Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015 Reading Challenge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015 Reading Challenge. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 grudnia 2015

"Podatek" Milena Wójtowicz

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 310
Rok wydania: 2009

Są nazywani przekleństwem społeczeństwa i zaprzeczeniem wolności. Są obrażani i nienawidzeni, nikt nie ośmiela się spojrzeć im prosto w oczy. Wzbudzają strach i modlitwy, by zapomnieli o naszym istnieniu. Ale przed ich wzrokiem i spisem nikt się nie ukryje.
Poborcy podatkowi.

Każdy musi zapłacić. Każdy, kto posiada talenty magiczne…

Drugi Urząd Podatkowy wita cię w swoich księgach.

,,Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki" Benjamin Franklin

Milena Wojtowicz jest autorką, która ma niewątpliwy talent do tworzenia zabawnych fabuł fantastycznych. „Podatek” to pełna humoru powieść o niezwykłych poborcach Pracujących w DRUGIM  (magicznym) Urzędzie Skarbowym w Lublinie.

Przed podatkami nie umknie nikt, nawet stworzenia magiczne są zobowiązane do uiszczania magicznego podatku liniowego. Biada tym, którzy spróbują umknąć Poborcom. Nie ważne czy jesteś pradawnym duchem Lubelszczyzny, czy sumem ukrywającym się na dnie jeziora – urzędnicy odnajdą cię wszędzie i zrobią wszystko, by odzyskać zaległą należność.

Monika rozpoczyna pracę Poborcy z przytupem. Już na początku swej kariery omal nie ginie z rąk krnąbrnego i tajemniczego podatnika ukrywającego się w puszczy. Zaatakowana dziewczyna cudem uchodzi z życiem, przy okazji wychodzi na jaw, że posiada magiczną moc, co bezwstydnie  wykorzystują jej przełożeni. Mag w strukturach Urzędu Podatkowego jest wszakże bezcennym nabytkiem, więc szefowie czym prędzej rejestrują Monikę na odpowiedniej liście i wyrabiają jej legitymację. Pech chce, że nie sprawdzili dokładnie swojej pracownicy, która okazuje się być rusałką. Pojawia się problem – magiem mogą być jedynie zwykli ludzie, do których Monika nijak się nie zalicza. Łukasz, wysłannik Centrali, uruchamia swoje kontakty i dziewczyna nie traci nowo nabytego statusu, Urząd musi jednak się odwdzięczyć i odzyskać dla zaprzyjaźnionego czarodzieja pewną potężną księgę. Artefakt mają odzyska Monika i jej pochodzący z Niemiec współpracownik Jens.

W mieście wybucha pandemonium. Tajemniczą księgą interesują się magowie, Tajne Służby i warszawska mafia. Dla Moniki i jej partnera rozpoczynają się burzliwe czasy. Dwójka musi odzyskać foliał, który zaginął podczas zamieszek, do których doszło w trakcie jego przekazywania. Para Poborców będzie musiała zmierzyć się z przedstawicielami mafii, tajemniczym Panem Sprawiedliwym, demonicą i jej smokiem, wilkołakami, wampirami, zrzeszeniem magów i Rycerzami Króla Artura, którzy stanowią ich osobistą ochronę. Będzie działo się wiele, a bohaterowie nie zaznają nawet chwili wytchnienia.

Wojtowicz muszę bezwzględnie pochwalić za kilka rzeczy. Pochwały należą się autorce za świetny, oryginalny pomysł na fabułę, humor i gros magicznych, niebanalnych postaci. Wielki plus za oryginalną bohaterkę, kochającą tańczyć rusałkę; wodnika i jego trzy żaby; piękną ale burkliwą demonicę zmuszoną do wykonywania dobrych uczynków; trzy rozmemłane wampiry, które przegrywają walkę z dresiarzami… Właściwie mogłabym wymienić wszystkie postacie, które pojawiają się w książce, bo każda z nich czymś mnie zaskoczyła lub  rozbawiła swoim zachowaniem.

„Podatek” to fajna, niebanalna, zabawna powieść fantastyczna, której lektura doskonale poprawia humor i odpręża. 


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge książka napisana przez autora o takich samych inicjałach


piątek, 6 listopada 2015

"Niebezpieczne związki" Pierre Choderlos de Laclos

Wydawnictwo: Towarzystwo Upowszechniania Czytania
Liczba stron: 368
Rok wydania: 1996

Dwieście lat temu książka ta spowodowała szok, wywołała zgorszenie i policyjny zakaz rozpowszechniania. Po dwustu latach zyskała sławę międzynarodową, a film nakręcony na jej podstawie stał się światową sensacją.
Czyta się dziś tę powieść z zapartym tchem, śledząc dramatyczne losy bohaterów i ich swobodne obyczaje.


„Niebezpieczne związki” były jedyną powieścią, która wyszła spod pióra Pierre’a Choderlosa de Laclos. Ten jeden utwór wystarczył, by nazwisko Francuza zapisało się w historii literatury. Kontrowersyjna, owiana aurą skandalu powieść przyniosła pisarzowi sławę, choć nie obyło się bez słów krytyki w stronę utworu obnażającego zepsucie ówczesnej francuskiej arystokracji. Tuż przed rewolucją „Niebezpieczne związki” zostały skonfiskowane, utwór trafiła na listę ksiąg zakazanych. Dopiero w czasach współczesnych epistolarna powieść o uwodzeniu wróciła do łask czytelników i krytyki, uzyskując przy tym status arcydzieła.     

„Niebezpieczne związki” to pikantna opowieść o zepsuciu i życiu erotycznym francuskiej arystokracji. Fabuła opiera się przede wszystkim na listach markizy de Merteuil i wicehrabiego de Valmont, dwójki przyjaciół, byłych kochanków, których rozrywkę stanowi snucie miłosnych intryg i gubienie kochanków.

Markiza obrała sobie za cel zniszczenie młodej i niewinnej Cecylii Volanges zaręczonej z jej dawnym faworytem. Merteuil chce się zemścić na hrabim de Gercourt, który kiedyś uraził jej uczucia. Pragnie zdeprawować wychowaną w klasztorze piętnastolatkę, by w małżeńskiej łożnicy Gercourta pojawiła się nie niewinna panienka, a przechodzona kochanka,  którą później będzie można skompromitować w oczach społeczeństwa. Markiza prosi o pomoc swego przyjaciela i powiernika, Valmonta. Wicehrabia ma jednak swoje plany i nie zamierza z nich rezygnować dla kaprysu przyjaciółki, zwłaszcza że jest przekonany, iż wkrótce jego wysiłki ukoronuje sukces. Mężczyzna postawił sobie wyzwanie rozkochania prezydentowej de Tourvel - kobiety słynącej z cnoty i wierności mężowi.

