wtorek, 14 lipca 2015

"Wszyscy Martwi razem" Charlaine Harris

Seria: Sookie Stackhouse (tom 7)
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2011

Sookie zaczyna się przyzwyczajać do życia w świecie zaludnionym przez licznych nieumarłych, wilkołaki, wróżki, zmiennokształtnych i inne istoty nadnaturalne, ale nawet jej cierpliwość ma swoje granice. Potrzebuje czasu, by dojść do siebie po zdradzie wampira Billa, swego pierwszego kochanka, i chciałaby się rzucić w romans z atrakcyjnym zmiennokształtnym Quinnem. Niestety, nie może sobie pozwolić na odpoczynek, gdyż musi wziąć udział w zaplanowanym od dawna wampirzym kongresie, „zaproszona” przez Sophie-Anne Leclerq, królową Luizjany. Jednakże organizacja kongresu napotyka przeszkody. Siedzibę wampirzej królowej poważnie uszkodził huragan Katrina, a sama Sophie-Anne Leclerq ma stanąć przed sądem oskarżona o zamordowanie męża, Petera Threadgilla, króla Arkansas. Sookie wie, że królowa jest niewinna, ale, niestety, problem jest bardziej rozległy, ponieważ równocześnie wokół niej dochodzi do innych szokujących morderstw: wygląda na to, że niektóre wampiry pragną dokończyć dzieło natury. Wobec sekretnych sojuszy i zakulisowych układów Sookie musi rozstrzygnąć, po której stronie powinna stanąć, i musi tę decyzję podjąć szybko, gdyż może to być wybór pomiędzy przetrwaniem a straszliwą katastrofą.

Seria o wampirach z Południa jest moim czytelniczym wyrzutem sumienia. Co roku obiecuję sobie, że zwiększę częstotliwość jej czytania i w końcu poznam finał historii. Choć bardzo lubię cykl o Sookie, do tej pory nie udało mi się zrealizować mojego planu. Lekturę kolejnych tomów oddzielają od siebie dość długie okresy czasu. O serii przypominam sobie zwykle w okresie wakacji - książki o telepatce z Południa zaliczają się bowiem do lekkiej, niewymagającej literatury, która doskonale sprawdza się jako wakacyjny umilacz czasu.

„Wszyscy Martwi razem”  to moja ulubiona część cyklu - oczywiście biorąc pod uwagę dotychczas przeczytane książki z serii. W tym tomie telepatka udaje się razem z luizjańskimi wampirami i ich królową na wampirzy kongres, gdzie ma bacznie czytać myśli towarzyszących innym nieumarłym ludzi. Luizjańska królowa jest w nie lada tarapatach, huragan Karina zniszczył jej siedzibę i pozbawił sporej grupy podwładnych, do tego zostaje ona oskarżona o zamordowanie swego małżonka. Pod płaszczykiem wzajemnych uprzejmości i zapewnień o wsparciu dla Sophie-Ann kryją się mniejsze lub większe spiski. Sookie wpada również na ślad afery mogącej zagrozić wszystkim nieumarłym. Czy kelnerka zdąży na czas odkryć grożące wszystkim obecnym na kongresie niebezpieczeństwo? Na bohaterkę czeka cała masa nieprzyjemnych niespodzianek i niebezpiecznych sytuacji.

Oczywiście w fabule nie zabraknie również stale obecnego w serii wątku romantyczno-erotycznego. W uczuciowym życiu bohaterki pojawią się kolejne miłosne zawirowania.

