wtorek, 16 kwietnia 2013

"Sprawa Clemenceau. Pamiętnik obwinionego" Aleksander Dumas (syn)

Wydawnictwo "KWE"
Strony: 171-384
Rok wydania: 2001


„Sprawa Clemenceau. Pamiętnik obwinionego” to powieść, która mi nie podeszła. Mam wrażenie, że czytałam ten utwór wieki. Wielokrotnie łapałam się na tym, że moje myśli dryfują, a ja przebiegam oczami po tekście i nie wiem o czym czytam. Na moje rozkojarzenie na pewno miała wpływ redakcja książki, ale o tym będzie na końcu.

Utwór Aleksandra Dumasa syna został wystylizowany na pamiętnik. Głównym bohaterem i narratorem jest Piotr Clemenceau. O mężczyźnie wiemy jedynie, że popełnił jakieś przestępstwo i przebywa obecnie w więzieniu, czekając na rozprawę. Clemenceau postanawia spisać dzieje swego życia. Powstały pamiętnik ma zostać powierzony panu Rollinetowi – adwokatowi i przyjacielowi Piotra, który ma bronić nieszczęsnego zbrodniarza. Czytelnik poznaje dzieje głównego bohatera, począwszy od jego wczesnej młodości, skończywszy na dniu, w którym dokonał zbrodni. Nie chcę popsuć przyjemności osobom, które zdecydują się sięgnąć po powieść, dlatego nie będę wdawała się w szczegółowe opisywanie akcji (choć mam niezwykłą ochotę w detalach opisać pewien wątek), jednak wspomnę  jeszcze o kilku ogólnikach, które wpłynęły na moją ocenę powieści Dumasa.

Życie Clemenceau podlegało niezwykłemu fatalizmowi, a sam bohater łączył swe nieszczęścia z faktem, iż był dzieckiem nieślubnym i w związku z tym nie miał prawa oczekiwać, że spotka go coś dobrego. Piotr przez pewien czas wierzył, że  dzięki uczciwemu i pracowitemu życiu zyska szczęście i szacunek niezależnie od swego nieprawego pochodzenia. Wypadki, które stały się jego udziałem, zburzyły jednak jego przekonanie. Doszło do tego, że wykorzystywany i oszukiwany Clemenceau uważał, iż to jego pochodzenie jest winne wszelkich nieszczęść, które na niego spadają. Podejście bohatera jawiło mi się jako niesamowicie naiwne, a on sam przypominał ciepłe kluchy. Clemenceau nie przypadł mi do gustu, choć pod pewnymi względami jego postać może wzruszać i rozczulać – to człowiek bardzo uczuciowy, który wybrankę swego serca nosi na rękach i dla niej jest gotów na wszystko, niestety ten szlachetny rys serca budzi raczej współczucie i pogardę niż podziw, ponieważ uwielbienie staje się przyczyną całkowitego zaślepienia Piotra, który nie dostrzega, że jego wybranka wcale nie jest ideałem.  Nie byłam w nastroju na czytanie ckliwych historii miłosnych i dlatego postać głównego bohatera budziła moją głęboką niechęć i politowanie.

Na koniec wrócę do tematu redakcji tekstu, a raczej do jej całkowitemu braku. Zbiór dwóch powieści Dumasa Wydawnictwa „KWE” to bubel w pozłocie. Pod piękną, skóropodobną, twardą okładką ze złoceniami i pod szytymi stronami skrywa się wydawnicza porażka. Mimo zapewnień wydawcy, iż tekst powieści zachowuje wierność tłumaczeniu sprzed kilkudziesięciu lat i dołożono wszelkich starań, by w powieści ukazać bogactwo naszego języka, to tekst obu utworów („Damy kameliowej” i „Sprawy Clemenceau”) najeżony jest literówkami i błędami interpretacyjnymi – krew się gotuje! To wydanie wygląda jakby nie przeszło korekty! Przecinki są stawiana w najdziwniejszych miejscach, w niektórych zdaniach w ogóle nie pojawiają się znaki interpunkcyjne – na końcu zdania nie postawiono nawet kropki! Nie dziwię się, że moje myśli błądziły. Zamiast czerpać radość z lektury, próbowałam domyślić się sensu zdania, lub odgadnąć jaki wyraz kryje się pod dziwacznym zapisem. Nikomu nie polecam tego wydania. Klasyki tak się nie wydaje – sztuka nie polega tylko na opatrzeniu utworu godną oprawą, ważniejsze jest rzetelne przygotowanie tekstu!