Listy głównych bohaterów są przeplatane listami ich ofiar i ludzi z nimi związanych. Można by się spodziewać, że lektura powieści składającej się  jedynie z korespondencji wymienianej między bohaterami będzie nużąca – nic bardziej mylnego. „Niebezpieczne związki” to szalenie ciekawa powieść. To doskonałe studium zepsucia i zakłamania libertyńskiej arystokracji, i choć nie uświadczy się w tym utworze wyuzdanych scen rodem ze współczesnych powieści erotycznych, to kwestie związane z alkową są nie mniej szokujące. Bezwzględni uwodziciele gubią kobiety, które śmiały uważać się za istoty przyzwoite i odporne na miłosne zakusy mężczyzn. Okrutnie intrygantki wcielają się w modliszki – wabią, uwodzą, wciągają w pułapkę i kompromitują butnych kochanków, którzy ośmieli się zakładać o ich cnotę. Główni bohaterowie to mistrzowie manipulacji i podchodów, ale wśród tej dwójki to zazdrosna markiza dzieży berło władcy marionetek, to ona precyzyjnie pociąga za sznurki - z przebiegłością chwali, gani, mami fałszywymi obietnicami, by uzyskać zamierzony efekt, zrealizować zamierzony cel. Obce są markizie sentymenty i słabostki płci pięknej.

Markiza de Merteuil to jedna z ciekawszych postaci kobiecych w literaturze. Ciężko powiedzieć, czy jest ona tylko podłą, bezduszną intrygantką (na co wskazują jej czyny), czy to nowoczesna kobieta wyprzedzająca swą epokę. Fatalna istota, która wyrwała się z ram, w które wtłaczał ją świat i społeczeństwo, kobieta wyzwolona, samodzielnie kierująca swym życiem. Francuski pisarz odarł postać kobiecą z eteryczności i niewinności, uczynił z niej nie przedmiot męskiego zachwytu, a pełnokrwistą, namiętną osobę, która w okrucieństwie i miłości jest zdolna pobić najznakomitszego donżuana.

Kiedy sięgałam po „Niebezpieczne związki”, nie spodziewałam się, że lektura utworu – który wlicza się do mało lubianego przeze mnie gatunku powieści epistolarnej – przyniesie mi tak dużą przyjemność. Książa ma właściwie tylko jeden, niestety duży, minus – Tadeusz  Boy-Żeleński, czy to w trosce o niewinną duszyczkę czytelnika, czy też z innego nieznanego (mnie) powodu, dokonał redakcji powieści, w wyniku czego kilka listów w ogóle nie ukazało się w polskim przekładzie, inne były skrócone, fragmenty tekstu wycięto. Tłumacz stał się cenzorem – kiedy o tym przeczytałam poczułam ogromny zawód, który sprawił, że powieść wylądowała na samym dole listy utworów do przeczytania. Świadomość, że poznałam pełnej treści dziełem Laclosa stanowi dokuczliwą zadrę mojej czytelniczej duszy, którą utwór zachwycił (co wyciął Boy-Żeleński? Utwór jest spójny, czytając go nie ma się poczucia, że czegoś brakuje, ale zawód z powodu wprowadzonych cięć tekstu pozostaje). Bardzo chciałabym, by jakieś wydawnictwo podjęło się przygotowania nowego, pełnego przekładu tej książki. 


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka, która znajduje się na ostatnim miejscu mojej listy "do przeczytania"

poniedziałek, 26 października 2015

"Gniew" Zygmunt Miłoszewski

Cykl: Teodor Szacki (tom 3)
Seria wydawnicza: Nowa fala polskiego kryminału (tom 1)
Wydawnictwo: W.A.B. (partner kolekcji Edipresse Polska)
Liczba stron: 480
Rok wydania: 2015

Ponury koniec listopada 2013 zastaje prokuratora Szackiego w Olsztynie. W starym bunkrze zostaje znaleziony szkielet rzekomo z czasu drugiej wojny światowej, a prokurator po dokonaniu oględzin przekazuje szczątki uczelni medycznej. Nie przypuszcza, że to, co wydawało się końcem rutynowej procedury, to początek najtrudniejszej sprawy w jego karierze, która pozbawi go prawniczego dystansu i zmusi do wyborów ostatecznych.

Ostatni – jak zapowiedział autor – tom trylogii o przygodach prokuratora Szackiego podobał mi się chyba najbardziej z całej serii (wątek kryminalny jest świetny). O „Gniewie” wypowiedziało się przede mną mnóstwo osób – zawodowych publicystów i zwykłych czytelników. Wszyscy jednogłośnie chwalą Miłoszewskiego za podjęcie w powieści tematu przemocy domowej, za smaczki odnoszące się do lokalnej, olsztyńskiej publicystyki i trafne, może nieco złośliwe, ale zabawne komentarze dotyczące samego miasta. Nie jest oczywiście zbyt słodko i kilka minusów w powieści również zlokalizowano – zbyt wydumane nazwiska bohaterów, jakby słabsze, sprawiające wrażenie pisanego na szybko zakończenie i szeroko rozwarte wrota pozostawione w finale. Miłoszewski pożegnał się w „Gniewie” z Szackim, ale pozostawiona przez pisarza furtka, a raczej cliffhanger, mocno temu przeczy – jeśli to rzeczywiście jest finał przygód zrzędliwego prokuratora, to można było bardziej się postarać i domknąć wątki, a nie zostawiać czytelników z wielkim znakiem zapytania.

Akcja „Gniewu” rozgrywa się na Warmii. Od wydarzeń przedstawionych w „Ziarnie prawdy" minęło kilka lat. Szacki osiadł w Olsztynie, gdzie mieszka ze swoją nową partnerką Żenią i szesnastoletnią córką. Życie cynicznej gwiazdy palestry toczy się spokojnie, zbyt spokojnie. Prokurator pogrąża się w nudzie i marzy o jakiejś spektakularnej sprawie. Nawet się przypuszcza, że znaleziony w powojennym bunkrze szkielet „starego Niemca” wprowadzi niezłe zamieszanie w jego pracy i życiu. Okazuje się, że kościotrup jeszcze tydzień temu był zwykłym, żywym facetem spacerującym po warmińskich lasach. Jak to możliwe, że zwłoki w zaledwie tydzień zmieniły się w idealną pomoc dydaktyczną dla studentów medycyny? Przed prokuratorem stoi nie lada wyzwanie, ta sprawa może kosztować go o wiele więcej, niż początkowo zakładał.

Ostatnia część przygód Teodora Szackiego to zaiste mocno wciągający, emocjonujący i mroczny kryminał. Mamy bardzo dziwną, sensacyjną sprawę kryminalną (historia stworzona przez Miłoszewskiego doskonale sprawdziłaby się jako wątek serialu CSI lub Kości), w której tle zaczyna przewijać się wątek przemocy domowej. Mamy Szackiego – przenikliwego, ale ciągle cynicznego i złośliwego prokuratora. Mamy kilka zabawnych postaci drugoplanowych i sporo fajnych dialogów. Szkoda tylko tego nieszczęsnego zakończenia psującego odbiór całości. „Gniew” szalenie mi się podobał, ale finał powieści mocno mnie rozczarował.