Siódmy tom przygód Sookie Stackhouse to zabawna, napisana prostym językiem lektura. Dałam się pochłonąć tej historii, choć styl autorki i sposób kreowania bohaterów nadal mogą irytować bardziej wymagających czytelników. Znalazło się w tym tomie sporo scen, które wywołały mój śmiech, a podczas czytania niektórych czułam motylki w brzuchu. Może serii stworzonej przez Charlaine Harris daleko jest do arcydzieła literackiego, ale mnie lektura jej książek dostarcza ogromnej przyjemności.


poniedziałek, 13 lipca 2015

"Rozłąka" Christopher Priest

Cykl wydawniczy: Uczta Wyobraźni
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 416
Rok wydania 2015

W 1936 roku dwaj bracia bliźniacy wracają do Wielkiej Brytanii z igrzysk olimpijskich w Berlinie, z brązowymi medalami oraz młodą Żydówką, która uciekła przed nazistami, ukryta w ich furgonetce. Ten akt współczucia rozpoczyna ciąg wydarzeń, które mogą zmienić bieg historii.
Wkrótce więź łącząca braci nie wytrzymuje rywalizacji o względy dziewczyny i dochodzi do pierwszej rozłąki. Zbliża się II wojna światowa, lecz bracia obierają odmienne ścieżki: Jack zostaje pilotem RAF-u, a Joe odmawia służby wojskowej i zatrudnia się w Czerwonym Krzyżu. Zarówno pacyfista, jak i wojownik są skazani na to, by stać się ofiarami wojny.
Pięć lat później, w godzinie największego zagrożenia, niespodziewanie pojawia się szansa na zawarcie pokoju.
Który z braci zabłyśnie na scenie historii?


Uwaga, w mojej opinii zdradzam pewne rozwiązania fabularne zastosowane przez Priesta, które być może chcielibyście odkryć sami. Jeśli planujecie czytać „Rozłąkę” i chcecie zostać zaskoczeni, nie czytajcie czwartego akapitu recenzji – akapit został zapisany jaśniejszym kolorem czcionki.

„Rozłąka” Christophera  Priesta to FANTASTYCZNA powieść, choć jej dwie pierwsze części odebrałam jako nieco nużące i nie zapowiadające późniejszego fabularnego tąpnięcia. Z pozoru utwór  wdaje się być bogatą w szczegóły quasi-historyczne (szczegółowe opisy działań pilotów bombowców RAF-u i czołowych polityków brytyjskich i niemieckich) alternatywną historią II wojny światowej. Prawdziwa zabawa dla czytelnika zaczyna się wraz z dotarciem do części trzeciej książki, dopiero wtedy dostrzega się pewne subtelne znaki dawane przez pisarza czytelnikowi.

Historia przedstawiona w powieści skupia się na opisaniu wojennych losów dwóch Brytyjczyków, braci bliźniaków noszących te same inicjały, Jacka i Joego Sawyerów. Jako młodzieńcy brali udział w mistrzostwach olimpijskich organizowanych w Berlinie, gdzie spotkali Rudolfa Hessa, jednego z najbliższych współpracowników Hitlera. Z wyprawy wrócili z brązowym medalem i żydowską uciekinierką – Brigit.

Podróż do Niemiec była dla bliźniaków punktem przełomowym, momentem, w którym ich poglądy i drogi zaczęły się rozchodzić. Jack został zawodowym pilotem RAF-u, Joe ożenił się z Brigit a podczas wojny jako zadeklarowany pacyfista wstąpił w szeregi Czerwonego Krzyża. Na barkach tych dwóch mężczyzn spocznie odpowiedzialność za losy wojny. Każdy z nich ma możliwość zmiany przyszłości Anglii i Europy. Wszystko rozbija się o to, który z bliźniaków przetrwa wojenną zawieruchę.

W „Rozłące” nie ma jednak prostych rozwiązań. Z pozoru spójna opowieść okazuje się zbiorem różnorodnych linii fabularnych. Alternatywne światy przecinają się i zdaje się, że tylko walczący o życie, stojący na granicy życia i śmierci Joe jest świadomy obecności kolejnych rzeczywistości, w których bezwolnie się zanurza – choć i tak bierze je za omamy uszkodzonego mózgu. Tak drodzy Państwo, nie dość, że w „Rozłące” mamy do czynienia z alternatywną historią, to dochodzi do tego zabawa alternatywnym światami i równie fascynująca, co dezorientująca zabawa tożsamością przeróżnych bohaterów.

