opowieści nie przypominające słodkiego ciastka oblanego dodatkowo toną lukru.


 Książka przeczytana w ramach wyzwania Czytamy Norę Roberts

sobota, 25 maja 2013

"Nieuchwytny książę" Julie Anne Long

Wydawnictwo: Amber (na zlecenie Amercom SA)
Liczba stron: 288
Rok wydania: 2012

Connor Riordan, książę Dunbrooke, gardzi życiem arystokraty. Ukrywa swoją prawdziwą tożsamość, pracując jako stajenny w posiadłości zamożnej rodziny szlacheckiej. Gdy Rebeka, siedemnastoletnia córka jego pracodawców, ma wbrew swej woli wyjść za mąż, prosi go o ratunek. Connor pomaga jej po kryjomu opuścić rodziny dom. Szybko okazuje się, że także książę musi przed kimś uciekać...



„Nieuchwytny książę” to kolejna sympatyczna powieść historyczna, którą czyta się przyjemnie, ale później bardzo szybko się o niej zapomina.

Głównymi bohaterami powieści Julie Anne Long są Rebeka Tremaine oraz Connor Riordan. Siedemnastoletniej pannie Tremaine daleko do ideału. Dziewczyna w ogóle nie przypomina dobrze ułożonej damy. Bohaterkę fascynuje nauka, a w szczególności medycyna –  temat, o którym dama żyjąca na początku XIX wieku nie powinna mieć większej wiedzy. Ze względu  na swą buntowniczość, nadmierną śmiałość i niekonwencjonalne zainteresowania, Rebeka stanowi czarną owcę w rodzinie Tremaine’ów. Dziewczyna ma do tego niesamowitego pecha i w wyniku nieszczęsnej pomyłki zostaje skompromitowana. Rodzice zmuszają ją do poślubienia hulaki i hazardzisty, któremu bardzo potrzebne są środki na spłacenie długów. Samodzielna, inteligentna Rebeka ani myśli wychodzić za lorda Edelstona. Dziewczyna planuje ucieczkę, w której pomóc ma jej stajenny ojca.

Connor Riordan, a właściwie Roarke Connor Riordan Blackburn książę Dunbrooke, skorzystał z zamieszania jakie panowało po bitwie pod Waterloo i przyjął inną tożsamość uwalniając się tym samym od życia i obowiązków dziedzica, których nienawidził. Mężczyzna wspaniale odnalazł się w roli stajennego. Zbieg okoliczności sprawa jednak, że Connor ponownie musi zmierzyć się przeszłością, a wszystko za sprawą pewnego medalionu, który przywłaszczyła sobie Rebeka Tremaine.

Fabuła „Nieuchwytnego księcia” jest… sympatyczna – to chyba najlepsze słowo na jej określenie. Lektura powieści nie budzi jakichś mocniejszych emocji, ale dostarcza przyjemności. Przy tej książce można się zrelaksować po męczącym dniu, kiedy szukamy czegoś lekkiego, co nie wymagałoby od nas zbytniego zaangażowania. Autorka okrasiła swoją powieść sporą dawką humoru, więc przy lekturze czeka nas głównie odprężenia, a nie jakieś gwałtowne emocje związane z intensywnym przeżywaniem fabuły.

Powieść ma kilka wad. Ciągłe i nieprawdopodobne zbiegi okoliczności popychające fabułę do przodu mogą momentami drażnić. Bohaterowie wykreowani przez Long również potrafią zirytować. Przyznam, że Rebeka i Connor o wiele bardziej pasują do scenerii Dzikiego Zachodu niż do Anglii XIX wieku – niejednokrotnie podczas lektury wyobrażałam sobie, że bohaterowie wędrują przez prerię, a nie po angielskich traktach. Autorce nie udało się oddać klimatu epoki i to jest największa wada „Nieuchwytnego księcia”.