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - trylogia, tom 3
 

środa, 21 października 2015

"Duma i uprzedzenie" Jane Austen

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 368
Rok wydania: 2014

Najgłośniejsza powieść Jane Austen, na podstawie której zrealizowano równie głośny film. Nawiązuje do niej Helen Fielding w bestsellerowym Dzienniku Bridget Jones. Niepozbawiona ironii i humoru kostiumowa opowieść o zamążpójściu.
Rzecz dzieje się na angielskiej prowincji na przełomie XVIII i XIX wieku. Niezbyt zamożni państwo Bennetowie mają nie lada kłopot – nadeszła pora,  by wydać za mąż ich pięć dorosłych córek. Sęk w tym, że niełatwo jest znaleźć odpowiedniego męża na prowincji. Pojawia się jednak iskierka nadziei, bo oto  posiadłość po sąsiedzku postanawia dzierżawić pewien młody człowiek, przystojny i bogaty...


„Duma i uprzedzenie” to klasyka, którą zna chyba większość miłośników literatury, a zwłaszcza kobiety. Trudno nie sięgnąć po tę powieść, kiedy w rozlicznych opiniach na jej temat co rusz czyta się o wspaniałej postaci pana Darcy’ego - mężczyźnie idealnym, z pozoru cichych i nieprzystępnym gburze, który jest gotowy w jednej chwili rzucić wszystko i biec nam z pomocą, kiedy znajdziemy się w opałach. Jak nie ulec czarowi tego bohatera, kiedy wpisuje się on w tak lubiany przez kobiety model postaci niegrzecznego chłopca? Ja poddałam się surowemu urokowi pana Darcy’ego i obdarzyłam go szczerą, gorącą sympatią czytelniczą.

Odnoszę wrażenie, że fabuła „Dumy i uprzedzenia” jest doskonale znana, więc nie widzę sensu w jej ponownym streszczaniu. Książa skupia się na przedstawieniu miłosnych perypetii dwóch panien Bennet – Jane zakochanej w panu Bingley’u i jej młodszej siostry Elżbiety (Lizzy), rozsądnej, inteligentnej dwudziestolatki, która wdaje się w konflikt z dumnym i wyniosłym panem Darcym. Akcja  jest okraszona wątkami obyczajowymi, pojawiają się elementy moralizatorskie dyskretnie wplecione w fabułę.

Ogromnym atutem powieści są doskonale wykreowani bohaterowie. Oczywiście moim ulubieńcem został Darcy, jednak nie mniejszą sympatią obdarzyłam autora kąśliwych, ale zabawnych komentarzy - pana Benneta. Zajmującymi okazały się nawet postacie, które swym zachowaniem powinny wzbudzać przede wszystkim irytację – głupiutka pani Bennet i jej najmłodsza córka Lidia, kuzyn panien Bennet, lizus William Collins i jego patronka Lady de Bourgh, która myśli, że pozjadała wszystkie rozumy. Naiwne, graniczące z ignorancją lub pompatyczne, przerysowane zachowanie tych bohaterów stało się źródłem niezwykłego komizmu.

„Duma i uprzedzenie” to bardzo przyjemna powieść, którą szczerze polecam. Lektura dobra na jesienną szarówkę, długie zimowe wieczoru lub letnie upały – dobra klasyka sprawdzi się zawsze :)
 

Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - klasyczny romans.

piątek, 9 października 2015

"Ozimina" Wacław Berent

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 270
Rok wydania: 1995

Głęboka eksploracja mitologii śródziemnomorsko-judeochrześcijańskiej z podtekstem politycznym, a także filozoficznym. Skomplikowana metaforyka podtrzymuje szczątkową fabułę nawiązującą do klasyków polskiej literatury narodowej.

Uff, wreszcie udało mi się zrealizować jeden z trudniejszych punktów wyzwania czytelniczego. Przez miesiąc mordowałam powieść, której lektury nie udało mi się nigdy ukończyć – niestety danie drugiej szansy „Oziminie” okazało się dla mnie koszmarem, nie doznałam czytelniczej iluminacji. Dokończenie tego utworu była dla mnie mega trudnym i wyczerpującym zadaniem, które wymagało ode mnie ogromnego samozaparcia i determinacji.

Nie da się zaprzeczyć, że utwór Wacława Berenta, pod kątem historycznoliterackim, wpisuje w nurt literatury wysokiej, przełomowej i wybitnej, ale kiedy spojrzę na „Oziminę oczami zwykłego czytelnika dostrzegam przede wszystkim szalenie trudną i niezrozumiałą prozę. Prozę, której – nie wstydzę się przyznać - nie rozumiem. Pokonała mnie warstwa językowa. Forma mnie zmiażdżyła i przysłoniła całkowicie treść. Język „Oziminy” to język  charakterystycznym dla utworów, które były tworzone w baroku - język hiperbolicznym, ociekający od ozdobników. Lektura wymaga ogromnego skupienia. Nie trudno jest pogubić się wśród zawiłych meandrów zdań tworzonych przez Berenta.  Poetycki styl pisarza niestety utrudnił odbiór, całkowicie przysłonił mi treść i przesłanie powieści - bez dobrego opracowania nie podchodź!


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge- książka, którą zaczełam czytać, ale nigdy jej nie skończyłam.

niedziela, 4 października 2015

"Dokąd jedzie ten tramwaj?" Janusz A. Zajdel

Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 176
Rok wydania 1988


Do twórczości Janusza A. Zajdla mam ogromny sentyment – to właśnie ten pisarz odczarował dla mnie gatunek science fiction i udowodnił, że utwory z tego nurtu nie są najeżone niezrozumiałym słownictwem technicznym, i że wcale nie dominuje w nich tematyka spotkań z obcymi formami życia. Zajdel pokazał mi, że pod płaszczem fantastycznonaukowej fabuły może ukrywać się drugie, niezwykle głębokie dno, że opowieści science fiction bardzo często poruszają ważką, współczesną tematykę, a ich treść wynika z wnikliwej obserwacji zachodzących na świecie przemian i pokazuje kierunek, w którym może rozwijać się ludzkość oraz konsekwencje tego rozwoju. Okazuje się, że fantastyka naukowa ma bardzo wiele do zaoferowania czytelnikowi.

„Dokąd jedzie ten tramwaj?” to zbiór opowiadań wydany po śmierci pisarza, w jego skład wchodzi szesnaście utworów, które powstawały na przestrzeni osiemnastu lat (1962 – 1980). Nowelki, które znalazły się w antologii realizują typowe motywy fantastycznonaukowe, przedstawiają spotkania z obcymi cywilizacjami, rozwój nauki i konsekwencje jakie może on nieść dla człowieka. Pod oklepanymi motywami skrywa się jednak niezwykle ważka tematyka. Opowiadania zmuszają do szeregu refleksji na temat polityki, socjologii, moralności, ekologii, religii. Niezwykły jest fakt, że wnioski do których dochodzi się po lekturze tomu są ciągle aktualne, a przekaz Zajdla wcale się nie starzeje.

Wszystkie teksty umieszczone w zbiorku są ciekawe i naprawdę warto je poznać. Na mnie szczególnie duże wrażenie wywarły zwłaszcza teksty: „Dokąd jedzie ten tramwaj?”, „869113325”, „Relacja z pierwszej ręki”, „Psy Agenora”.