„Rozłąka” to literacki majstersztyk – genialna powieść ze zgrabnie stworzonym, wielowymiarowym światem przedstawionym, z wieloma fantastycznymi fabularnymi smaczkami, które odkryć można tylko przy maksimum skupienia. Już dawno nie czytałam tak zaskakującej książki, która zmusza czytelnika nie tylko do zanurzenia się w wykreowanej przez pisarza historii, ale i do analizowania i kojarzenia faktów. Aż ma się ochotę siąść do tej powieści jeszcze raz i, już z pełną świadomością gry prowadzonej przez pisarza, przeczytać tę powieść ponownie, by dokładniej przyjrzeć się złożonej fabule i z dużym prawdopodobieństwem odkryć w niej coś nowego.

Gorąco polecam tę powieść wszystkim czytelnikom, którzy poszykują niesamowitych, zaskakujących książek.     
  
Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka z jednowyrazowym tytułem.

niedziela, 12 lipca 2015

"Uwikłanie" Zygmunt Miłoszewski

Cykl: Teodor Szacki (tom 1)
Seria wydawnicza: Nowa fala polskiego kryminału (tom 3)
Wydawnictwo: W.A.B (partner kolekcji Edipresse Polska)
Liczba stron: 384
Rok wydania: 2015

Pierwszy tom znakomitej trylogii o prokuratorze Szackim! Wysoki, szczupły, w nienagannie skrojonym garniturze i wkurzony, że znowu kogoś zamordowano po siedemnastej prokurator zaczyna nowe śledztwo. W klasztorze w centrum Warszawy ginie jeden z uczestników niekonwencjonalnej terapii grupowej, a Szacki wikła się w sprawę, której tajemnic pilnie strzegą siły potężniejsze niż rodzina.


O kryminalnym cyklu opisującym przygody warszawskiego prokuratora Teodora Szackiego słyszałam bardzo wiele pozytywnych opinii. Kolejni czytelnicy zachwycali się wykreowaną przez Zygmunta Miłoszowskiego historią, przedstawionymi w powieści realiami i  postacią głównego bohatera – aroganckiego ale charyzmatycznego prokuratora. Nie byłabym sobą, gdybym nie sięgnęła po tak wychwalany bestseller.

Historia kryminalna przedstawiona w książce jest intrygująca, a w fabule można znaleźć interesujące elementy opierające się na motywach i rozwiązaniach rodem z serialu czy książki paranormalnej tudzież dreszczowca z wątkami nadnaturalnymi. Oto ginie Henryk Telak, jeden z uczestników niekonwencjonalnej terapii ustawień. Czwórką podejrzanych zostają biorący udział w terapii poważni, dobrze sytuowani ludzie, których z zabitym nie łączy właściwie nic. Prokuratura i policja stają w martwym  punkcie – brak motywu, brak konkretnego podejrzanego. Szacki rozpoczyna dochodzenie sprawdzając każdą, nawet najbardziej niezwykłą i nieprawdopodobną poszlakę. Czyżby któryś z pacjentów zbytnio wczuł się w odgrywaną podczas terapii rolę i postanowił rozprawić się z Telakiem? Może zabójcą był przypadkowy złodziejaszek? Kim tak naprawdę był Henryk Telak i kim jest tajemniczy mężczyzna, który zza kulis śledzi przebieg śledztwa prowadzonego przez trzydziestosześcioletniego prokuratora?