Powieść Julie Anne Long była sympatycznym czytadłem, które nie trafiło jednak w mój - coraz bardziej wybredny w stosunku do romansów historycznych - gust.
 

piątek, 24 maja 2013

"Alicja w krainie rzeczywistości" Melanie Benjamin

Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 328
Rok wydania: 2010

Lewis Carroll, a wcześniej profesor matematyki w Oksfordzie i zapalony fotograf, rzucił urok na całe pokolenia czytelników, tworząc postać Alicji: dziewczynki wędrującej po Krainie Czarów. Kim była tajemnicza dziewczynka, która zainspirowała Lewisa Carrolla?

Była Alicją - ale w krainie bardzo rzeczywistej: dystyngowanego wiktoriańskiego uporządkowanego świata oksfordzkich wykładowców. Jej ojciec był dziekanem, a matka najważniejszą osobą w towarzystwie - królową, która czasem łaskawie ustępowała miejsca innym królowym, jak wtedy gdy odwiedziła ich Jej Wysokość Wiktoria. Ona i jej siostry miały być małymi damami. Alicja nie była. Zbyt często miała potargane włosy i podrapane kolana. I był dziwny jąkający się pan Dodgson, "ten uprzykrzony nauczyciel matematyki". Później on został Lewisem Carrollem, a ona jego Alicją... Ale najpierw pan Dodgson zabierał dziewczynki do Krainy Czarów: opowiadał - i fotografował.


Alicja nie rozumiała, dlaczego pewnego dnia nagle ich dom na zawsze zatrzasnął przed nim drzwi i oboje opuścili Krainę Czarów...

Bajka autorstwa Charlesa Lutwidge’a Dodgsona przeszła do historii światowej literatury. Niezwykle fascynuje mnie fakt, że kolejni twórcy odnajdują w „Alicji w Krainie Czarów” i „Alicji po drugiej stronie lustra” coraz nowe inspiracje. Bardzo lubię sięgać po publikacje, w których odnajduję nawiązania do opowieści o Alicji, bądź też po powieści będące przeróbkami tego dzieła. Tym razem sięgnęłam po powieść biograficzną autorstwa Melanie Benjamin „Alicja w krainie rzeczywistości”, w której pisarka kreuje literacką biografię Alicji Liddell – dziewczynki, która zainspirowała oksfordzkiego profesora matematyki do spisania historii, która podbiła serca milionów dzieci i dorosłych na całym świecie.

Melanie Benjamin w swej powieści oddaje głos Alicji. Najpierw poznajemy opowieść siedmioletniej, niesfornej dziewczynki, której daleko do małej damy. Bohaterka i jej siostry, Ina i Edyta, spędzają mnóstwo czasu z panem Dodgsonem, który bardzo dobrze czuje się w towarzystwie dziewczynek. Mężczyzna jest niesamowicie wyrozumiały dla wybryków niesfornej siedmiolatki, zachęca ją do szalonych zabaw, które nie przystoją dobrze ułożonej wiktoriańskiej dziewczynce. Dodgson wydaje się odkrywać pragnienia serca siedmioletniego dziecka i umożliwia ich realizację. Wspaniała sielanka kończy się jednak pewnego letniego popołudnia 1863 roku, wtedy właśnie dochodzi do wydarzeń, które doprowadzają do całkowitego zerwania stosunków rodziny Liddellów z profesorem matematyki. Co takiego się stało? Autorka nie stwierdza niczego jednoznacznie, odkrycie tajemnicy odnajdziemy dopiero na ostatnich stronach powieści.

Melanie Benjamin opowiada czytelnikowi o trzech okresach z życia Alicji Liddell – o jej dzieciństwie, o młodości i o schyłku jej życia. Pisarka koncentruje się na wybranych epizodach z życia bohaterki. Poznajemy opowieść o romansie dwudziestotrzyletniej Alicji z księciem Leopoldem, następnie przenosimy się daleko w przyszłość i oglądamy starość kobiety, która nie do końca może odnaleźć się w nowych czasach, w których służba nie jest już taka pokorna względem państwa. Staruszka Alicja została ukazana jako kobieta nieco zgorzkniała, która za wszelką cenę stara się nie myśleć o przeszłości. Odniosłam wrażenie, że Alicja nie umie być już szczęśliwą kobietą po tym co ją spotkało. Z radosnego dziecka i młodej zakochanej kobiety nie pozostało nic.