Tytułowe opowiadanie mogłoby stanowić idealne podsumowanie dzisiejszej korporacyjnej rzeczywistości. „Dokąd jedzie ten tramwaj?” to obraz groteskowego świata, w którym panuje wyścig szczurów, a nad obywatelami wisi ciągły przymus dokształcania się. Nowelkę można również odczytywać jako tekst o upadku systemu edukacyjnego.

„869113325” jest opowieścią o  dehumanizacji społeczeństwa i o tym jak zanikły kontakty międzyludzkie (czytając ten teks zastanawiałam się, czy dzisiejsze społeczeństwo nie dąży przypadkiem do punktu, który ukazał Zajdel). Ludzie zostają sprowadzeni do numerów, a ich świat zamyka się w przestrzeni czterech ścian, gdyż środowisko naturalne uległo najprawdopodobniej degradacji. Człowiek przedstawiony w tej nowelce kojarzył mi się z zamkniętym w klatce chomikiem, którego życie i wszystkie jego aspekty zostały całkowicie podporządkowane sile zewnętrznej. „869113325”  może być też interpretowany jako utwór, który ukazuje zniewolenie jednostki u ustroju komunistycznym. Jak widać, opowiadania Zajdla można odczytywać na naprawdę wiele sposobów. Krótkie teksty można analizować pod różnorodnymi kątami.

„Relacja z pierwszej ręki” jest szalenie ciekawym tekstem, w którym autor sparafrazował opowieść o stworzeniu świata. Bóg zostaje naukowcem, aniołowie to jego asystenci, szatan jest niezadowolonym współpracownikiem. Uwielbiam różnego rodzaju intertekstualne nawiązania, a tutaj motywy biblijne zostały bardzo ciekawie wykorzystane.

„Psy Agenora” to z jednej strony historia o szkodliwym działaniu promieniowania, z drugiej wzruszająca, smutna opowieść o psim oddaniu i wierności.

Janusz A, Zajdel był jednym z najwybitniejszych przedstawicieli nurtu science fiction lat 80. XX wieku w Polsce, nazywany był następcą Lema, był prekursorem podgatunku social fiction. Pisał genialne teksty, które oparły się próbie czasu i ciągle są aktualne. Warto pamiętać o tym autorze, warto sięgać po jego powieści i zbiory opowiadań.


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka wydana w roku mojego urodzenia.

niedziela, 20 września 2015

"Tysiąc drzewek pomarańczowych" Kathryn Harrison

Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2008

Niezwykłe połączenie rzeczywistości i magii.
Hiszpania. Piękna Francisca de Luarca, córka hodowcy jedwabników marzy o pięknym życiu. Francja. Maria Luiza de Bourbon tańczy na dworze Króla Słońce w pantofelkach z hiszpańskiego jedwabiu i wdycha zapach kwitnących drzewek pomarańczowych. Urodziły się tego samego dnia i ich drogi biegną blisko siebie. Obie staną się ofiarami przeznaczenia w świecie naznaczonym piętnem inkwizycji. W tej urzekającej książce historia splata się z baśnią, tworząc zapierającą dech w piersiach, magiczną opowieść
.  


Kathryn Harrison przenosi czytelnika do siedemnastowiecznej Hiszpanii, miejsca niezwykle ponurego i przytłaczającego, zdominowanego przez szerzące się zarazy i przedstawicieli Świętego Oficjum. Hiszpania, która wyłania się z kart powieści to świat, w którym królują zabobony, na każdym kroku widać okrucieństwo natury i człowieka. Pisarka wykreowała niesamowicie duszne i mroczne miejsce wypełnione dysonansami, zamieszkane przez ludzi pełnych wewnętrznych sprzeczności – wiara w magiczną moc amuletów i rytuałów miesza się z strachem przed czarownicami i wręcz fanatycznym ich poszukiwaniem (mężczyzna nie odwzajemnia twych uczuć? To na pewno sprawka wiedźmy, która rzuciła na niego urok! Ta kobieta potrafi czytać i ma w domu księgi? – to wiedźma na usługach złego!), oraz niezwykle rozwiniętą religijnością.

Narracja w powieści biegnie dwutorowo, by umożliwić czytelnikowi śledzenie losów dwóch młodych kobiet, które łączy wspólna data urodzenia. Francisca, córka zubożałego hodowcy jedwabników, opowiada czytelnikowi dzieje swego burzliwego i tragicznego życia z ciemnego lochu inkwizycji. Marie Luise de Burbon wiedzie szarą, pełną wewnętrznego bólu egzystencję  u boku ułomnego męża, króla Hiszpanii Carlosa (Karola II), który jest fanatykiem religijnym. Te dwie kobiety nigdy się nie poznały, a jednak ich życia splatają się w magiczny sposób u kresu ich dni.

„Tysiąc drzewek pomarańczowych” to bardzo ciężki utwór. Uderzył mnie nastrój panujący w powieści, wokół bohaterek unosi się dławiąca, depresyjna atmosfera, która wywołuje przeczucie zbliżającej się nieuchronnie katastrofy. Przytłaczało mnie ciągłe mówienie o zarazach, fanatyzmie religijnym i skrytym działaniu przedstawicieli inkwizycji. Podczas lektury miałam wrażenie jakby autorka wypleniła ze swej opowieści jakiekolwiek zalążki szczęścia i radości – nad bohaterkami wisi ciężka, szara chmura, skutecznie zakrywająca jasne promienie nadziei, których obecność tylko na moment wydobywa ich życie z mroków cierpienia i wiszącego nad nimi fatum.

Kataryn Harrisom zabiera czytelnika w quasi-historyczną podróż inspirowaną historią o nieszczęśliwym, politycznym mariażu Marii Ludwiki Orleańskiej i Karola II Habsburga oraz opowieścią o działaniach inkwizycji. Autorka umie pięknie pisać, trzeba to przyznać, nawet jeśli warstwa fabularna przytłaczała mnie nagromadzeniem negatywnych wydarzeń i emocji. „Tysiąc drzewek pomarańczowych” jest opowieść ciekawą, ale panuje w niej swoisty klimat, który nie każdemu przypadnie do gustu. Pisarka dość śmiało poczynała sobie z historycznymi faktami (nie każdemu może się to spodobać), ale robiła to w sposób świadomy i przemyślany, czego dowód dała w posłowiu, w którym wyjaśniła dlaczego zdecydowała się na dość swobodne podejście do pewnych wątków.

Bardzo ciężko jest mi jednoznacznie ocenić ten tytuł. Opowieść mnie wciągnęła, ale jej lektura była ciężkim i przygnębiającym doświadczeniem.


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge -  książka z numerem w tytule.

sobota, 12 września 2015

"Straż! Straż!" Terry Pratchett

Cykl: Świat Dysku (tom 8)
Podcykl: Straż Miejska (tom 1)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (partner kolekcji Edipresse - Kolekcje Sp. z.o.o.)
Liczba stron: 384
Rok wydania: 2015 

Służba na Straży Nocnej bynajmniej nie należy do zajęć zapewniających splendor i powszechny szacunek, a cóż dopiero mówić o dowodzeniu tą formacją.
Niestety, kapitan Vimes nie ma wyboru, szuka więc pociechy na dnie butelki, jego dwóm podwładnym nie pozostaje zaś nic innego jak starannie unikać miejsc, gdzie może zostać popełnione jakiekolwiek przestępstwo. Wszyscy zdążyli przywyknąć do tej sytuacji, lecz pewnego dnia wybucha potworne zamieszanie: oto do Ankh-Morpork przybywa gigantyczny krasnolud Marchewa i postanawia zostać najlepszym strażnikiem w historii miasta - nawet gdyby musiał aresztować wszystkich jego mieszkańców...
 

