poniedziałek, 27 lipca 2015

"Czarownice z Salem Falls" Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 488
Rok wydania: 2008

Jack St. Bride, nauczyciel w prywatnej szkole dla dziewcząt, nie ma innego wyjścia – musi całkowicie zerwać ze swoim dawnym życiem, które legło gruzach z powodu zakochanej w nim uczennicy. Szukając miejsca, w którym mógłby się ukryć i pogrzebać przeszłość, trafia do sennego miasteczka Salem Falls w Nowej Anglii. Powrót do nauczania nie wchodzi w grę, zostaje więc pomywaczem w małej restauracji należącej do Addie Peabody. 
Wkrótce między właścicielką a skromnym, bezpretensjonalnym Jackiem rodzi się uczucie. Niestety, w sielskim miasteczku mieszka też czwórka skrywających mroczne tajemnice nastolatek, które obierają sobie Jacka za cel niecnych knowań. Rozpętuje się współczesne polowanie na czarownice i Jack po raz kolejny musi walczyć z wymiarem sprawiedliwości oraz z uprzedzeniami.

Półtora dnia wyjętego z życiorysu – tak skończyło się dla mnie sięgnięcie po „Czarownice z Salem Falls”, książkę autorstwa mojej ulubionej pisarki powieści obyczajowych Jodi Picoult. Cóż to były za emocje!

Jedno słowo, jedno zdanie może zniszczyć życie człowieka, jeśli wypowie się je w nieodpowiednim czasie. Odrzucone serce nastolatki potrafi być tak zdesperowane, że nie dostrzeże kłamstw, którymi się karmi. Opamiętanie może przyjść za późno, a raz rzuconych oskarżeń nie da się cofnąć. Spirala poszło w ruch, życie zostało zniszczone, łatka na zawsze przylgnęła do człowieka. 

„Czarownice z Salem Falls” to powieść, która opowiada o próbie ułożenia sobie życia byłego wykładowcy historii i trenera drużyny piłkarskiej, któremu życie złamała zakochana w nim piętnastolatka. Oskarżony o napaść seksualną Jack St. Bride po odbyciu wyroku jest strzępkiem człowieka. Od mężczyzny odwrócili się przyjaciele i rodzina. Bohater, który utracił wszystka, co było dla niego cenne, po wyjściu z więzienie po prostu rusza przed siebie. W letnim stroju – zimą - idzie wzdłuż drogi, dopóki nie zatrzymuje się obok niego życzliwy taksówkarz, który podwozi go do Salem Falls. Wydaje się, że opatrzność wreszcie uśmiechnęła się do Jacka, który znajduje prace i nawiązuje bliższą relację ze swoją szefową, Addie Peabody.

Historia lubi się jednak powtarzać. Wkrótce mieszkańcy odkrywają mroczną przeszłość St. Bride’a. Rozpoczyna się nagonka na gwałciciela, który śmiał osiedlić się w miasteczku. Smutny scenariusz ponownie zostaje odegrany. Kolejna dziewczyna oskarża bohatera o napaść.

Czy zamroczony alkoholem Jack dopuścił się przestępstwa? Co wydarzyło się podczas obchodów nocy Baltane? Tajemnice zna trójka dziewcząt, które wraz z ofiarą uczestniczyły w sabacie. Czy czarownice podzielą się z policją i sądem prawdą, czy będą kłamać, by chronić swój sekret?

Jodi Picoult tworzy powieści, których fabuły buzują od emocji i  napięcia, nie inaczej było w przypadku „Czarownic z Salem Falls”. Do tego autorka dołożyła szczyptę magii, której obecność w ciekawy sposób budowała nastrój powieści i doskonale korespondowała z miejscem, w którym rozgrywały się wydarzenia – w końcu akcja toczy się w mieście, które kojarzy się z polowaniem na czarownice. Czytałam z zapartym tchem, czym prędzej chciałam poznać finał wykreowanej opowieści. Czy zatriumfuje sprawiedliwość czy uprzedzenia? 