Jeśli chcecie przeczytać „Sprawę Clemenceau. Pamiętnik obwinionego” to sięgnijcie po inne wydanie! Oszczędzicie sobie nerwów. Podejrzewam, że gdybym nie trafiła na takki bubel wydawniczy, to moja ocena tej powieści mogłaby wypaść nieco lepiej. Chyba nikt nie polubi książki, którą ma się ochotę czytać z czerwonym długopisem w dłoni i zaznaczyć wszystkie błędy, by potem wystawić jej 1. Omijajcie to wydanie szerokim łukiem.
 

czwartek, 11 kwietnia 2013

"Selene, córka Kleopatry" Natalia Rolleczek

Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 460
Rok wydania: 1983

Bardzo potrzebowałam takiej książki, jak „Selene, córka Kleopatry” – powieści ciekawej, ale nie wymuszającej na czytelniku mocnego zaangażowania emocjonalnego i nie ponaglającej do szybkiego czytania obecnością wartkiej akcji. Potrzebowałam utworu spokojnego, który mogłabym czytać niespiesznie - historyczna powieść Natalii Rolleczek nadała się idealnie.

„Selene, córka Kleopatry” to sfabularyzowana historia życia potomków Kleopatry. Choć tytuł sugeruje, że fabuła powieści będzie koncentrowała się głównie wokół córki władczyni Egiptu, to tak naprawdę opowieść o Selenie wcale nie dominuje w utworze. Autorka bohaterami swego utworu uczyniła ród Oktawiuszów -  Oktawiana Augusta, który został cesarzem Rzymu po śmierci Marka Antoniusza; Oktawię, siostrę władcy, która przygarnęła dzieci Kleopatry i swego męża; bohaterami powieści stają się również dzieci Oktawii; w książce ważną postacią jest Juba II, król podbitej Nubii, noszący status „praedium populi Romani”(nabytek narodu rzymskiego); czarnym charakterem staje się Liwia, żona Oktawiana.  

Akcja powieści rozpoczyna się zaraz po tym, jak Kleopatra popełniła samobójstwo. Dzieci władczyni Egiptu stają się zakładnikami zwycięskiego Oktawiana, który decyduje się zabrać sieroty do Rzymu, by tam wzięły udział w jego zwycięskim pochodzie. W tym samym czasie Juba otrzymuje zadanie sprawdzenia katalogu Sarepejonu – jednej z największych bibliotek ówczesnego świata. Później akcja przenosi się do Rzymu, gdzie sierotami po rywalce decyduje zająć się Oktawia.

Siostra władcy Rzymu jest właściwie główną bohaterką utworu, to tej postaci Natalia Rolleczek poświęciła najwięcej miejsca w swej powieści. Pisarka przedstawia porzuconą przez Marka Antoniusza kobietę jako wzór cnót niewieścich – wierną żonę i oddaną matkę, która uczuciem obdarza nawet dzieci kobiety, która odebrała jej męża. W opozycji do Oktawii stoi Liwia, jej bratowa. Żona cesarza nie dała mu potomków i przez to jest uznawana za osobę gorszą od szwagierki. Liwia zazdrości Oktawii szacunku, jakim darzą ją rzymscy obywatele, nie może zaakceptować faktu, że jej mąż ceni dzieci siostry i umacnia ich pozycję. Marcellus, pierworodny syn Oktawii, to ulubieniec wuja i Liwia nie może znieść myśli, że potomek rywalki mógłby zostać w przyszłości wyniesiony do rangi cezara, dlatego żona władcy knuje intrygi, które mają zohydzić życie szwagierki.