„Uwikłanie” rzeczywiście okazało się ciekawą powieścią z bardzo zaskakującym zakończeniem, jednak postać głównego bohatera wzbudziła we mnie mieszane uczucia (głównie z powodu wątku romansu z dziennikarką). Szackiemu daleko do bezkompromisowego obrońcy prawa, to zwykły człowiek z całą masą słabości, ale i dużą dozą zrozumienia i współczucia dla ludzi. Bohater dostrzega nie tylko zbrodnie i motywy, ale i dramaty oraz desperację niektórych z poszukiwanych przez niego przestępców. Chyba właśnie taka kreacja postaci Szackiego - jako bohatera bardzo ludzkiego i pełnego rozterek - sprawia, że posiada on rzeszę oddanych fanów wśród czytelników. Ja muszę przyznać, że niezbyt pojmuję fenomen jego popularności. Może lektura kolejnych tomów przyniesie mi odpowiedź na pytanie „Co takiego wyjątkowego ma w sobie bohater cyklu Miłoszewskiego?” 


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - trylogia, tom 1.

niedziela, 24 maja 2015

"Nocny Patrol" Siergiej Łukjanienko

Seria: Patrole (tom 1)
Wydawnictwo: MAG
Liczba stron: 440
Rok wydania: 2007

Współczesna Moskwa. Trwa tysiącletni rozejm między siłami Ciemności i Światła. Każda ze stron, w ramach Wielkiego Traktatu powołała do życia organa stojące na straży porządku. Tytułowy "Nocny Patrol" obserwuje poczynania sił Ciemności, by działały one zgodnie z traktatem. W ten sam sposób pracuje "Dzienny Patrol", pilnujący, by dobro nie rozprzestrzeniało się na świat. Status quo zostanie utrzymany, póki któraś ze stron nie obejmie znaczącej przewagi lub nie złamie warunków porozumienia. W sam środek "wojny" zostaje wrzucony świeżo upieczony strażnik "Nocnego Patrolu" - Antoni. Nie zdaje sobie sprawy, że jego udział będzie znaczący w końcowym rozrachunku między siłami Ciemności i Światła.


Seria „Patrole” autorstwa Siergieja Łukjanienki stoi bardzo wysoko na liście moich ulubionych książek. To cykl, którego właścicielką stałam się przez niebywale szczęśliwy przypadek. Kilka lat temu obejrzałam filmową adaptację tej historii, później, przeglądając półki z fantastyką, natknęłam się na znajomo brzmiący tytuł. Lektura opisu potwierdziła, że mam do czynienia z powieściowym pierwowzorem filmu, którego seans wspominałam bardzo przyjemnie. Nie mogłam przejść obojętnie obok tej powieści. Obudziła się we mnie natura mola książkowego, która bezwzględnie nakazywała zapoznać się z oryginalną historią.

Opowieść mnie zaskoczyła. Po pierwsze, okazało się, że filmowcy mocno przekształcili główne wątki powieści. Po drugie, zdziwiła mnie formuła - epizodyczność akcji, na którą składają się opowiadania. „Nocny Patrol” okazał się ciekawym, wciągającym utworem, a ja czym prędzej zaopatrzyłam się w kolejne tomy. Było to bardzo mądrym krokiem, bo wkrótce nakład powieści wyczerpał się, a ceny niektórych części serii na rynku wtórnym mocno podskoczyły. Sytuacja z dostępnością poprawiła się znacząco, kiedy wydawnictwo MAG, przy okazji premiery piątego tomu „Patroli”, wznowiło całą serię. Wydanie nowego tomu stało się dla mnie pretekstem do ponownej lektury cyklu.

Na fabułę „Nocnego Patrolu” składają się trzy opowiadania, których głównym bohaterem jest Anton Gorodecki, Inny zasilający szeregi tytułowego patrolu. Miejscem akcji jest współczesna Moskawa, w której toczy się pełna podstępów walka pomiędzy siłami dobra i zła.

Służby Jasnych i Ciemnych stoją na straży traktatu, który został zawarty stulecia temu. Głównym zadaniem patroli jest pilnowanie, by na świecie istniała równowaga między obiema siłami. Nocny Patrol nadzoruje poczynania Ciemnych, Dzienny Patrol pilnuje Jasnych. Światło i Ciemność znajdują się w stanie pozornej stagnacji, w kuluarach snute są jednak intrygi, których celem jest doprowadzenie do ostatecznego rozwiązania trwającego wieki konfliktu.  