Pisarka po raz kolejny uraczyła mnie doskonałą, wielowątkową powieścią obyczajową, której akcja w pewnym momencie przeniosła się na salę sądową, gdzie do walki stanęli bohater i jego prawnik.
 

niedziela, 26 lipca 2015

"Kochając pana Danielsa" Brittainy C. Cherry

Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2015

To historia wielkiej miłości. Takiej, która zdarza się wtedy, gdy na swojej drodze spotkasz prawdziwą bratnią duszę. Mężczyznę, którego śmieszy to, co bawi ciebie. Mężczyznę, który mówi to, co sama chcesz powiedzieć, który myśli jak ty. Ja spotkałam pana Danielsa. Chociaż wiem, że nasza miłość nie miała prawa się wydarzyć, nie żałuję ani jednej chwili. Nasza historia to nie tylko opowieść o miłości. Opowiada także o rodzinie. O stracie. O byciu żywym. Jest pełna bólu ale także pełna śmiechu. To nasza historia. Z tych wszystkich powodów nigdy nie przeproszę za to, że kochałam pana Danielsa.


Dałam się złapać, jak rybka na haczyk. Pozytywne opinie i recenzje były dla mnie jak barwny spławik. Kiedy go schwyciłam, okazało się jednak, że wpadłam w pułapkę, a błyskotka nie jest prawdziwym złotem, ale połyskującym, pospolitym cackiem.

„Kochając pana Danielsa” to powieść zaliczająca się do gatunku skierowanego dla młodych dorosłych, czyli ludzi w wieku od 18 do 26 lat. Z założenia powieści wpisujące się w ten sub gatunek mają opowiadać o wchodzeniu w dorosłość i radzeniu sobie z pojawiającymi się w tym okresie problemami. W książkach New Adult występują również wątki romantyczne, które są ukazane znacznie śmielej niż w powieściach dla nastolatek - pojawiają się wątki związane z namiętną miłością, seksem. Do tej pory nie miałam okazji przeczytać żadnej powieści wpisującej się w nurt literatury dla młodych dorosłych, ale jeśli powieść Brittainy C. Cherry jest modelowym przykładem realizacji założeń New Adult, to nie prędko sięgnę po kolejne książki należące do tego gatunku. Wybiorę raczej klasyczne romanse.

Historia wykreowana na kartach powieści przypomina przeciętny romans dla nastolatek, z tą różnicą, że w tym tytule pojawiają się śmiałe sceny erotyczne. Pisarka niby starała się przemycić poważniejszą problematykę, ale według mnie średni jej to wyszło. Choć książka w założeniu miała opowiadać o stracie i próbach radzenia sobie z żałobą, o odkrywaniu własnej tożsamości, bardzo szybko zmieniła się w ckliwą opowieść miłosną, której bohaterowie zbyt często przypominali mi napalone nastolatki. Oczywiście wszystko było przyobleczone w piękne słowa, romantyczne wyznania i gesty orz w cytaty z Szekspira, ale mnie to jakoś nie zauroczyło.

Główna postać męska okazała się chodzącym ideałem, księciem z bajki, a bohaterka płaczliwą Mary Sue – kreacja typowa dla większości powieści młodzieżowych. Nagromadzona w fabule ilość tragedii w pewnym momencie stała się śmieszna i wzbudziła we mnie poważną obawę, że na Daniela i Ashlyn ktoś rzucił klątwę, bo ich bliscy padali, jak muchy. Pisarka popadła w przesadę umieszczając w swej powieści tak wiele śmierci, której dojmująca obecność była chyba obliczona na wywołanie wzruszenia u czytelnika – nie mogę zaprzeczyć, że akurat gra na emocjach wyszła Cherry idealnie.

