Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Aduld. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Aduld. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2015

"Kochając pana Danielsa" Brittainy C. Cherry

Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2015

To historia wielkiej miłości. Takiej, która zdarza się wtedy, gdy na swojej drodze spotkasz prawdziwą bratnią duszę. Mężczyznę, którego śmieszy to, co bawi ciebie. Mężczyznę, który mówi to, co sama chcesz powiedzieć, który myśli jak ty. Ja spotkałam pana Danielsa. Chociaż wiem, że nasza miłość nie miała prawa się wydarzyć, nie żałuję ani jednej chwili. Nasza historia to nie tylko opowieść o miłości. Opowiada także o rodzinie. O stracie. O byciu żywym. Jest pełna bólu ale także pełna śmiechu. To nasza historia. Z tych wszystkich powodów nigdy nie przeproszę za to, że kochałam pana Danielsa.


Dałam się złapać, jak rybka na haczyk. Pozytywne opinie i recenzje były dla mnie jak barwny spławik. Kiedy go schwyciłam, okazało się jednak, że wpadłam w pułapkę, a błyskotka nie jest prawdziwym złotem, ale połyskującym, pospolitym cackiem.

„Kochając pana Danielsa” to powieść zaliczająca się do gatunku skierowanego dla młodych dorosłych, czyli ludzi w wieku od 18 do 26 lat. Z założenia powieści wpisujące się w ten sub gatunek mają opowiadać o wchodzeniu w dorosłość i radzeniu sobie z pojawiającymi się w tym okresie problemami. W książkach New Adult występują również wątki romantyczne, które są ukazane znacznie śmielej niż w powieściach dla nastolatek - pojawiają się wątki związane z namiętną miłością, seksem. Do tej pory nie miałam okazji przeczytać żadnej powieści wpisującej się w nurt literatury dla młodych dorosłych, ale jeśli powieść Brittainy C. Cherry jest modelowym przykładem realizacji założeń New Adult, to nie prędko sięgnę po kolejne książki należące do tego gatunku. Wybiorę raczej klasyczne romanse.

Historia wykreowana na kartach powieści przypomina przeciętny romans dla nastolatek, z tą różnicą, że w tym tytule pojawiają się śmiałe sceny erotyczne. Pisarka niby starała się przemycić poważniejszą problematykę, ale według mnie średni jej to wyszło. Choć książka w założeniu miała opowiadać o stracie i próbach radzenia sobie z żałobą, o odkrywaniu własnej tożsamości, bardzo szybko zmieniła się w ckliwą opowieść miłosną, której bohaterowie zbyt często przypominali mi napalone nastolatki. Oczywiście wszystko było przyobleczone w piękne słowa, romantyczne wyznania i gesty orz w cytaty z Szekspira, ale mnie to jakoś nie zauroczyło.

Główna postać męska okazała się chodzącym ideałem, księciem z bajki, a bohaterka płaczliwą Mary Sue – kreacja typowa dla większości powieści młodzieżowych. Nagromadzona w fabule ilość tragedii w pewnym momencie stała się śmieszna i wzbudziła we mnie poważną obawę, że na Daniela i Ashlyn ktoś rzucił klątwę, bo ich bliscy padali, jak muchy. Pisarka popadła w przesadę umieszczając w swej powieści tak wiele śmierci, której dojmująca obecność była chyba obliczona na wywołanie wzruszenia u czytelnika – nie mogę zaprzeczyć, że akurat gra na emocjach wyszła Cherry idealnie.

Naczytałam się mnóstwa zachwytów nad tym tytułem, ale wbrew moim oczekiwaniom lektura nie wstrząsnęła mą duszą. Ot, zwykły, wzruszający romans z obowiązkowym happy endem.  Było kilka momentów podczas których uroniłam łzę, ale były też takie, kiedy wydawało mi się, że pisarka pełną garścią czerpie z innych tytułów – choćby wątek związany z listami zostawionymi przez zmarłą siostrę bohaterki, który mocno kojarzył mi się z Cecelią Ahern i jej „P.S Kocham Cię”. Wiele wątków wydało mi się niedociągniętych, potraktowanych po łebkach, porzuconych. Zakończenie też wywarło na mnie wrażenia pisanego na szybko.   

„Kochając pana Daniela” nie jest złym tytułem i gdybym nie oczekiwała po nim tak wiele, to pewnie mój odbiór wyglądałby inaczej - może zachłysnęłabym się tą opowieścią, jak inni zakochała w przedstawionej historii? To dobry romans, który czyta się przyjemnie, ale daleko mi do wygłaszania bezkrytycznych zachwytów nad tą powieścią. Fajne czytadło, ale bez rewelacji.