Anton, szeregowy pracownik Nocnego Patrolu, zostaje wciągnięty w skomplikowane rozgrywki prowadzone przez szefów patroli, kiedy okazuje się, że linie jego losu splatają się z losem osoby posiadającej siłę mogącą doprowadzić do ostatecznego rozstrzygnięcia odwiecznego konfliktu. Bohater wykonuje powierzone mu przez szefostwo zadania, nie podejrzewając nawet, że jest pionkiem w zaplanowanej w najmniejszych detalach akcji. Anton nie jeden raz stanie przed dylematem moralnym, gdyż zło i dobro w powieści Łukajnienki nie są dogmatycznymi wartościami. Przedstawiciele dobra nieraz działają z samolubnych pobudek, a działanie Ciemnych nie zawsze przynosi wyłącznie negatywne efekty.

„Nocny Patrol” to kawał świetnego, rosyjskiego urban fantasy. Szczerze polecam tę powieść wszystkim miłośnikom gatunku.

***
Na deser kilka moich ulubionych cytatów:

Jesteśmy Innymi.

Służymy różnym siłom,

Ale w Zmroku nie ma różnicy

Między brakiem Ciemności i brakiem Światła
(str.96)

O co warto walczyć, o co mam prawo się bić, gdy stoję na granicy, pośrodku, między Światłem i Ciemnością? (str. 292)

Cóż warte są mocne mury, jeśli to mury więzienia? (str. 337)

Co warta jest moja prawda, jeśli jestem gotów bronić całego świata, a nie tych, którzy są obok mnie? Skoro poskramiam nienawiść, lecz nie zezwalam na miłość? (str. 338)

Każdy z nas prowadzi swoją walkę, nie tylko z Ciemnością, ale i ze Światłem. Dlatego, że Światło czasem oślepia. (str. 369)


 Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka przetłumaczona z innego języka
 

niedziela, 17 maja 2015

"Ona" Maria Rodziewiczówna

Wydawnictwo: Edipresse Polska
Liczba stron: 224
Rok wydania: 2013

Tytułowa „ona” to panienka Konstancja - dobra, uczynna, pracowita i sprawiedliwa sierota, mieszkająca wraz z rodziną wuja. Liczy na to, że wujo będzie przychylny jej ukochanemu, Sewerowi Stamierowskiemu. Niestety, wszystko idzie nie tak. Konstancja zmuszona jest uciekać od rodziny, a jej ukochany wpada w obłęd. Mimo to dziewczyna trwa przy Sewerze, nawet za cenę żebractwa... Wzruszająca historia o potędze miłości, która potrafi pokonać wszelkie przeciwności!


Wylałam wiele łez, czytając tę powieść Marii Rodziewiczówny. Już od dawna lektura nie wywołała we mnie takiego obezwładniającego i ściskającego gardło wzruszenia.

„Ona” to historia wielkiej miłości i ogromnego cierpienia. Kostusia, sierota o anielskim sercu wychowywana przez zamożnych krewnych, to dziewczę pracowite, na wskroś dobre i niesamowicie religijne. Bohaterka pracą odpłaca swym krewnym za schronienie i strawę. Wdzięczna nie dostrzega drobnych uszczypliwości, którymi obdarzą ją członkowie przybranej rodziny.

Pewnego dnia w życie sieroty wkracza Sewer Stamierowski - człowiek tak samo samotny jak ona, mężczyzna ograbiony ze swego dziedzictwo przez zachłannego ojczyma. Młodzi zakochują się w sobie, jednak los nie jest dla nich łaskawy. Do uszu wuja głównej bohaterki dochodzą plotki kompromitujące młodych. W tym samym czasie ojczym Sewera wykorzystuje wybuch porywczego pasierba i zamyka go w lamusie. Kostusia dopiero po miesiącu dowiaduje się jaka tragedia spotkała jej ukochanego. Prośby o ratunek dla Sewera nie przynoszą rezultatu. Samotna dziewczyna, która nie może liczyć na nikogo, decyduje się na dramatyczny krok. Razem z wierną mamką odchodzi z dworu, wydostaje wyniszczonego Stamierowskiego z jego więzienia i rusza na poniewierkę po świecie.  