Naczytałam się mnóstwa zachwytów nad tym tytułem, ale wbrew moim oczekiwaniom lektura nie wstrząsnęła mą duszą. Ot, zwykły, wzruszający romans z obowiązkowym happy endem.  Było kilka momentów podczas których uroniłam łzę, ale były też takie, kiedy wydawało mi się, że pisarka pełną garścią czerpie z innych tytułów – choćby wątek związany z listami zostawionymi przez zmarłą siostrę bohaterki, który mocno kojarzył mi się z Cecelią Ahern i jej „P.S Kocham Cię”. Wiele wątków wydało mi się niedociągniętych, potraktowanych po łebkach, porzuconych. Zakończenie też wywarło na mnie wrażenia pisanego na szybko.   

„Kochając pana Daniela” nie jest złym tytułem i gdybym nie oczekiwała po nim tak wiele, to pewnie mój odbiór wyglądałby inaczej - może zachłysnęłabym się tą opowieścią, jak inni zakochała w przedstawionej historii? To dobry romans, który czyta się przyjemnie, ale daleko mi do wygłaszania bezkrytycznych zachwytów nad tą powieścią. Fajne czytadło, ale bez rewelacji.

sobota, 25 lipca 2015

"Pogromca lwów" Camilla Läckberg

Cykl: Saga o Fjällbace (tom 9)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2015

Styczeń, Fjällbacka w okowach mrozu. Z lasu wybiega na drogę półnaga dziewczyna. Nadjeżdżający nagle samochód nie jest w stanie zahamować ani jej wyminąć.
Patrik Hedström otrzymuje powiadomienie o wypadku, gdy już wiadomo, że potrącona dziewczyna to Victoria, która cztery miesiące temu zaginęła, wracając do domu ze szkółki jeździeckiej. Okazuje się, że padła ofiarą okrutnych zabiegów, co gorsza, nie tylko ona.
W tym samym czasie Erika Falck bada sprawę sprzed lat, rodzinną tragedię, która skończyła się śmiercią ojca rodziny. Odwiedza w więzieniu jego żonę, skazaną za morderstwo, ale nie może się od niej dowiedzieć, co się wtedy tak naprawdę wydarzyło. Erika czuje, że coś się nie zgadza, że kobieta coś ukrywa. Wydaje się również, że przeszłość kładzie się cieniem na teraźniejszości…

Ósmy tom sagi o Fjällbace czytałam blisko dwa lata temu. Tak długa przerwa nie przysłużyła się tej serii. Powrót po latach skojarzył mi się z niezręcznym spotkaniem dwojga  dawnych znajomych – relacjonujemy, co ważnego wydarzyło się w naszym życiu, ale rozmówca i tak czuje się zagubiony i speszony, bo podawane mu informacje tak naprawdę niewiele mu mówią. Podobne odczucie towarzyszyło mi, kiedy czytałam „Pogromcę lwów” – pamiętałam bardzo niewiele faktów dotyczących prywatnego życia bohaterów, więc czułam niemałą konsternację, kiedy pojawiały się wątki dotyczące życia Anny, Pauli czy Martina - ba! w pierwszej chwili w ogóle nie skojarzyłam kim jest Paula. Wiele rzeczy zatarło się w mojej pamięci i mam świadomość, że gdybym lekturę najnowszego tomu sagi poprzedziła odświeżeniem sobie przynajmniej dwóch poprzedzających ją części, mój odbiór mógłby być zupełnie inny.

Chciałabym napisać, że „Pogromca lwów” wciągnął mnie tak, jak robiły to poprzednie tomy, a jednak nie mogę tego zrobić. Coś nie zagrało. Choć uważam, że jest to bardzo dobry tytuł, który może podobać się szerokiemu gronu miłośników skandynawskich kryminałów, to osobiście brakowało mi w tej części owej specyficznej magii, którą czarowała czytelników Läckberg, tego napięcia napędzającego do lektury, by jak najszybciej poznać rozwiązanie snutej przez autorkę intrygi. Nastrój panujący w powieści mnie przytłaczał, i nawet komiczny Mellberg i jego „wygłupy” nie miały tak komediowego wydźwięku, jak w poprzednich tomach. Życie niemal wszystkich postaci – zarówno tych związanych z główną parą bohaterów, jak ofiar i przestępców – zostało  naznaczone piętnem depresji, żałoby, smutku, goryczy, tylko Erika i Patrik siedzieli zamknięci w swojej ochronnej bańce wypełnionej miłością. Za dużo było w tym tomie wszechogarniającego smutku i depresji.