Niedawno wróciłam ze wspaniałej literackiej wycieczki. Skorzystałam z oferty sir Terry’ego Pratchetta i udałam się w zwariowaną, pełną przygód podróż po Świecie Dysku. Moi przewodnicy, członkowie Nocnej Straży, oprowadzili mnie po mrocznych zakamarkach Ankh-Morpork - na szczęście uszli przy tym z życiem - rzucając tu i ówdzie tryskające humorem komentarze i racząc mnie obłędną ilością zabawnych dialogów - co bym się nie nudziła, a wspaniale bawiła. Moi gospodarze zdecydowanie stanęli na wysokości zadania, bo ta pierwsza wizyta na pewno nie będzie ostatnią.

Trafiłam do dziwacznego miasta przepełnionego magią. Miejsca, w którym porządku pilnują przedstawiciele Gildii Złodziei i Gildii Skrytobójców. Członkowie Tajnych Stowarzyszeń wędrują po zmroku ulicami miasta, poszukując miejsca, w którym akurat odbywa się ich spotkanie, gdzie knują jak przywrócić funkcję króla. Z magicznej biblioteki kradzione są książki. Niewyszkoleni obywatele zabierają się za magię. Do służby w Straży, najbardziej pogardzanej w Ankh-Morpork instytucji, zaciąga się z własnej woli prawie dwumetrowy krasnolud Marchewa. Po ulicach zaczyna grasować smok, a przecież nawet dziecko wie, że te gady już dawno wyginęły! Dzierżący ster władzy Patrycjusz chce sprawę zatuszować – jaki smok? Te ślady to pewnie ptak brodzący zrobił. Pomieszanie z poplątaniem w konwencji fantastyczno-kryminalnej plus beczka śmiechu najwyższej jakości!  

Terry Pratchett zalicza się do grona kultowych pisarzy fantasy, a że gatunek lubię i sięgam po niego często, to kiedy z witryny mijanego kiosku mrugnął do mnie jeden z tomów „Świata Dysku” w twardej okładce, specjalnie się nie broniłam i czym prędzej dorwałam tego papierowego kusiciela. Zdecydowanie było warto ulec impulsowi, nabyłam bowiem intrygującą, magiczną przygodę, oplecioną sznureczkami ironicznego humoru.

„Straż! Straż!” ósmy tom wchodzący w skład rozbudowanej serii „Świat Dysku”, będący zarazem pierwszym tomem podserii o „Straży miejskiej” to rewelacyjna lektura. Powieść można odczytywać zarówno jako genialną parodię, wyśmiewającą znane klisze i motywy występujące w powieściach fantasy i  kulturze popularnej, jak i parodię rzeczywistego świata. Polecam! 
 

Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka, w której występuje magia.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

"Burza" William Shakespeare

Wydawnictwo: W.A.B
Przekład: Piotr Kamiński
Wstęp i komentarz: Anna Cetera
Liczba stron: 244
Rok wydania: 2012

„Burza” jest ostatnią w pełni samodzielną sztuką Williama Shakespeare’a. Akcja tej komedii rozgrywa się na śródziemnomorskiej wyspie zamieszkanej przez maga Prospero (byłego władcę Mediolanu), jego córkę Mirandę i ich pokracznego sługę Kalibana. Pewnego dnia za sprawą Prospera u brzegu wyspy rozbija się statek, którym podróżują władca Neapolu z rodziną, brat maga  (Antonio, uzurpator, który pozbawił go tronu) oraz ich świta. Władający żywiołami Prospero postanawia wykorzystać okazję zesłaną przez los i zmusić rozbitków do dokonania rachunku sumienia. Mag staje się zręcznym manipulatorem wodzącym swych „gości” za nos. Z pomocą wiernego sługi, ducha Ariela, reżyseruje tylko sobie znany scenariusz, który umożliwi mu odzyskanie tego, co stracił – dla bohatera to ostatnia szansa na odwrócenie swojego przeznaczenia.

Powiem tyle:
Przedziwnym trafem łaskawa fortuna
(Dziś mi przychylna) rzuciła mych wrogów
Ku naszym brzegom. Wiem dzięki mej sztuce,
Że zenit mojego losu zależy
Od gwiazdy, z której sprzyjających wpływów
Muszę skorzystać dziś – w przeciwnym razie
Jej blask nade mną zgaśnie.
(I 2. 174-181, str. 71)

Nowy, dwunasty już przekład „Burzy” dokonany przez Piotra Kamińskiego został znacznie uwspółcześniony, pojawiło się w nim kilka dosadnych, wulgarnych wyrażeń, co według mnie świadczy o sporej odwadze tłumacza, który pozwolił zaistnieć takiego typu słownictwu w klasycznym, siedemnastowiecznym utworze (obecność wulgaryzmów zaskoczyła mnie i zszokowała) . Wydawnictwo W.A.B. zadbało w swym wydaniu o obecność naukowej oprawy, która bardzo ułatwia odbiór dzieła Shakespeare’a. Wstęp przygotowany przez Annę Ceterę stanowi dość rozległą i wielokierunkową interpretację „Burzy”. W posłowi zamieszczono komentarze dotyczące genezy tej komedii, jej recepcji oraz uwagi dotyczące redakcji oryginału i przekładu. No końcu publikacji zamieszczono aneks, w którym znalazły się ocalałe zapis nut do piosenek, które śpiewa Ariel, spis polskich przekładów „Burzy” (bardzo przydatny dla miłośników dramatopisarza, którzy mieliby ochotę porównać różne tłumaczenia utworu), spis opracowań dramatu, lista rodzimych teatrów, w których wystawiano sztukę oraz indeks nazwisk. Jak widać, najnowsze wydanie „Burzy” zostało bardzo rzetelnie opracowane.

Dramat będący utworem z pogranicza literatury i teatru od zawsze stanowił  moją czytelniczą piętą achillesową. Uważam, że pełną wartość tego dzieła z pogranicza sztuk można dostrzec jedynie podczas oglądania przedstawienia teatralnego, w końcu taka jest funkcja dramatu - być wystawianym i odgrywanym na teatralnych deskach; nie inna refleksja towarzyszyła mi podczas lektury „Burzy”. Dramat w formie papierowej nie wywarł we mnie większych emocji, choć jestem świadoma jego wartości. W szekspirowskich komediach bardzo brakuje mi motywowania działań postaci, ich psychologizacji (Miranda i Ferdynand; umotywowanie działań Prospera, który według mnie dość nagle przebacza bratu). Tragedie dramatopisarza zawsze były dla mnie łatwiejsze w odbiorze, komedie (a tym samym „Burza”) zbytnio do mnie nie trafiają; chociaż – kto wie – może wszystko rozchodzi się o kwestię sięgnięcia po „odpowiednią” sztukę.