„Selene, córka Kleopatry” to bardzo interesująca, wielowątkowa powieść historyczna, w której autorka przybliża czytelnikowi postacie bezpośrednio związane z postacią Oktawiana Augusta. Utwór przypomina sagę rodzinną, w której pisarka przybliża losy wielu członków jednej rodziny. Natalia Rolleczek stworzyła ciekawą powieść, w której z dużą pieczołowitością przedstawiła życie codzienne zwykłych rzymian w I wieku p. n. e.  oraz życie rodziny władcy, które w znacznej części zostało podporządkowane umacnianiu pozycji cezara. Ta powieść jest niesamowicie naładowana, więc trudno mi wymienić wszystkie wątki, dlatego wspomnę tylko o kilku przeze mnie wybranych: mamy w powieści wątek ucieczki Cezariona – syna Kleopatry i Juliusza Cezara, pojawiają się wątki Selene i Heliosa – dzieci Kleopatry i Marka Antoniusza, mamy wątki politycznych małżeństw zawartych przez dzieci Oktawii, pojawia się wątek igrzysk tj. krwawych widowisk z obecnością gladiatorów – jak widać „Selene, córka Kleopatry” to powieść bogata w interesujące, historyczne treści.

Lektura powieści Natalii Rolleczek była bardzo satysfakcjonująca. „Selene, córka Kleopatry” to książka, którą polecam wszystkim miłośnikom powieści historycznych, a zwłaszcza tym z nich, którzy upodobali sobie utwory z akcją rozgrywającą się w Egipcie i Rzymie I wieku p. n. e.
 

środa, 10 kwietnia 2013

"Zjawa" Graham Masterton

Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2005

Pewnego zimowego popołudnia tafla lodu załamuje się pod spacerującą po zamarzniętym basenie pięcioletnią Peggy. Jej śmierc pogrąża w żalu dwie starsze siostry, Elizabeth i Laurę. Dziewczynki nie mogą oprzeć się wrażeniu, że Peggy czuwa nad ich losem gdzieś z zaświatów. Trzy lata później miejscowy pastor, który molestował seksualnie Laurę, zostaje znaleziony w stanie agonalnym na terenie plebanii z objawami głębokiego odmrożenia całego ciała. Jest upalne lato, i wypadek wymyka się wszelkim próbom racjonalnego wytłumaczenia...
 
„Zjawa” Grahama Mastertona jest powieścią, do której mam spory sentyment – była to jedna z pierwszych samodzielnie zakupionych przeze mnie książek (bodajże trzecia), był to również pierwszy horror brytyjskiego pisarza jaki przeczytałam. To dzięki „Zjawie” zainteresowałam się szerzej twórczością Mastertona, który dla mnie jest niekwestionowanym mistrzem horroru. Powieści tego pisarza przerażają mnie o wiele mocniej niż twórczość równie docenianego Stephena Kinga.

Głównymi bohaterkami powieści są dwie siostry: Elizabeth i Laura. Kiedy kobiety były kilkuletnimi dziewczynkami straciły swą najmłodszą siostrę. Śmierć pięcioletniej Peggy rozbiła szczęście rodziny Buchananów, ale gdyby jej członkowie wiedzieli, jaki koszmar ich czeka, kiedy dziewczynka wstanie z grobu, to zapewne nigdy nie pragnęliby jej powrotu. Duchowi Peggy towarzyszy niebezpieczne monstrum, które na jej polecenie ma ochraniać starsze siostry – opieka przybiera niezwykle makabryczną formę. Każdy, kto zbytnio zbliży się do dziewcząt lub pozwoli sobie na zbytnią z nimi poufałość, zostaje zamrożony, bądź ulega wyjątkowo brutalnym wypadkom. Działalność Peggy i jej wynaturzonej pomocnicy nasila się, kiedy Lizzie i Laura wchodzą w dorosłość i próbują ułożyć sobie życie.

„Zjawa” to kolejny horror, w którym pisarz inspiruje się istniejącymi już tekstami kultury. W powieści pojawiają się nawiązania do „Królowej śniegu” Andersena oraz wątki zainspirowane mitologią nordycką – bardzo lubię wszelkie nawiązania intertekstualne i ich obecność w powieści uważam za duży plus. Masterton w ciekawy sposób wykorzystuje i przekształca klasyczne utwory i motywy. Brytyjczyk z niezwykłą biegłością wyłapuje wszelkie niepokojące aspekty utworu Andersena. W baśni odszukuje mroczne wątki, które później zręcznie wkomponowuje w fabułę swej powieści.