Intryga kryminalna obecna w „Pogromcy lwów” była zajmująca, ale zdecydowanie brakowało mi w niej napięcia. Ani działania przestępcy, ani poszukiwania policji nie wywarły we mnie żadnego dreszczyku emocji. Całe śledztwo toczyło się dość sennie i wolno, a i przestępca nie dawał o sobie znać. Brakowało mi jakiegoś mocnego, zaskakującego zwrotu akcji. Najciekawsze okazało się nie śledztwo czy rozwiązanie zagadki, a stały element prozy Camilli, czyli reminiscencje opisujące przeszłość poszukiwanego zbrodniarza i kształtujące jego osobowość czynniki. To właśnie te fragmenty wydały mi się najbardziej zajmujące w „Pogromcy lwów”.

piątek, 24 lipca 2015

"Dzienny Patrol" Siergiej Łukjanienko, Władimir Wasiliew

Cykl: Patrole (tom 2)
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 424
Rok wydania: 2008

Kontynuacja „Nocnego patrolu”. Na odwieczną walkę Dobra i Zła, Ciemności i Światła, patrzymy tym razem oczami pracowników Dziennego Patrolu. W czasie trudnej, wyczerpującej akcji wiedźma Alicja traci moc. Szef Dziennego Patrolu, były kochanek Alicji, wysyła ją na rekonwalescencję do kurortu, gdzie ma odzyskać utracone siły. W kurorcie wypoczywa przystojny chłopak Igor. Alicja zaczyna się nim interesować i wkrótce wakacyjna przygoda przeradza się w miłość, uczucie dotąd jej nieznane. Igor nie wie, kim jest Alicja, ona zaś nie zdaje sobie sprawy, że Igor nie jest zwykłym śmiertelnikiem... Dramat, jaki rozegra się tego lata, to zaledwie jeden z elementów skomplikowanej układanki, pierwszy etap wielkiej rozgrywki o bardzo wysoką stawkę.

Kontynuacja „Nocnego Patrolu” rozgrywa się w znanym czytelnikom świecie, w którym siły światła walczą z siłami ciemności o zachowanie status quo. Jednak tym razem nie towarzyszymy broniącym interesów dobra pracownikom Nocnego Patrolu, a ich złym oponentom. Czy ludzi pracujących dla Zawulona można nazwać potworami dostrzegającymi tylko czubek własnego nosa, dążącymi do szerzenia zła na świecie? Nie do końca. Ten tom dobitnie pokazuje, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Fabuła jest tak poprowadzona, że nagle to obrońcy światła zaczynają wyglądać na kurczowo trzymających się swoich uprzedzeń i wygłaszanych sloganów złych.

„Dzienny Patrol” podobnie jak poprzedni tom cyklu został podzielony na trzy opowiadania, które na pierwszy rzut oka przedstawiają trzy nie powiązane ze sobą epizody opisujące akcje, których głównymi bohaterami są pracownicy lub Inni związani z tytułowym patrolem. Mamy dramatyczną historię miłosną, w której dobitnie zostaje ukazane, że źli w tej powieści nie są w gruncie rzeczy takimi przebiegłymi hochsztaplerami, jakimi chcieliby ich widzieć obrońcy dobra. Druga opowieści skupia się na pechowych przygodach tajemniczego, niebywale silnego Ciemnego Maga, który ma niezwykłego pecha znajdować się tam, gdzie popełnione zostają wykroczenia, a wraz z kłopotami pojawiają się operacyjni Nocnego Patrolu. W trzeciej opowieści, której akcja rozgrywa się w Pradze, następuje związanie wszystkich wątków. Bohaterowie udają się na posiedzenie Inkwizycji, na którym na jaw wychodzą nowe fakty dotyczące  tajnych operacji prowadzonych przez Zawulona i Hesera - głowy obu Patroli.  