„Ona” to wzruszający romans, historia jakich obecnie się nie spotyka – opowieść o bezinteresownym poświęceniu, wierności i stałości uczuć. 


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka, która mnie wzruszyła.

sobota, 9 maja 2015

"Wichrowe Wzgórza" Emily Brontë

Wydawnictwo:  Świat Książki
Tłumaczenie: Janina Sujkowska
Liczba stron: 336
Rok wydania: 2015

Historia tragicznej miłości i zemsty osnuta na tle dziejów trzech pokoleń dwóch ziemiańskich rodzin, opowieść, której scenerię stanowią tajemnicze i urzekające wrzosowiska północnej Anglii.

Na mojej półce od dawna stoją „Wichrowe Wzgórza”. Książeczka jest cienka, ma niezbyt dużą czcionkę, a jej karty rozklejają się. Stan mojego starego egzemplarza był idealnym pretekstem, by bez wyrzutów sumienia zaopatrzyć się w nowe, przepiękne wydanie od Świata Książki.

Lubię i cenię literaturę klasyczną, jednak nigdy nie pojmowałam fenomenu historii Heathcliffa i Katarzyny. Kiedy czytałam powieść po raz pierwszy zastanawiałam się - gdzie ten wspaniały romans? Dostrzegałam głównie patologiczne, wyniszczające relacje bohaterów, nie dopatrzyłam się wspominanej w opisie ponadczasowej, wzruszającej historii miłosnej. Czyżby rozliczne ekranizacje, łagodzące niejednokrotnie charaktery głównych bohaterów i uwypuklające wątek romantyczny, rzutowały na interpretację książkowego pierwowzoru?  

Brontë stworzyła mroczną powieść gotycką, która bardziej przeraża niż wywołuje romantyczne wzruszenia. Główni bohaterowie są postaciami wybitnie tragicznymi, nie można temu zaprzeczyć, ale ja widzę w nich przede wszystkim targanych namiętnościami szaleńców. Heathcliff to potwór w ludzkiej skórze, a Cathy to rozpuszczona dziewucha, która nie wie czego chce od życia. Pisarka wykreowała postacie, które ciężko polubić i chociaż Heathcliff kocha swoją bogdankę spalającą, szaloną miłością, to na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim jego podły charakter. W Cathy natomiast potrafię dostrzec jedynie rozpieszczoną, samolubną i kapryśną kobietę, która kocha manipulować uczuciami dwóch zakochanych w niej mężczyzn – w ogóle nie pojmuję absurdalnego zachowania tej postaci. Tylko Haretona i Izabeli było mi szkoda, bo dostali się w łapska owładniętego rządzą zemsty szaleńca.

Jeśli ktoś poszukuje w „Wichrowych wzgórzach” ściskającej za serce historii miłosnej, srogo się rozczaruje. To bardzo mroczny melodramat, opowieść o ludziach, którzy dali się pochłonąć własnym demonom. Powieść wywołuje silne emocje, ale nie dominuje wśród nich wzruszenie.

Tyle o treści. Na koniec kilka słów o wydaniu. „Angielski ogród” to bardzo pięknie wydana seria. Miałam nadzieję, że w parze z ładną oprawą pójdzie wysoka jakość wydania. Niestety w książce znalazło się kilka nieprzyjemnych dla oczu literówek, które nie miały prawa pojawić się w wydaniu bazującym na bardzo dobrze znanym czytelnikom tłumaczeniu  Janiny Sujkowskiej. Nie wiem jak korekta mogła dopuścić do tego, żeby słowo „słyszałam” zamieniło się na „dyszałam” (Psu nie udało się uniknąć spotkania: dyszałam, jak pomknął na dół z żałosnym przeciągłym skowytem, str. 144), albo by błędnie odmieniono wyraz zdrowie ( […]nie waha się pan narazić śmiertelnie jej zdrowie, str. 148). Trafiła się też literówka: „był” zostało zapisane jako „byt”. Tych błędów nie ma w moim starym, rozpadającym się wydaniu, więc tym większe jest moje rozgoryczenie - coś poszło źle na etapie korekty.   