Powieść Melanie Benjamin spodobała mi się, choć wydawca przesadził ze stwierdzeniem, iż autorka odkryje skandalizujące kulisy powstania „Alicji w Krainie Czarów”. Rodzina pisarza niszcząc jego dzienniki zadbała o to byśmy nigdy nie odkryli, co kryło się za nagłym zerwaniem stosunków rodziny oksfordzkiego dziekana z wykładowcą matematyki. Melanie Benjamin w oparciu o udokumentowane fakty kreuje swoją własną opowieść dotyczącą życia małej muzy Lewisa Carrolla – słodko-gorzką biografię, w której sielanka przeplata się z goryczą rozwianych marzeń, historię, w której pisarz i muza na zawsze zostają wygnani z Krainy Czarów.

„Alicja w krainie rzeczywistości” to udana powieść, która bardzo mi się spodobała. Autorka nie stawia jednoznacznych stwierdzeń, nie próbuje zrobić ze swego utworu skandalizującej powieści. Ciekawym dodatkiem jest obecność trzech fotografii Alicji Liddell, Zdjęcia poprzedzają każdą z trzech części powieści, mamy więc fotografię dziecka, młodej kobiety i staruszki.

Polecam wszystkim czytelnikom, którzy są ciekawi jak mogło wyglądać życie Alicji Liddell, która w  oczach milionów czytelników bajki Carrolla na zawsze pozostała małą, słodką dziewczynką.   
 

wtorek, 21 maja 2013

"Martwy aż do zmroku" Charlaine Harris

Seria: Sookie Stackhouse (tom 1)
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 392
Rok wydania|: 2009

Sookie Stackhouse pracuje jako kelnerka w drink-barze w małym miasteczku w Luizjanie. Jest spokojna, zamknięta w sobie i nie chodzi na randki. Nie dlatego, że nie jest ładna. Przeciwnie, jest niezwykle atrakcyjną blondynką. Niestety, ma pewien dar, który nazywa swoim przekleństwem - potrafi czytać w ludzkich umysłach. Mężczyźni niechętnie umawiają się z takimi dziewczynami. Pewnego dnia jednak w barze zjawia się Bill. Jest wysoki, ciemnowłosy, przystojny... a Sookie nie potrafi "usłyszeć" ani jednej jego myśli! Już choćby dlatego jest to dokładnie taki facet, jakiego szukała przez całe życie. Tylko że Bill również nie jest osobnikiem przeciętnym. Jest wampirem, a te nie mają dobrej reputacji... Gdy giną dwie młode kobiety, a na ich udach koroner znajduje ślady kłów, podejrzenie pada na wampiry, czyli także (a może przede wszystkim) na Billa...


Uwaga! W niniejszej opinii odnajdziecie mnóstwo sprzeczności, ale będzie to opinia bardzo szczera.

„Martwy aż do zmroku” to powieść o prostej fabule, pisana prostym językiem, jej główną bohaterką jest prosta (na pierwszy rzut oka), dwudziestopięcioletnia kelnerka, która czasami drażni czytelnika swoją słodyczą i naiwnością – jednak, mimo trywialności, powieść Charlaine Harris podobała mi się. Gdybym była krytykiem literackim zjechałabym ten tytuł od góry do dołu. Na szczęście jestem zwykłą czytelniczką, która nie musi non stop obcować z dziełami wybitnymi i potrafi czerpać przyjemność z poznawania lekkich czytadeł, które choć nie są lekturami ambitnymi, to dostarczają jej rozrywki.