Książa przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - sztuka. 

sobota, 22 sierpnia 2015

"Tygrysy w porze czerwieni" Liza Klaussmann

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 448
Rok wydania: 2012


Debiutancka książka Lizy Klaussmann to polifoniczna powieść obyczajowa o (nie)idealnej rodzinie. Historia lepka, odurzająca oparami alkoholu,  przygniatająca ciężarem tajemnic i niedomówień. Proza klimatyczna, ale lekko nużąca i monotonna, ponieważ kilkakrotnie obserwujemy te same wydarzenia.

Bohaterami „Tygrysów w porze czerwieni” są członkowie rodzin Derringerów i Lewisów. Właśnie skończyła się druga wojna światowa. Dwie zżyte ze sobą kuzynki siedzą na werandzie rodzinnej posiadłości Tiger House i oddają się marzeniom o przyszłości. Przebojowa Nick czeka na powrót męża z Europy. Spragniona uczuć Helena ma udać się do Hollywood, gdzie czeka na nią narzeczony, Avery Lewis. Kobiety przepełnia radość i nadzieja na wspaniałą, wypełnioną miłością przyszłość. Obje bohaterki przekonają się wkrótce, że rzeczywistość bardzo rzadko pokrywa się z marzeniami, a życie pisze dla ludzi przedziwne, przewrotne scenariusze.

Nick nie potrafi odnaleźć się w roli idealnej, amerykańskiej żony. Jej męża Hughesa zdają się trapić wojenne wspomnienia, mężczyzna wyraźnie dystansuje się od Nick. Córka pary, szara myszka Daisy, przeżywa dramat pierwszej, nieszczęśliwej miłości u boku popularnej matki, która skupia na sobie uwagę otoczenia. Helena pada ofiarą naciągacza mającego obsesję na punkcie zmarłej kochanki. Zaślepiona miłością kobieta wkrótce popada w nałóg. Jej syn, Ed, jest zamkniętym w sobie, przejawiającym niepokojące skłonności chłopakiem chadzającym własnymi ścieżkami; jedna z nich prowadzi go do ukrytej w zagajniku wiacie, gdzie znajduje okaleczone zwłoki kobiety.

Każda z wyżej wspomnianych postaci otrzymała w powieści swoje pięć minut. Utwór został podzielony na pięć części, których narracja skupia się na jednym z przedstawionych bohaterów. Czytelnik obserwuje te same wydarzenie z perspektywy wielu postaci. Okazuje się, że z pozoru idealna, kochająca się rodzina wcale nie jest tak nieskazitelna. Pod uśmiechem i życzliwością buzują mroczne i destrukcyjne emocje, wzajemne pretensje, głęboko skrywana niechęć. Za pudrowymi pastelami spokojnych obrazków przedstawiających eleganckie i zawsze poprawne panie domu oraz ich szarmanckich, pracowitych i uczciwych mężów, kryją się ciemne i chaotyczne myśli, uczucia i pragnienia.

Dopiero morderstwo popełnione w pobliży Tiger House uświadamia bohaterom, że wszyscy ukrywają się za fasadą poprawności, pod którą znajdują się prawdziwe, niedostępne dla nikogo oblicza. Morderstwo nie wprowadza do fabuły wątku kryminalno-detektywistycznego. Stanowi ono punkt symboliczny, moment, w którym bohaterowie uświadamiają sobie, że każdy człowiek na wiele twarzy i osobowości – jedną dla rodziny, jedną dla sąsiadów, jedną ukrytą w głębokich czeluściach własnej istoty; dzięki polifonicznej narracji czytelnik uzyska możliwość przyjrzenia się wszystkim tym wizerunkom.


Książa przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka z kolorem w tytule.

środa, 19 sierpnia 2015

"Gretel i ciemność" Eliza Granville

Wydawnictwo: PWN
Liczba stron: 384
Rok wydania: 2015

WIEDEŃ, 1899 rok
Słynny psychoanalityk Josef Breuer spotyka najdziwniejszą ze swoich pacjentek. Znaleziona nieopodal szpitala dla psychicznie chorych, chuda, z ogoloną głową, twierdzi, że nie ma imienia ani uczuć – że w ogóle nie jest człowiekiem. Breuer postanawia zgłębić przyczyny jej stanu.


NAZISTOWSKIE NIEMCY, WIELE LAT PÓŹNIEJ

Mała zagubiona Krysta całymi dniami bawi się sama. Jej mama zmarła. Jej ojciec pracuje w lecznicy z „ludźmi-zwierzętami”. Dziewczynka, zatopiona w historiach o Hanselu i Gretel, Fleciście i innych baśniowych postaciach, nie dostrzega niebezpieczeństwa, jakie czai się wokoło. A kiedy wszystko się zmienia i świat wokół niej staje się straszniejszy od jakiejkolwiek opowieści, odkrywa, że wyobraźnia ma większą moc, niż kiedykolwiek podejrzewała…
Te dwa światy staną się częściami jednej znacznie większej opowieści, która wnika w najciemniejsze, najbardziej wstydliwe miejsca historii XX wieku i ukazuje – w oszałamiającym finałowym zwrocie akcji – drogę prowadzącą z powrotem ku światłu. 

„Gretel i ciemność”  jest enigmatyczną opowieścią, której fabuła rozgrywa się na trzech, przeplatających się ze sobą planach czasowych i geograficznych. Jedna z części powieści rozgrywa  się w Wiedniu 1899 roku. Do domu słynnego psychoanalityka trafia piękną, pobita, kobieta, która straciła pamięć. Dziewczyna, którą doktor Bauer nazywa Lilie, twierdzi, że nie jest człowiekiem, a jej zadaniem jest zabicie potwora ukrywającego się w miejscowości Linz. Wkrótce zafascynowany urodą młodej pacjentki lekarz zaczyna snuć szalone plany zrobienia z niej swojej kochanki, na drodze do urzeczywistnienia marzenia staje jednak uczucie, które rodzi się pomiędzy Lilie i ogrodnikiem Benjaminem. Drugi wątek rozgrywa się w niesprecyzowanym czasie, a jego bohaterką jest rozpuszczona Krysta, córka lekarza, która wraz z ojcem przenosi się do tajemniczego miejsca, gdzie za płotem znajduje się ogrodzone drutem kolczastym, pilnowane przez strażników zoo zamieszkane przez ludzi-zwierzęta. Czytelnik dość szybko przekonuje się, że dziwny, niepokojący świat, który obserwuje naiwna dziewczynka to nazistowskie Niemcy. Trzecia część historii to opowieść wypełniona mrocznymi i sadystycznymi baśniami, które surowa i momentami brutalna opiekunka opowiadała swojej podopiecznej. Ciągle ewoluujące opowieści snute przez Greet stały się w życiu dziecka źródłem siły i nadziei, drogą ucieczki i pośrednim narzędziem zemsty na strażnikach strzegących „zoo”.