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka, która została zekranizowana.
 

wtorek, 7 kwietnia 2015

Tarot, Robert Lichodziejewski

Dzisiejszy wpis będzie nietypowy - nie będzie o książce, a o kartach służących do przepowiadania przyszłości.

Karty tarota fascynowały mnie od dawna. W liceum stałam się posiadaczką swojej pierwszej talii - była to talia autorstwa Jonathana Dee. O kartach  nie wiedziałam wtedy nic. Fascynowały mnie ich potencjalne, magiczne możliwości, ale nie chciałam wydawać majątku na kilkadziesiąt barwnych kartoników. Górę wzięła moja racjonalna strona – chciałam poznać tajniki tarota, ale bałam się, że ciekawość szybko minie, „zabawa” kartami znuży mnie i zostanę z drogą, bezużyteczną talią.  Moje pierwsze karty były więc tanie, niestety bardzo szybko okazało się, że nie odpowiadają moim potrzebom. Nigdy nie udało mi się opanować znaczenia Małych Arkanów, których ilustracje zawierały tylko obrazy stosownej ilości Różdżek, Pentgramów, Pucharów i Mieczy. Talia wylądowała w szufladzie, wyciągałam ją od czasu do czasu, ale stawiane rozkłady nigdy nie stały się dla mnie czytelne.

Moje zafascynowanie tarotem nie zmalało, mimo początkowych niepowodzeń. Przeglądałam kolejne talie, czytałam o znaczeniach poszczególnych kart, aż w końcu trafiłam na kilka talii, które mnie zauroczyły. Zaszalałam i stałam się ich właścicielką, trafiły do mnie: klasyczna talia Rider Waite’a oraz Tarot Lichodziejewskiego, Boski Tarot i Tarot Illuminati.

Tarot autorstwa Roberta Lichodziejewskiego bardzo wiernie odwzorowuje symbolikę przedstawioną w talii Ridera Waite’a. Rysunki na kartach są wyraziste, mocno kojarzą mi się z ilustracjami typowymi dla komiksów – taka konwencja przypadła do mojego gustu. Obrazy są łatwe do odczytu. Karty mają atrakcyjne, szczególnie dla kobiet, koszulki. Niestety jakość wydania talii  nie powaliła mnie na kolana.  
W mojej talii znalazło się sporo „brudno” wydrukowanych kart – wygląda to fatalnie i mocno mnie rozprasza, karty wyglądają jakby zostały pobrudzone. W niektórych miejscach zauważyłam również punkty, które można porównać do „gorących pikseli” – małe kropeczki w jednym kolorze. Nie wiem, czy to przypadłość mojej talii, czy w całym wydaniu da się zauważyć błędy w druku.  Tarot Lichodziejewskiego jest atrakcyjny wizualnie. Grafika bardzo mi odpowiada, ale oczekiwałam idealnego wydania. Karty tarota są drogie i chciałabym, żeby za ceną szła jakość, tutaj niestety tej jakości zabrakło.

Talia przyszła do mnie w dużym tekturowym opakowaniu, w którym zostało umieszczone mniejsze pudełeczko z talią. Producent nie pomyślał jednak o dołączeniu książeczki zawierającej chociażby podstawowe znaczenie kart. Początkujący adepci tarota, których zafascynuje ta talia, muszą być przygotowani na to, że będą musieli zaopatrzyć się w jakiś podręcznik albo będą korzystać ze źródeł internetowych, by zrozumieć symbolikę poszczególnych kart.