Powieści wchodzące w skład serii o Sookie Stackhouse wypłynęły na fali popularności serialu „Czysta Krew” stanowiącego ich ekranizację. Zanim nakręcono serial, książki nie cieszyły się zbyt wielką popularnością w Polsce. Pierwszy tom serii po raz pierwszy został wydany w 2004 roku przez wydawnictwo Zysk i S-ka. Podejrzewam, iż tytuł nie spotkał się wtedy ze zbyt entuzjastycznym przyjęciem, gdyż wydawca nie zdecydował się na opublikowanie kolejnych części cyklu. Przełom nastąpił w 2009 roku, kiedy to serial oparty na serii o przygodach Sookie Stackhouse zaczął być emitowany w polskiej telewizji. Ekranizacja została przyjęta entuzjastycznie. W tym samym roku ponownie wydano pierwszy tom cyklu, tym razem publikacji podjęło się wydawnictwo MAG. Serial zyskał sobie ogromne rzesze fanów, co bez wątpienia wpłynęło na popularność książkowego pierwowzoru „Czystej krwi”. Sama jestem ogromną fanką ekranizacji i nie ukrywam, że to ze względu na nią sięgnęłam po powieści amerykańskiej pisarki.

Rolę narratora w „Martwym aż do zmroku” pełni główna bohaterka, kobieta – stwierdzę to bez ogródek – przywodząca na myśl (szczególnie na pierwszych stronach powieści),  słodką idiotkę. Wraz z postępem akcji okazuje się, że Sookie wcale nie jest bezmyślną blondynką. Z każdą przeczytaną stroną postać głównej bohaterki stawała się dla mnie coraz bardziej interesująca. Mimo naiwności, kompulsywności i prostoduszności, Sookie ma w sobie pewną dozę inteligencji  - może bohaterka nie ujawniała jej często, ale nie jest ona bezmyślną blondynką na jaką przez znaczną część powieści kreuje ją Harris. Jeśli czytelnik spróbuje wczuć się w sytuację kobiety, która swe siły kieruje w stronę blokowania dopływu myśli innych osób, to już tylko jeden krok dzieli go od polubienia tej postaci. Kiedy wczułam się w sytuację głównej bohaterki, jej postać przestała wydawać mi się już taka trywialna i głupia, choć momentami jej wypowiedzi nadal mnie drażniły (szczególnie precyzyjne opisywanie ubrania, w które akurat się przebierała).

Opowieść jest prosta w odbiorze. Akcja wypełniona została pokaźną ilością scen erotycznych. Pisarka uraczyła czytelnika sporą ilością ckliwych dialogów przywodzących na myśl trywialne romansidła - pomimo tych banałów obecnych w powieści, nie mogę powiedzieć, że książka mi się nie podobała.

Doskonale zdaję sobie sprawę z każdego słabego punktu „Martwego aż do zmroku”, a mimo to z lektury czerpałam przyjemność. To prawda, że początkowa drażniła mnie narracja i język, że główna bohaterka budziła moją irytację, jednak już po kilkunastu stronach wciągnęłam się w historię i czerpałam ogromną przyjemność z jej poznawania - chociaż znałam jej zakończenie, bo oglądałam już serial, a kilka lat wcześniej, czytałam tę powieść w oryginale.

„Martwy aż do zmroku” jest powieścią nieco banalną, można określić ją nawet mianem  prymitywnej (tutaj głównie: prymitywni, prości bohaterowie oraz prymitywny język i sposób wypowiedzi). Książka Charlaine Harris nie jest wolna od wad i ma ich całkiem sporo - mimo wszystko, ja przy lekturze spędziłam kilka przyjemnych godzin i wcale nie żałuję, że poświeciłam tej książce mój czas. Na pewno sięgnę po kolejne części cyklu!
 

sobota, 18 maja 2013

"Propozycja dżentelmena" Julia Quinn

Seria: Rodzina Bridgerton (tom 3)
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2011

Sophie nawet nie marzyła, że znajdzie się na słynnym balu maskowym lady Bridgerton. Choć jest córką hrabiego, zła macocha uczyniła z niej swą służącą. Teraz, wirując w tańcu w ramionach Benedicta Bridgertona, Sophie czuje się jak księżniczka. Lecz wie, że czar musi prysnąć, gdy zegar wybije północ...
Kim była czarująca dama? Od tamtej magicznej nocy, gdy ją ujrzał, Benedict pozostaje nieczuły na uroki innych kobiet - może z wyjątkiem pewnej piękności w stroju służącej, która wydaje się tak niepokojąco znajoma...