Jeśli granica między dobrem i złem w poprzednim tomie jawiła się jako niewyraźna linia, to tutaj stała się ona całkowicie rozmyta. Nagle role zostają odwrócone, a czytelnik ma niezły zamęt w głowie, bo szeregowi pracownicy Dziennego Patrolu wcale nie są potworami, a ci z założenia dobrzy są śmieszni w swym uporze i nieumiejętności spojrzenia poza wbite im do głów truizmy.

Napisany wspólnie z Władimirem Wasiliewem „Dzienny Patrol” trzyma poziom poprzedniej części. Powieść nie tylko dostarcza ciekawej fabuły, ale pobudza również do rozważań nad granicami i naturą dobra oraz zła.
 

czwartek, 23 lipca 2015

"Pamiętnik Wacławy" Eliza Orzeszkowa

Wydawnictwo MG
Liczba stron: 736
Rok wydania: 2015

Powieść dla miłośników literatury w stylu Charlotte Brontë!

Jedna z młodzieńczych powieści Orzeszkowej – od razu dostrzeżona i wysoko oceniona przez krytykę.
Bohaterka jest panną z dobrego domu, ale zarazem owocem mezaliansu. Matka – wielka dama wyszła za mąż za profesora Politechniki, naukowca, pozytywistę, któremu próżniacze życie arystokracji wydaje się wstrętne. Oboje rodzice ogromnie kochają córkę, ale każde z nich inaczej widzi jej drogę do szczęścia. Od lat żyją w separacji, ale zgodnie z wcześniejszą umową córka po ukończeniu pensji ma najpierw spędzić rok u matki,  a potem rok u ojca.
Czy matce uda się w ciągu roku wydać córkę za mąż, by zabezpieczyć ja przed nowomodnymi prądami, których sama nie rozumie i których się boi? 

Eliza Orzeszkowa szerokiemu gronu odbiorców kojarzy się głównie z przerabianymi w szkole nowelami i „Nad Niemnem”, a przecież polska, pozytywistyczna pisarka nie jest autorką tylko tych nielicznych utworów. Dzięki wydawnictwo MG czytelnik ma okazję sięgnąć po „Pamiętnik Wacławy”, powieść mniej znaną, ale jak najbardziej wartą uwagi.

Tytułowa bohaterka to młoda dziewczyna, owoc mezaliansu, córka profesora i arystokratki. Poznajemy ją w momencie, w którym wkracza w świat polskiej arystokracji. Wacława skończywszy pensję dla panien wyjeżdża do matki, gdzie stopniowo z niewinnego, łatwowiernego dziewczęcia zaczyna przekształcać się w znudzoną, arystokratyczną lalkę. Kto wie, jak skończyłaby bohaterka, gdyby nie poznała postaci hrabiego Witolda, który choć był arystokratą, ciężko pracował by podnieść z ruiny rodzinną fortunę i gdyby w krytycznym momencie nie wyjechała do hołubiącego hasła pozytywistyczne ojca, którego przewodnictwo i nauki nadał jej dalszemu życiu sens i jasny cel do realizowania.  

Utwór Orzeszkowej to typowa, pozytywistyczna powieść z tezą. Sporo w niej moralizatorstwa, a obszerne opisy wewnętrznego życia bohaterki i powtarzające się górnolotne porównania mogą momentami zniechęcać do lektury. „Pamiętnik Wacławy” czyta się długo, z przerwami, ale uważam, że jak najbardziej warto poznać ten utwór, z którego można dowiedzieć się bardzo dużo o XIX-wiecznym społeczeństwie.