„Zjawa” nie jest jedynie brutalnym horrorem. W tle możemy odnaleźć wiele ciekawych wątków, choć czasami bywają one krótkie i nierozbudowane. Autor umieścił znaczniejszą część akcji swej książki w roku 1951. Jednym z ważniejszych motywów przewijających się w tle powieści jest motyw traumy młodych żołnierzy, którzy brali udział w walkach II wojny światowej. Masterton nie dokonuje psychologicznych analiz, ale pokazuje jak wojna i jej krwawe, brutalne pejzaże, obrazy śmierci kolegów, na zawsze stają się częścią życia tych, którym udało się przeżyć. Choć wojna nie zabiła ich fizycznie, to zniszczyła ich serca i umysły. Wątek nie jest raczej rozbudowany, nie przeceniam go, jednak jego obecność zwróciła moją uwagę.

Autor, jak zwykle, uraczył mnie dużą dawką makabry i sporą ilością niezwykle plastycznych, przerażających opisów. W powieści znajdzie się kilka bardzo śmiałych scen erotycznych. Zresztą, obecność niesamowitych opisów ludzkiego cierpienia oraz występowanie wyuzdanych scen miłosnych, to znaki rozpoznawcze twórczości Mastertona, dlatego horrory Brytyjczyka poleciłabym głównie czytelnikom o mocnych nerwach, wytrzymałych żołądkach i dużym stopniu tolerancji.

sobota, 6 kwietnia 2013

"Niewinna" Beatrice Small

Wydawnictwo:  Weltbild (seria Romans Historycznay na zlecenie Oxford Educational Sp. z.o.o.)
Liczba stron: 368
Rok wydania: 2012

Osierocona przez matkę Eleanore zostaje oddana pod opiekę sióstr zakonnych. Po latach nie wyobraża sobie życia poza murami klasztoru. Niestety, tajemnicza choroba brata zmusza ją do powrotu w rodzinne strony. Po jego śmierci Eleanore dziedziczy rodową posiadłość, która ma dla Anglii znaczenie strategiczne, dlatego król nakazuje jej poślubić jednego ze swoich rycerzy. Czy młoda kobieta odnajdzie szczęście u boku obcego mężczyzny?


Beatrice Small, cóżeś ty za książkę popełniła ?!

Opis „Niewinnej” był interesujący, akcja powieści została osadzona w epoce średniowiecza. Oczekiwałam, że książka okaże się klimatyczną, romantyczną opowieścią, dlaczego jednak nigdzie nie pojawiło się ostrzeżenie, że głównymi bohaterami są: czternastoletnia filigranowa dziewczyna i trzydziestoletni krzepki rycerz? Wiem, że w średniowieczu takie związki nie były niczym specjalnym, ale rozsądne autorki romansów historycznych bohaterkami swych powieści czynią kobiety pełnoletnie, bądź pełnoletniości bardzo bliskie. Dla mnie czytanie o intymnych zbliżeniach czternastolatki i dorosłego faceta było niezmiernie przykrym doświadczeniem i nic nie dało wmawianie sobie, że autorka w przypadku związku głównych bohaterów jest wierna realiom kulturowym średniowiecza. W tym miejscu można by wejść w polemikę, powiedzieć, że skoro chciałam powieść z akcją osadzoną w średniowieczu, to powinnam zaakceptować fakt, że Beatrice Small przedstawiła taki, a nie inny typ związku młodziutkiej dziewczyny z dwa razy starszym bohaterem. Nie ważne, jak starałam się przekonać samą siebie i jakich racjonalnych argumentów używałam, uczuć oszukać się nie dało. Inne pisarki nie piszą o intymnych związkach dzieci z dorosłymi i ich powieści cenię bardziej. Dla mnie historia miłosna przedstawiona w „Niewinnej” była niesmaczna.

Myślę, że Beatrice Small realizowałaby się doskonale jako autorka powieści erotycznych. Każdy z czarnych charakterów przedstawionych w „Niewinnej” oddaje się niesamowicie śmiałym i nieprzyzwoitym aktom seksualnym. Saer de Bude sypia z kuzynką i lubi erotyczne zabawki, Isleen to nimfomanka i ladacznica, Merin ap Owen jest miłośnikiem BDSM – wszystkie te postacie biorą udział w mniejszych, bądź większych orgiach. Sięgając po „Niewinną” chciałam dostać w swe ręce klimatyczny romans historyczny, a nie powieść erotyczną z akcją osadzoną w średniowieczu. W książce było zdecydowanie za wiele scen intymnych. Najtrudniej przyszło mi wyobrazić sobie, że w średniowieczu mógł działać ekskluzywny lunapar, w którym dopuszczano się praktyk sado-maso, bo i taki przybytek w „Niewinnej” się pojawił.