Julia Quinn w swej powieści historycznej „Propozycja dżentelmena” nawiązuje bezpośrednio do baśni o Kopciuszku. Główną bohaterką utworu jest nieślubna córka hrabiego – Sophie Beckett. Richard Gunningworth hrabia Penwood podjął się opieki nad osieroconą dziewczynką, zapewnił jej dom i zadbał o jej edukację, ale nie obdarzył jej głębszym uczuciem, mimo to  Sophie jest szczęśliwa. Mało który bękart może marzyć o tym, iż zajmie się nim rodzony ojciec. Dziewczynka jest kochana przez służbę, ma zapewnioną wygodę i bezpieczeństwo, więc jej sytuacja wcale nie jest zła. Wszystko zmienia się, kiedy hrabia żeni się z wdową Reiling i  sprowadza do posiadłości jej córki.

Sophie liczyła, ze jej los się odmieni, że przyszywane siostry staną się jej przyjaciółkami. Niestety lady Araminta z trudem znosi obecność nieślubnej córki swego męża i stanowczo zakazuje Rosamundzie i Posy nawiązywanie bliższych kontaktów z dziewczynką. Sytuacja Sophie pogarsza się kiedy umiera jej ojciec, wtedy zostaje służącą macochy i jej córek.

„Propozycja dżentelmena” dzieli się na dwie części. Pierwsza koncentruje się na losach Sophie i jej życiu w domu hrabiego Penwood. Losy dziewczynki stanowią lustrzane odbicie losów Kopciuszka. Sophie pewnego wieczoru wymyka się na bal maskowy organizowany przez rodzinę Bridgerton. Na miejscu spotyka jednego z synów organizatorki. Benedict zakochuje się w zamaskowanej dziewczynie od pierwszego wejrzenia, jednak gdy wybija północ kobieta wymyka mu się, pozostawiając po sobie jedynie rękawiczkę z wyszytym monogramem. Bohater trafia do domu Penwoodów, jednak w córkach Araminty nie rozpoznaje tajemniczej kobiety, którą trzymał w ramionach. Lady Penwood odkrywa natomiast, że znienawidzona przez nią córka Richarda wymknęła się na przyjęcie. Wściekła kobieta wyrzuca Sophie na bruk.

Druga część powieści rozgrywa się dwa lata po balu. Sophie pracuje jako pokojówka. Los chce, że ponownie spotyka Benedicta. Mężczyzna nie poznaje dziewczyny, ale odczuwa do niej dziwny pociąg, który przeradza się w pożądanie. Bohater pragnie uczynić Sophie swą kochanką, choć ciągle kocha kobietę, którą spotkał lata temu na maskaradzie.

„Propozycja dżentelmena” to bardzo zgrabnie napisana powieść, której lektura dostarczyła mi niebywałej przyjemności. Choć pierwsza część książki stanowi niemal wierną kopię opowieści o Kopciuszku, to nie miałam żadnych negatywnych odczuć płynących z faktu, iż pisarka wykorzystała baśń – muszę powiedzieć, że to bezpośrednie nawiązanie nawet mi się spodobało. Druga część jest już oryginalnym dziełem autorki.

Powieść jest zabawna, sporo w niej humoru. Bohaterowie okazali się sympatycznymi postaciami, a sama historia jest romantyczna i słodka, ale nie przesłodzona. Bardzo podobał mi się sposób w jaki pisarka opisała przeobrażanie się uczuć Benedicta.