Myślę, że dzieło naszej pisarki śmiało można by postawić obok powieści Jane Austen. Orzeszkowa napisała bowiem interesujący, klimatyczny romans przypominający w wielu punktach romanse pisane przez Angielkę. Mamy w „Pamiętniku Wacławy” historię podlotka, któremu rodzina pragnie znaleźć męża z odpowiedniego środowiska, mamy intrygi i rozczarowania miłosne oraz wnikliwe opisaną problematykę społeczną. Do tego nasza pisarka stworzyła szeroką paletę zróżnicowanych postaci.

Szkoda, że powieści rodzimej autorki nie są tak popularne, jak dzieła angielskich pisarek tworzących w tym samym czasie, myślę bowiem , że „Pamiętnik Wacławy” w niczym nie ustępuje tamtym utworom.

Mam ogromną nadzieję, że wydawnictwo MG nadal będzie wznawiało mniej znane powieści polskich klasyków literatury, i że będą cieszyły się one zasłużoną popularnością. Was zachęcam natomiast do częstszego sięgania po rodzimą klasykę, wśród której możecie odnaleźć wiele zajmujących i cennych perełek literackich.


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka, która ma więcej niż 500 stron.

środa, 22 lipca 2015

"Panie z Cranford" Elizabeth Gaskell

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 206
Rok wydania: 2014

Powieść jednej z najsłynniejszych angielskich pisarek z czasów wiktoriańskich przypomina zbiór scenek rodzajowych. Urok dawno minionego świata, niespieszna narracja, świetnie uchwycone charaktery, snobizmy, śmiesznostki i cnoty bohaterek wzruszają, denerwują i wywołują niepohamowaną wesołość.  Na podstawie tej powieści telewizja BBC nakręciła przebojowy serial z Judi Dench w roli głównej.

Koniec XIX wieku, Cranford – miasteczko w hrabstwie Cheshire w Anglii. Mieszkają tu głównie kobiety; przeważnie ekscentryczne bezdzietne wdowy i stare panny. Ich zachowanie jest podporządkowane temu, co wypada lub nie wypada osobie o danej pozycji w tym małomiasteczkowym środowisku. Damy skrzętnie ukrywają niedostatki finansowe, nie skarżą się na brak pieniędzy, to bowiem nie uchodzi, w zaciszu domowym natomiast czynią drobne oszczędności - na świecach i ulubionych przysmakach. Należą do klasy średniej, ale za wszelką cenę chcą uchodzić za przedstawicielki klasy wyższej. Żyją tak, jakby od czasów ich młodości nic się nie zmieniło, starannie ignorując fakt, iż świat wokół gwałtownie przyspiesza.

Chciałabym zaprosić was do niewielkiego, wiktoriańskiego miasteczka, w którym władzę dzierżą podstarzałe panny i wdowy. Zostańcie czytelnikami relacji Mary Smith i zawitajcie do Cranford! Jest to zaiste pocieszne miejsce zamieszkane przez damy, które cudnie sprawdziłyby się w roli komików. Zaręczam, że czytelnicza wycieczka do angielskiego miasteczka przyniesie Wam wiele przyjemności.

Fabułę tego przezabawnego utworu tworzą historyjki opisujące codzienne życie kronfordzkiej śmietanki towarzyskiej. Tak się składa, że śmietankę ową tworzą zubożałe kobiety z zacięciem lwic broniące pozorów i swoich „wysokich” społecznych pozycji. Mężczyznom do tego świata wstępu brak, chyba że są niezbędnym elementem maszynerii koniecznej do funkcjonowania miasteczka i domów szacownych pań, które dość oszczędnie szafują swymi względami.