Chociaż Beatrice Small napisała książkę, w której dość dobrze oddaje średniowieczne realia, to jej powieść bardzo mnie rozczarowała. Na moją negatywną ocenę na pewno wpłynął wątek związku czternastolatki z dorosłym mężczyzną oraz fakt, że powieści było zdecydowanie za dużo śmiałych scen erotycznych. Ten romans historyczny nie podobał mi się – moja opinia jest jak najbardziej subiektywna. „Niewinna” nie wywołała u mnie większych pozytywnych odczuć.
 

piątek, 5 kwietnia 2013

"Jak z obrazka" Jodi Picoult

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 360
Rok wydania: 2008

Młoda kobieta, którą policja znajduje błąkającą się po cmentarzu w Los Angeles, nie pamięta, jak się nazywa. Kiedy zgłasza się po nią mąż, Cassie Barrett dowiaduje się ze zdumieniem, że jest nie tylko uznanym antropologiem, ale też żoną Aleksa Riversa, jednego z najpopularniejszych hollywoodzkich gwiazdorów.
Stopniowo wraca jej pamięć: szalony romans w Tanzanii, ważne odkrycie naukowe, którego tam dokonała, kariera Aleksa, za którą zapłacił emocjonalnym rozchwianiem. Ale Cassie nie może się odnaleźć w swoim luksusowym życiu i na pozór doskonałym małżeństwie. Kiedy znajduje w łazience test ciążowy z pozytywnym wynikiem, nagle wracają do niej ponure wspomnienia. Cassie czuje, że musi natychmiast uciec przed swoją przeszłością i przed Aleksem.

Kiedy czytam powieść, w której pojawia się motyw przemocy wobec kobiet, nie mam   problemu z moralną oceną bohaterów. Mężczyźni w takich książkach zostają zwykle przedstawieni jako bezwzględne bestie, których szał może pobudzić najmniejszy drobiazg. Dla świata są czarujący, w domu zmieniają się w oprawcę i kata – takie postacie budzą we mnie niechęć i złość, cały szereg negatywnych emocji. Kobieta jest ukazywana jako zastraszona ofiara - współczuję, ale często myślę o niej z irytacją ‘głupia’, bo bohaterka wierzy, że jej mąż się zmieni, że dotrzyma obietnicy i już jej nie uderzy, bo po kolejnym pobiciu wciąż twardo przy nim stoi i usprawiedliwia jego działanie obwiniając samą siebie. „Jak z obrazka” Jodi Picoult to doskonała powieść obyczajowa, w której autorka porusza problematykę przemocy w rodzinie - pisarka robi to po mistrzowsku nie posługując się schematami. Powieść Picoult nie jest banalną historią o brutalnym kacie i biernej ofierze.

Autorka dokonała czegoś niesamowitego, poprowadziła akcję „Jak z obrazka” w taki sposób, że nie mogłam potępić oprawcy, nie mogłam mieć za złe ofierze, iż tkwi w toksycznym związku. Picoult nie poszła na łatwiznę i nie wykreowała jednoznacznych bohaterów. Jodi nie ocenia, nie potępia, nie kreuje jednoznacznych postaci, to czytelnik ma zdecydować co sądzić o bohaterach – nie ma prostej formuły, postacie nie dzielą się na czarne i białe.

Związek Cassie i Aleksa przypomina bajkę dokładnie w 95%. Pani antropolog i sławny aktor będący bożyszczem kobiet są w sobie szaleńczo zakochani i widać to w każdym geście. Niestety pozostałe 5% ich związku łączy się z przemocą. Aleks jest czułym i kochającym mężem, który świata poza swą żoną nie widzi, a jednak kiedy wpada w szał to ukochana kobieta staje się celem jego ataków. Czasem wystarczy drobiazg, by po pół roku spokojnego i szczęśliwego życia Aleks znów uderzył.

Historia głównych bohaterów jest niesamowicie poruszająca. Po raz pierwszy czytając powieść o przemocy wobec kobiety, czułam, że rozumiem bohaterkę, która nie odchodzi od oprawcy, bo tak mocno go kocha, bo chce być dla niego oparciem. Pisarka napisała opowieść w taki sposób, że targały mną emocje, które odczuwała Cassie - podobnie jak ona wierzyłam, że Aleks już jej nie uderzy, nie miałam jej za złe, że daje ona swemu mężowi kolejną szansę, jak ona liczyłam, że wszystko się ułoży, że bohater poradzi sobie z trawiącą go złością, że miłość pokona zło.