Utwór Julii Quinn przypadł mi do gustu.  „Propozycja dżentelmena” to piękny romans historycznym, który mogę polecić wszystkim miłośniczkom gatunku. Mam nadzieję, że inne powieści Julii Quinn są równie udane.

czwartek, 16 maja 2013

"Ryzykowna decyzja" Meg Alexander

Wydawnictwo: Harlequin
Liczba stron: 282
Rok wydania: 2007

Anglia, okres regencji.
Młodziutka Sophie potrafi stawić czoło przeciwnościom losu. Jednak niespodziewana i gwałtowna śmierć męża pogrąża ją w rozpaczy. Na szczęście ma ukochanego synka, dzięki któremu mobilizuje się do działania. Wtedy zjawia się Nicholas Hatton, tajny agent. Wyjaśnia, że prowadzona przez Sophie gospoda jest wykorzystywana przez przemytników, którzy najprawdopodobniej zabili jej męża, i proponuje współpracę w schwytaniu szajki. Sophie się zgadza, ponieważ pragnie zemsty i chce otrzymać nagrodę, która zapewni synkowi przyszłość. Czy się nie przeliczy?


Po przeczytani ostatniego tomu Trylogii Czarnego Maga, nabrałam ochoty na lekturę lekkiej powieści, która na pewno zakończy się happy endem. Pod ręce nawinął mi się akurat romans historyczny „Ryzykowna decyzja” autorstwa nieznanej mi jeszcze pisarki. Opis książki był ciekawy, więc nie namyślając się dłużej zaczęłam czytać. 

„Ryzykowna decyzja” okazała się trywialnym romansem historycznym. Historia przedstawiona w powieści jest banalna i przeraźliwie przesłodzona. W książce było kilka scen, które miały wprowadzić dramatyzm, jednak pisarce zupełnie nie udało się wytworzenie odpowiedniej atmosfery, która zmusiłaby czytelnika do głębszego przeżywania opisanych wydarzeń. Czytałam, ale nic nie czułam – żadnej ekscytacji związanej z wątkiem miłosnym, żadnych emocji w wypadku „groźnych” scen z przemytnikami. Fabuła niczym się nie wyróżniała. Motyw przemytników miał duży potencjał, ale nie został wykorzystany. 

Bohaterowie byli interesujący, ale papierowi. Duża część powieści koncentrowała się głównie na kłótniach Sophie z Hattonem, później - ni z gruszki, ni z pietruszki - bohaterowie wyznają sobie miłość. Zabrakło mi opisów ewaluowania uczucia głównych bohaterów, ich stopniowego uświadamiania sobie, że druga osoba stała się dla nich kimś ważnym.   

Z przykrością stwierdzam, że  „Ryzykowna decyzja” była książką nudną i mdławą. Meg Alexander nie zaskoczyła mnie żadnym atrakcyjnym rozwiązaniem fabularnym, które sprawiłoby, że zapamiętałabym ten tytuł na dłużej.
  

środa, 15 maja 2013

"Wielki Mistrz" Trudi Canavan

Seria: Trylogia Czarnego Maga (tom 3)
Wydawnictwo: Galeria Książki
Liczba stron: 728
Rok wydania: 2009

Sonea wiele nauczyła się w Gildii Magów. W ciągu ostatniego roku Regin dał jej spokój, a pozostali nowicjusze zaczęli traktować ją z niechętnym szacunkiem. Dziewczyna nie może jednak zapomnieć tego, co widziała w podziemnej komnacie Wielkiego Mistrza Akkarina, ani też ostrzeżenia, że odwieczny wróg Kyralii obserwuje czujnie Gildię.W miarę jak Akkarin ujawnia coraz więcej swojej wiedzy, Sonea przestaje być pewna, komu ufać ani czego bać się najbardziej. Czy prawda może być aż tak przerażająca, jak przedstawia ją Wielki Mistrz? A może jest to podstęp, mający skłonić ją do uczestnictwa w jego mrocznych praktykach?