Świat przedstawiony poznajemy dzięki relacji tajemniczej panny Smith, która od lat odwiedza szacowne panie Jenkys – Deborę i Matty, stare panny, córki byłego kronfordzkiego pastora. Narratorka obserwuje codzienne życie nobliwych, ale nieco przykurzonych dam i relacjonuje zabawne anegdotki z życia społeczności miasteczka. Nie sposób powstrzymać śmiechu, gdy czyta się o krowie chodzącej w kubraczku; podstarzałych kobietach, które tworzą kolejne, fantastyczne plotki o grasujących w miasteczku złodziejach; o szacownej damie, która z zacięciem godnym podziwu komentuje donośnym głosem występ iluzjonisty.

Niewielkich rozmiarów powieść Gaskell okazała się perełką literatury wiktoriańskiej. W tym zabawny, ironicznie napisanym utworze pisarka wyśmiewa konwenanse, których przestrzeganie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. W sympatyczny, prześmiewczy i wielce zgrabny sposób ukazuje zakłamanie panujące w epoce.

Lektura „Pań z Cranford” była przyjemna i niezwykle odprężająca. Komizm w tej powieści był przepysznie zaprezentowany. Gdybym wiedziała, że podczas wizyty w Cranford doświadczę tak miłych doznań literackich, sięgnęłaby po ten utwór  znacznie wcześniej. Jeżeli gustujecie w angielskich klasykach i szukacie czegoś innego niż wszechobecne romanse, to pamiętajcie o tym tytule. 

Książa przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka oparta na serialu lub książka, która została zekranizowana w formie serialu  

czwartek, 16 lipca 2015

"Zdradzona" P.C. Cast, Kristin Cast

Cykl: Dom Nocy (tom2)
Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2010

Druga część DOMU NOCY. Zoey Redbird, adeptka w szkole wampirów, czuje, że wreszcie odnalazła swoje miejsce na ziemi. Została przewodniczącą Cór Ciemności i co ważniejsze, ma chłopaka... a nawet dwóch.
Tymczasem w środowisku zwykłych śmiertelników dochodzi do tragedii − ginie kilkoro nastolatków, a wszystkie tropy wiodą do Domu Nocy. Kiedy ludziom z jej dawnego otoczenia grozi niebezpieczeństwo, Zoey zaczyna sobie uświadamiać, że niezwykła moc, jaką została obdarzona, obraca się przeciwko jej najbliższym. Dziewczyna musi znaleźć w sobie dość odwagi, by stawić czoło najgorszemu – zdradzie. 

Udział w różnego rodzaju wyzwaniach literackich ma istotny plus – ma się wreszcie motywację, by sięgnąć po kurzące się na półkach tytuły, które od lat czekają w kolejce na lepsze czasy. Kiedy postanowiłam sięgnąć po powieść zawierającą w sobie wątek trójkąta miłosnego, długo zastanawiałam się, czy posiadam w biblioteczce tytuł, który będę mogła przyporządkować temu punktowi wyzwania 2015 Reading Challenge. Wtedy przypomniałam sobie o serii „Dom Nocy” autorstwa P.C. i Kirstin Cast. Gdzie znajdę poszukiwany wątek, jak nie w powieści paranormal romance dla nastolatek?

„Zdradzona” jest drugim tomem cyklu o przygodach szesnastoletniej, wyróżnionej przez boginię Nox adeptki w szkole wampirów, Zoey Redbird. Akcja tej części rozgrywa się kilka tygodni po wydarzeniach przedstawionych w pierwszym tomie i skupia się przede wszystkim na ukazaniu miłosnych rozterek bohaterki, która jest zadurzona nie w dwóch, a w trzech przystojnych chłopakach – Heacie, „byłym” chłopaku, z którym została Skojarzona, Eriku, najprzystojniejszym wampirze w Domu Nocy i Lorenie, starszym o kilka lat nauczycielu poezji. Lwia część fabuły skupia się na przedstawieniu uczuć Zoey, która nie potrafi zdecydować, z którym obiektem westchnień chce się związać na stałe. Gdzieś na tle romantycznych wynurzeń toczy się całkiem ciekawa akcja, której przyświeca hasło „Ciemność nie zawsze oznacza zło , tak jak światło nie zawsze oznacza dobro.”