Powieść Elizy Grenville jest utworem złożonym, w którym splatają się ze sobą trzy linie fabularne. Skomplikowana narracja dodaje temu tytułowi tajemniczości, do samego końca nie wiadomo czym jest ta wypełniona baśniami, dramatyczna opowieść, co wspólnego mają ze sobą piękna Lilie i niesforna dziewczynka Krysta. Dopiero przewrotny finał pokazuje czytelnikiem w jaki sposób trzy z pozoru niezależne od siebie wątki stają się spójną całością.

Lubię eksperymenty literackie i szkatułkową narrację wypełnioną fabularnymi niespodziankami, pod tym względem „Gretel i ciemność” okazała się dla mnie lekturą idealną. Niestety złożoność i doskonałość konceptu narracyjnego nie przełożyła się na wszystkie elementy utworu.

W warstwie językowej powieści znalazły się niemieckie makaronizmy, których wstawienie, według mnie, jest w tym tytule całkowicie zbędne. Fabuła powieści rozgrywa się w krajach niemieckojęzycznych. Z góry założyłam, że postacie posługują się językiem niemieckim, tymczasem pisarka wstawiła do tekstu niemieckie słowa i wyrażenia. Po co to potrzebne? Po co do dialogów, które z założenia są wypowiadane po niemiecku, wplatać niemieckie wyrazy i zdania? Totalny bezsens. Czyżby bohaterowie powieści Grenville, mieszkający w Niemczech i Wiedniu oraz będący obywatelami tych krajów, posługiwali się innym językiem i tylko od czasu do czasu wstawiali do swoich wypowiedzi zdania w rodzimym języku?  Nie widzę żadnego uzasadnienia dla stosowania w tej powieści niemieckich makaronizmów.

Raziło mnie przekręcenie nazwisk znanych pisarzy dla dzieci. Nie mam pojęcia czemu Lewis Carroll stał się amerykańską lekkoatletką Carol Lewis, dlaczego autor „Alicji w Krainie Czarów” został przerobiony w tej książce na kobietę (zresztą nie on jeden) – „Kiedy dorosnę, zostanę sławną pisarką jak Carol Lewis albo Elle Franken Baum[…]”, str. 100. Autor „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” z Lymana Franka Bauma przekształcił się w panią Elle Franken Baum. Karla May, autor historii o Winnetou, został przemianowany na May Karl. Nie wiem, jaki zamysł przyświecała Elizie Granville, kiedy decydowała się na zmienienie płci popularnych autorów książek dziecięcych.

Podsumowując. „Gretel i ciemność” to tajemniczy, mroczny utwór o ciekawie skonstruowanej narracji, który przedstawia obraz II Wojny Światowej z perspektywy dziecka. Tytuł poruszający, ale w moich oczach nie wolny od wad.


Książa przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka napisana przez kobietę.  

piątek, 14 sierpnia 2015

"Martwe Jezioro" Olga Rudnicka

Seria: Martwe jezioro (tom 1)
Seria wydawnicza: Klub Książki Kobiecej (tom 23)
Wydawnictwo: Edipresse Polska
Liczba stron: 240
Rok wydania: 2015

Beata - niezależna trzydziestoletnia singielka - zaczyna podejrzewać, że z rodziną, z którą od lat nie utrzymuje żadnego kontaktu, nie łączą jej nawet więzy krwi. Wynajmuje prywatnego detektywa, który pomimo odkrycia wielu zaskakujących tropów, nie potrafi jej pomóc. W poszukiwaniu prawdy o przeszłości wspiera Beatę przyjaciółka - roztrzepana Ula, która przy okazji chce wyswatać ją ze swoim bratem Jackiem. Lawinę zdarzeń wywołuje niespodziewane zaproszenie od rodziny na ślub znienawidzonej siostry... 

Olga Rudnicka może poszczycić się wybitnie lekkim piórem. Debiutanckiej powieści autorki nie trzeba czytać, wystarczy dać porwać się nurtowi opowieści i popłynąć na fali rewelacyjnie skonstruowanych, zabawnych dialogów, by z niejakim żalem przekonać się, że nie wiadomo kiedy przeczytaliśmy całą książkę i właśnie przewracamy jej ostatnią stronę. „Martwe Jezioro” to powieść, którą czyta się błyskawicznie, jest to idealna pozycja na upalne dni, gdy człowiek marzy jedynie o kawałku cienia i zimnym napoju w dłoni - lekka i zabawna lektura stanowi doskonałe uzupełnienie tego obrazka

Badania krwi i pewien artykuł przewracają do góry nogami życie zaradnej, trzydziestoletniej Beaty Rostkowskiej, która dowiaduję się, że jej grupa krwi nie pokrywa się z grupami jej rodziców. Genetyki oszukać się nie da, są dwa wyjaśnienia dla tej sytuacji: Beata nie jest biologicznym dzieckiem Rostkowskich, albo jej ojciec wcale nie jest jej ojcem; oba tłumaczyłyby oschły stosunek rodziców do jej osoby. Bohaterka postanawia wynająć prywatnego detektywa, by pomógł rozwikłać tajemnicę jej przeszłości. Trzydziestolatka nie spodziewa się jakie szokujące fakty odkryje wynajęty przez nią mężczyzna. Wizyta u rodziny wydaję się być nieunikniona, zwłaszcza że nagle, po dwóch latach milczenia, bliscy przypominają sobie o jej istnieniu i w ostatniej chwili wysyłają zaproszenie na ślub młodszej siostry Beaty.

Pisarka ma niewątpliwy talent do tworzenia zabawnych postaci (pan Zenek, stażystka Kinga) i dialogów. Nie sposób powstrzymać się od śmiechu, kiedy śledzi się kolejne wyczyny nierozgarniętej stażystki, jej postać rozbraja na łopatki. Podobnie jest z dialogami, które w mojej opinii są wspaniałe – lekkie, zabawne, brzmią naturalnie i czyta się je jednym tchem, co jakiś czas doprowadzają do niekontrolowanych wybuchów śmiechu.

„Martwe Jezioro” to doskonała komedia z wątkiem kryminalnym. Lektura książki niesamowicie odpręża i dostarcza dużej porcji rozrywki.


Książa przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka, którą przeczytałam w jeden dzień.
 

niedziela, 2 sierpnia 2015

"Przypadek Alicji" Aleksandra Zielińska

Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 256
Rok wydania: 2014

Mroźny styczniowy poranek. Ala budzi się na trawniku na Podgórzu. Jest obolała, wycieńczona, brudna. Z trudem przypomina sobie kolejne sceny z minionej nocy: alkohol, narkotyki i nieznajomy, który zasiał w jej brzuchu pasożyta…Pasożyta, którego Ala musi się pozbyć za wszelką cenę. Zwraca się więc o pomoc do Kotka, swojego nowego, niesamowitego przyjaciela. Kotek kieruje ją wprost do króliczej nory. I znika. Ala udaje się do doktora, który robi jej zastrzyk mający wypłukać z niej niechciane dziecko. I wszystko powinno być już normalnie, a jednak coś jest nie tak.
Rzeczywistość staje się podejrzanie niepewna. W mieście pojawia się coraz więcej szczurów. Koty dziwnie się zachowują. Każdy ma taką krainę czarów, na jaką sobie zasłużył.