Cenię sobie dobre historie. Uwielbiam, kiedy pisarz serwuje mi ciekawą opowieść pobudzającą emocje. Powieści, których strony stają się wrotami do innych światów oceniam niezwykle pozytywnie. Uwielbiam ten stan, kiedy całkowicie zanurzam się w fabule, kiedy pisarz tak snuje swoją opowieść, że mimowolnie staję się jej uczestniczką – zapominam, że czytam. Nie widzę już liter, ale staję się częścią wydarzeń przedstawianych na kartach powieści. Moja wyobraźnia przenosi mnie do świata wykreowanego przez autora. Czytając „Wielkiego Mistrza”, finałowy tom Trylogii Czarnego Maga, czułam jakbym znalazła się w samym centrum wydarzeń rozgrywających się w świecie wykreowanym przez Trudi Canavan. Lektura okazała się nadspodziewanie satysfakcjonująca.

Po ostatni tom trylogii sięgnęłam wieczorem, chciałam przeczytać kilka stron przed snem. Nie planowałam spieszenia się z lekturą. Chciałam przedłużać przyjemność płynącą z jak najdłuższego obcowania z tekstem, ale gdzie tam! Akcja powieści wciągnęła mnie do tego stopnia, że wcale nie spałam. Lekturę „Wielkiego Mistrza” zakończyłam o wczesnych godzinach porannych, a po przewróceniu ostatniej strony byłam tak rozemocjonowana, że nie było mowy o śnie.

„Wielki Mistrz” nie jest idealną powieścią, zdaje sobie sprawę z jej wad – pewnej schematyczności; wprowadzenia nieco banalnego wątku miłosnego, który rozwija się dość nagle i jest odrobinę naiwny; obecności kilku zupełnie niepotrzebnych scen, które niczego nie wnoszą do fabuły, ale wiecie co? Mam to w nosie! Ta książka oddziaływała głównie na moje emocje i nawet jeśli autorka nie ustrzegła się przed kilkoma potknięciami, to nadal uważam ten tom ze rewelacyjny (choć obiektywnie muszę przyznać, że bardziej wymagający fani literatury fantastycznej mogą nie odebrać tej pozycji tak entuzjastycznie jak ja).

Fabuła powieści była wciągająca i ciekawa. Sporo było w niej dramatyzmu, a także subtelnego romantyzmu, którego obecność w szczególny sposób powinna spodobać się czytelniczkom. Największe emocje wywołało we mnie zakończenie. Było niesamowicie smutno i tragicznie. Finał pozostawił mnie z poczuciem pustki i żalu. Chciałabym, żeby Canavan nie kończyła wszystkiego w taki sposób,  jednocześnie nie umiem wyobrazić sobie innego, równie zapadającego w pamięć finału.

Ostatni tom Trylogii Czarnego Maga wywołał u mnie szereg silnych emocji, z pewnością  sięgnę po Trylogię Zdrajcy, dzięki której - choć na chwilę - będę mogła spotkać się z bohaterami, których bardzo polubiłam.

Czy polecam Trylogię Czarnego Maga? Chciałbym gorąco przytaknąć, ale nie do końca mogę. Mnie ta seria zauroczyła do tego stopnie, że całkowicie nie obchodziły mnie drobne mankamenty fabuły. O tym, że pokochałam utwory Trudi Canavan, zadecydowały emocje i nie jestem w stanie zagwarantować, że każdy czytelnik będzie czuł to samo, co ja. Myślę, że dla osób oczytanych w fantastyce, ten tytuł może okazać się utworem banalnym i schematycznym. O tym, czy zachcecie zawrzeć bliższą znajomość z powieściami Canavan, musicie zdecydować sami. Ja, najszerzej jak potrafiłam, opowiedziałam wam o emocjach, jakie wywarł na mnie ostatni tom serii.