Pisarka robiła ze mną co chciała, nigdy nie przypuszczałam, że zamiast potępić kata będę mu współczuła, że będę żywiła naprawdę silną nadzieję, iż wszystko znajdzie szczęśliwe rozwiązanie. Potępiam przemoc domową, a jednak nie jestem w stanie powiedzieć, że główny bohater „Jak z obrazka” to drań zasługujący na najgorszą karę. Picoult wykreowała wielowymiarowe postacie. W dobrym człowieku można znaleźć zło, a oprawca nie zawsze jest bezdusznym katem, który po przestąpieniu progu domu bierze się do systematycznego bicia.   

Picoult po raz kolejny udowadnia mi, że jest mistrzynią w swym fachu, autorką nie bojącą podjąć się w swym pisarstwie trudnych, drażliwych tematów, które ukazuje z niezwykłą wręcz obiektywnością. W powieści „Jak z obrazka” pisarka nie skupiła się na opisie brutalnych zachowań bohatera, za to z niezwykła skrupulatnością opisała uczucia Cassie i Aleksa, który miał wiele zalet, ale nie potrafił poradzić sobie ze swym gniewem, nie umiał zerwać z wzorcem przekazanym mu przez ojca. Po lekturze książki Jodi czuję się rozbita, ale i wzruszona.

„Jak z obrazka” to kolejna świetna powieść mojej ulubionej autorki powieści obyczajowych. Polecam miłośnikom twórczości Jodi Picoult oraz wszystkim czytelnikom lubiącym poruszające powieści obyczajowe.

środa, 3 kwietnia 2013

"Cinder" Marissa Meyer

Seria: Saga księżycowa (tom1)
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 440
Rok wydania: 2012

Saga przyszłości ma swój początek dawno, dawno temu... 
Cinder mieszka w hałaśliwym Nowym Pekinie, zdziesiątkowanym przez zarazę. Jako dziewczyna cyborg o tajemniczej przeszłości jest obywatelką drugiej kategorii. Lecz gdy na jej drodze staje przystojny książę Kai, Cinder nagle znajduje się w epicentrum międzygalaktycznej walki z bezlitosną królową Luny. Rozdarta między obowiązkiem a wolnością, wiernością a zdradą, musi wyjawić sekrety swojej przeszłości, aby ochronić przyszłość...

Od jakiegoś czasu podejrzewałam, że powieści skierowane do nastolatek to już nie moja bajka, okazuje się jednak, iż moje przypuszczenie nie jest do końca prawdziwe. Dobry, oryginalny romans paranormalny nadal potrafi mnie wciągnąć i sprawić, że zapominam o bożym świecie. Co prawda miłosne rozterki nastolatek niezbyt mnie interesują, jednak jeśli wątek romansowy nie jest szablonowy i towarzyszy mu sensowna, ciekawa fabuła to książkę czytam z przyjemnością.

„Cinder” Marissy Meyer to romans paranormalny osadzony w konwencji science-fiction. Autorka stworzyła parafrazę baśni o Kopciuszku. Pisarka przeniosła akcję utworu w przyszłość, a bohaterką uczyniła siedemnastoletnią dziewczynę będącą cyborgiem.

126 lat po IV wojnie światowej świat stoi na krawędzi kryzysu. Ziemianie chorują i umierają z powodu epidemii letumosis – choroby, na którą nie ma lekarstwa. Nad planetą wisi groźba wojny z Lunarami zamieszkującymi Księżyc. Wątek choroby oraz wątek narastającego konfliktu pomiędzy mieszkańcami Ziemi i Księżyca są motywami wokół których będzie krążyć akcja całej „Sagi księżycowej”.

Główną bohaterką powieści jest najlepszy mechanik miasta Nowy Pekin. Blisko siedemnastoletnia Cinder w 36,28% jest maszyną, czyni to z niej obywatelkę niższej kategorii. Dziewczyna jest własnością swej macochy, która nią pogardza i wykorzystuje ją. Adria może zrobić z przybraną córką wszystko co zechce i prawo stoi po jej stronie, w Nowym Pekinie nikt nie dba o uczucia cyborga. Główna bohaterka jest traktowana jak przedmiot, a nie jak człowiek.