W „Zdradzonej” mamy ociupinkę kryminału i całkiem sporą porcję intryg.  Postacie ukazują swoje drugie oblicza. Największy wróg głównej bohaterki, Afrodyta, pokazuje swoją jaśniejszą stronę. Mentorka Zoey zaczyna natomiast budzić w podopiecznej niepokój.

„Zdradzona” to całkiem fajny paranormal romance, ale słabe tłumaczenie robi swoje i odbiera temu tytułowi sporo uroku. Podobnie, jak w pierwszym tomie można znaleźć tu sporo błędów i usterek, które znacząco obniżają przyjemność lektury

Język powieści jest stylizowany na młodzieżowy, tymczasem można znaleźć w tekście wyrażenie, które posłowałyby do powieści historycznej, a nie młodzieżowej: wyraz „jedzenie” (food) został w wielu miejscach przetłumaczony jako „jadło”; „zaufać” (trust) przybrało formę „zawierzyć” („Po prostu musicie zawierzyć mojej intuicji”, str. 108). W kilku miejscach mamy do czynienia ze składnią, która nie wygląda naturalnie w powieści młodzieżowej: „Nawet jeśli tylko wydawać się będzie, żeś nie była mu wierna, i tak cię udusi w twoim łóżku”, str. 211; „Dziękuję, żeś mnie odprowadził”, str 296.

Niestety tłumaczka popełniła też błędy związane z nieznajomością angielskich idiomów i niewłaściwym doborem polskich odpowiedników. Dla dociekliwych zamieszczam spis kilku pomyłek i błędów, których nienaturalność kłuła mnie w oczy podczas czytania polskiego tłumaczenia, budząc we mnie wewnętrzny imperatyw porównania fragmentów oryginalnego tekstu powieści z jej przekładem:
 - tłumaczka zamiast przetłumaczyć ,,speed bump" jako zwykły ,,próg zwalniający", zapożyczyła angielski idiom ,,sleeping policeman" i powstał nam mały potworek językowy „leżący policjant”. Nigdy nie spotkałam się z przypadkiem, żeby ktoś nazwał próg zwalniający na drodze leżącym policjantem,
-  „join in” – „przyłączać się", "włączać się” przybrało w zdaniu nienaturalnie brzmiącą formę „nastała” (Wiedziałam, że to egoistka, od samego początku, gdy tylko do nas nastała”, str. 77 – „nastała” z powodzeniem mogło by zostać zamienione wyrazem „przystąpiła”),
- „sneak in” – „zakraść się” zostało przetłumaczone na wyraz, którego nie znalazłam w żadnym z posiadanych przeze mnie słowników polszczyzny,  „wsmknąć”,
- nie przetłumaczono często używanego przez Bliźniaczki wyrażenia „ditto” oznaczającego „jak wyżej”, „ja też” – ciężko mi uwierzyć, że polskie nastolatki posługują się tym angielskim zwrotem na co dzień, a do tego znają jego znaczenie,
- tłumaczka nieprawidłowo zastosowała czasownik „splantować”, który oznacza wyrównywanie powierzchni gruntu: „Ale też splantowała ją, mówiąc, i to lodowatym, pełnym nienawiści tonem, że Nyx cofnęła swoje łaski , więc odtąd wizje Afrodyty są niewiarygodne. Nie tylko ja o tym wiedziałam, ale praktycznie cała szkoła.”, str 175 (oryg. But Neferet had told Aphrodite, in cold, hateful words, that Nyx had withdrawn her favor from her, and she'd made it clear to me (and practically the entire school) that Aphrodite's visions were false. – Ale Neferet powiedziała Afrodycie, przy pomocy zimnych i nienawistnych słów, że Nyx cofnęła od niej swoje łaski i jasno dała do zrozumienia mnie (i praktycznie całej szkole), że wizje Afrodyty są fałszywe).


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka z w której występuje trójkąt miłosny.