Bardzo mocno zżyłam się z Cinder i niesamowicie jej współczułam. Bohaterka niewątpliwie zaskarbiła sobie moją sympatię. Młoda dziewczyna różni się od zwykłych ludzi tym, że pewne części jej ciała zostały zastąpione maszynami, to wystarcza innym by przyjąć, że Cinder nie posiada  ludzkich uczuć, pragnień czy ludzkiej osobowości. Życie bohaterki usłane jest mozołem i bólem odrzucenia, mimo to nie traci ona pogody ducha i nie popada w samoumartwianie. Kiedy na jej drodze staje przystojny książę Wspólnoty Wschodniej, nie trudno dziwić się, że nie kwapi się z poinformowaniem go o swej naturze. W większości romansów skierowanych do nastolatek bohaterki mają banalny problem: „którego z adoratorów wybrać?”. Problemy Cinder są poważniejsze. Dziewczyna jest ułomna, a bardzo chciałaby zaznać miłości, boi się wyznać kim jest bo wie, że jeśli to zrobi to czeka ją najprawdopodobniej odrzucenie i pogarda. Dylemat bohaterki powieści Marissy Meyer, to nie wydumany z palca, błahy problemik i stanowi to ogromny atut „Cinder”.

Pisarka nie zdominowała fabuły wątkiem romansowym i to kolejny wielki plus pierwszego tomu „Sagi księżycowej”. Autorka dużo czasu poświęca na przedstawienie czytelnikowi uczuć targających główną bohaterką. Meyer nie zaniedbała fabuły, wiele miejsca zostaje poświęcone na opisanie sytuacji politycznej powieściowego uniwersum, równie dużo miejsca pisarka poświęciła na nakreślenie realiów Nowego Pekinu. Autorka miała ciekawy pomysł na skonstruowanie fabuły i z dużym napięciem śledziłam wątki związane z  Lunarami. „Cinder” zakończyła się w niesamowicie ciekawym momencie i wiem, że na pewno sięgnę po kolejny tom „Sagi księżycowej”.

Powieść Marissy Meyer przeszła moje oczekiwania. „Cinder” okazał się powieścią nie zdominowaną przez wątek romantyczny, główna bohaterka w niczym nie przypomina naiwnych i irytujących bohaterek romansów paranormalnych, a jej problemy są jak najbardziej poważne. Cinder to bardzo pozytywna postać, którą nie trudno polubić. 

„Cinder” to jeden z lepszych romansów paranormalnych jakie czytałam i już nie mogę doczekać się kiedy sięgnę po „Scarlet” – książka miała swa premierę 5 lutego i pozostaje mieć nadzieję, ze polski wydawca nie będzie zbytnio zwlekał z tłumaczeniem. Mam również ogromną nadzieję, że okładka kolejnego tomu zostanie utrzymana w takim samym klimacie jak okładka „Cinder”, szkoda byłoby, gdyby tomiki jednej serii nie utrzymywały jednolitej szaty graficznej.

wtorek, 2 kwietnia 2013

"Przedksiężycowi, tom 1" Anna Kańtoch

Seria: Przedksiężycowi
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 432
Rok wydania: 2009

Bądź wola Wasza, o Przedksiężycowi!
Lunapolis. Miasto w szponach kultu sztuki. Tu nawet mordercy dążą do perfekcji. I są art-zbrodniarzami. Dzieci zamawia się u duszoinżynierów. W konkurencyjnych korporacjach. Dorosłe beztalencia kasowane są w okamgnieniu, by jako ludzkie odpady zgnić w cuchnących, rozkładających się światach przeszłości. Przebudzenia dostąpią tylko najdoskonalsi, albowiem tak chcą Przedksiężycowi.

„Przedksieżycowi” Anny Kańtoch to interesująca książka osadzona w konwencji science-fiction, jednak zabrakło mi w niej mocno zarysowanej akcji i dynamiki wydarzeń. Pierwszy tom trylogii to dość rozwinięty wstęp do serii, w którym czytelnik oswaja się ze światem przedstawionym, prawami nim rządzącymi oraz z bohaterami. Akcja zawiązuje się pomału, a otwarte zakończenie wymusza sięgnięcie po kolejny tom, którego niestety jeszcze nie ma w sprzedaży. Skończywszy czytać powieść poczułam rozczarowanie, bowiem powieść pozostawiła mnie z mnóstwem pytań.

Autorka w „Przedksiężycowych” przenosi czytelnika do osobliwego miasta Lunapolis. Głównym celem mieszkańców wysoce stechnicyzowanej metropolii jest dążenie do osiągnięcia doskonałości. Tylko perfekcyjni obywatele będący mistrzami w swym fachu mają gwarancję, że przeżyją kolejny Skok - a przynajmniej taką mają nadzieję. Ceną za kolejne, niesamowite wynalazki mające pchać społeczeństwo do przodu są skoki w czasie. W przyszłość przenoszą się obywatele, których mityczni Przedksiężycowi uznają za przydatnych. Ludzie, którzy pozostali uwięzieni w gnijącej i rozsypującej się przeszłości zostają skazani na śmierć.

Pisarka wykreowała interesujący świat, w którym technika łączy się ze sztuką. Obywatele stworzeni przez duszoinżynierów jeśli mają środki manipulują swymi genami w nadziei, że umiejętności, które nabędą pozwolą im przeżyć kolejny Skok. Bardzo zainteresował mnie wątek duszoinżynierów oraz korporacji produkujących dzieci na zamówienie i dokonujących genetycznych zmian w już dorosłych obywatelach Lunapolis – niestety ten wątek nie został nadmiernie rozbudowany. Świat wykreowany przez Kańtoch jest miejscem ciekawym i intrygującym,  z akcją jest nieco gorzej.

Czytelnik towarzyszy dwóm głównym bohaterom. Daniel Pantalekis trafia do odrzuconego Lunapolis znajdującego się w przeszłości, kiedy wraz z załogą swego statku kosmicznego postanawia wylądować na nieznanej planecie. Towarzysze Greka dość szybko zostają zabici przez rozkładający się świat. Daniel, któremu przez całe życie towarzyszyło niesamowite szczęście trafia do jednej z wind, która przenosi go do rzeczywistości mniej zniszczonej. W tym tomie autorka nie ujawnia jaką rolę ma do odegrania Pantalekis.

Drugim bohaterem, którego poczynania śledzimy jest dwudziestojednoletni Finnen, mieszkaniec Lunopolis, któremu udało się przeżyć Skok, choć nie osiągnął jeszcze mistrzostwa w żadnym z wszczepionych mu talentów - malarstwie, pisarstwie, muzyce, aktorstwie. Finnen i jego znajomi, Kaira i jej brat Niraj, doprowadzili do tajemniczego Dnia Zero – autorka nie wyjaśnia czym był ów dzień, akcja powieści koncentruje się na opowiedzeniu tego, jak doszło pomiędzy tą trójką do nawiązania znajomości. Pozostaje wiara, że kolejne tomy odpowiedzą na pytanie, czym był/będzie ów tajemniczy dzień, który najwyraźniej mocno wpłynął na świat i rzeczywistość bohaterów

W pierwszym tomie „Przedksiężycowych” jest mnóstwo niewiadomych i jak pisałam na początku, ta część przypomina jedynie wstęp do rozbudowanej historii. Autorka rozpoczęła wiele wątków, wprowadziła sporo postaci, których obecność często niczego nie wnosi (przynajmniej w tym tomie). Główny wątek, wokół którego zostaje zbudowana fabuła serii również przez znaczną część powieści pozostaje niewiadomą.

„Przedksieżycowi” to powieść, która mnie zaintrygowała, jednak nie wiem czy sięgnę po kolejny tom. Przyznaję, że gdyby kolejna część była już dostępna to kierowana siłą rozpędu na pewno bym ją przeczytała. Wraz z mijającym czasem nabieram jednak przekonania, że powieść Anny Kańtoch jest utworem przeciętnym. Podobała mi się warstwa symboliczna powieści, przesłania kryjące się za konstrukcją świata przedstawionego – ceną za postęp jest śmierć jednostek, które nie są w stanie się przystosować, bądź dalej doskonalić. Świat rozwinięty nie dba o społeczeństwo, które pozostaje w tyle i ulega stopniowej atrofii. Akcja mnie nie porwała.

Niestety„Przedksiężycowi” nie tyle przypominają mi trylogię, co jedną bardzo mocno rozbudowaną powieść, której kolejne tomy są częścią całości. Prawdziwą przyjemność czytania można odnaleźć poznając cały komplet książek, a nie pojedynczy tom.