„Przypadek Alicji” to debiutancka powieść Aleksandry Zielińskiej, którą część czytelników może kojarzyć jako autorkę opowiadań publikowanych w różnych antologiach. Książka wyjątkowo przypadła mi do gustu. To kawał mocnej, mrocznej prozy.

Alicja, młoda studentka farmacji, zachodzi w ciążę z przypadkowym mężczyzną. Od tej chwili w jej życie zaczyna wkraczać szaleństwo i zło, a rzeczywistość zaczyna wyglądać, jak Kraina Koszmarów zaludniona przez makabryczne postacie, których pierwowzory pochodzą ze zgoła innego rodzaju opowieści. W końcu imię Alicja zobowiązuje. Niestety ta bohaterka nie podąży za białym, puchatym króliczkiem i nie trafi do przyjaznej krainy rodem z dziecięcych snów. Tutaj rolę królika przejęły łaknące krwi, białe szczury i to one wydają się ścigać bohaterkę. Króliczki to natomiast rachityczni zwodziciela o zaropiałych oczach, którzy w tym świecie pełnią rolę ofiar. Wydaję się, że króliki za oszustwo i próbę wprowadzenia do fałszywego świata czarów, za tworzenie iluzji, iż taki świat może istnieć, zostały zredukowane do roli odpychających potworów. Biały królik stracił swą moc, nie uratuje on zagubionej duszy przepełnionej mrokiem. W krainie toczonej przez gangrenę chorego umysłu nie ma miejsca dla niewinnego pluszaka.   

W powieści dominuje surrealistyczna atmosfera snu. Zwykły świat ukazuje swe groteskowe i mroczne oblicze. Rzeczywistość bohaterki zaczyna przypominać scenerię przerażającego koszmaru, z którego nie sposób się obudzić. Im mocniej pragnie ona pozbyć się rozwijającego w jej brzuchu „pasożyta”, tym mocniej trzyma się on życia, a ona sama pogrąża się w szaleństwie. Alicja, młoda kobieta, która dała się wykorzystać nieznajomemu, nie umie poradzić sobie z sytuacją w jakiej się znalazła. Nie dorosła by opuścić Krainę Czarów, ale została z niej brutalnie wyrwana przez mężczyznę, który wykorzystał seksualnie otumanioną narkotykami i alkoholem studentkę. Alicja zaszła w niechcianą ciążę, co doprowadziło ją do zstąpienia w otchłań piekła wykreowanego przez jej własny umysł.

„Przypadek Alicji” to według mnie rewelacyjna powieść grozy. Pisarka wykreowała cały szereg interesujących postaci nawiązujących do bohaterów baśni Carrolla. Nie brak tutaj odniesień do innych książek, czy tworów popkultury. Fabuła jest mocno niepokojąca i makabryczna, wypełniona psychodelicznymi wizjami chorej dziewczyny - niektóre sceny mogą budzić obrzydzenie.

Debiutancka powieść Aleksandr Ziemińskiej szalenie mi się spodobała. Fascynuje mnie  ta nowa, niepokojąca wizja „Alicji w Krainie Czarów”, która pod względem panującego w niej nastroju przypomina mi równie mroczną powieść Patricka Sénécala.
 

Książa przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka napisana przez kogoś przed trzydziestką.

czwartek, 23 lipca 2015

"Pamiętnik Wacławy" Eliza Orzeszkowa

Wydawnictwo MG
Liczba stron: 736
Rok wydania: 2015

Powieść dla miłośników literatury w stylu Charlotte Brontë!

Jedna z młodzieńczych powieści Orzeszkowej – od razu dostrzeżona i wysoko oceniona przez krytykę.
Bohaterka jest panną z dobrego domu, ale zarazem owocem mezaliansu. Matka – wielka dama wyszła za mąż za profesora Politechniki, naukowca, pozytywistę, któremu próżniacze życie arystokracji wydaje się wstrętne. Oboje rodzice ogromnie kochają córkę, ale każde z nich inaczej widzi jej drogę do szczęścia. Od lat żyją w separacji, ale zgodnie z wcześniejszą umową córka po ukończeniu pensji ma najpierw spędzić rok u matki,  a potem rok u ojca.
Czy matce uda się w ciągu roku wydać córkę za mąż, by zabezpieczyć ja przed nowomodnymi prądami, których sama nie rozumie i których się boi? 

Eliza Orzeszkowa szerokiemu gronu odbiorców kojarzy się głównie z przerabianymi w szkole nowelami i „Nad Niemnem”, a przecież polska, pozytywistyczna pisarka nie jest autorką tylko tych nielicznych utworów. Dzięki wydawnictwo MG czytelnik ma okazję sięgnąć po „Pamiętnik Wacławy”, powieść mniej znaną, ale jak najbardziej wartą uwagi.

Tytułowa bohaterka to młoda dziewczyna, owoc mezaliansu, córka profesora i arystokratki. Poznajemy ją w momencie, w którym wkracza w świat polskiej arystokracji. Wacława skończywszy pensję dla panien wyjeżdża do matki, gdzie stopniowo z niewinnego, łatwowiernego dziewczęcia zaczyna przekształcać się w znudzoną, arystokratyczną lalkę. Kto wie, jak skończyłaby bohaterka, gdyby nie poznała postaci hrabiego Witolda, który choć był arystokratą, ciężko pracował by podnieść z ruiny rodzinną fortunę i gdyby w krytycznym momencie nie wyjechała do hołubiącego hasła pozytywistyczne ojca, którego przewodnictwo i nauki nadał jej dalszemu życiu sens i jasny cel do realizowania.  

Utwór Orzeszkowej to typowa, pozytywistyczna powieść z tezą. Sporo w niej moralizatorstwa, a obszerne opisy wewnętrznego życia bohaterki i powtarzające się górnolotne porównania mogą momentami zniechęcać do lektury. „Pamiętnik Wacławy” czyta się długo, z przerwami, ale uważam, że jak najbardziej warto poznać ten utwór, z którego można dowiedzieć się bardzo dużo o XIX-wiecznym społeczeństwie.

Myślę, że dzieło naszej pisarki śmiało można by postawić obok powieści Jane Austen. Orzeszkowa napisała bowiem interesujący, klimatyczny romans przypominający w wielu punktach romanse pisane przez Angielkę. Mamy w „Pamiętniku Wacławy” historię podlotka, któremu rodzina pragnie znaleźć męża z odpowiedniego środowiska, mamy intrygi i rozczarowania miłosne oraz wnikliwe opisaną problematykę społeczną. Do tego nasza pisarka stworzyła szeroką paletę zróżnicowanych postaci.

Szkoda, że powieści rodzimej autorki nie są tak popularne, jak dzieła angielskich pisarek tworzących w tym samym czasie, myślę bowiem , że „Pamiętnik Wacławy” w niczym nie ustępuje tamtym utworom.

Mam ogromną nadzieję, że wydawnictwo MG nadal będzie wznawiało mniej znane powieści polskich klasyków literatury, i że będą cieszyły się one zasłużoną popularnością. Was zachęcam natomiast do częstszego sięgania po rodzimą klasykę, wśród której możecie odnaleźć wiele zajmujących i cennych perełek literackich.


Książka przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka, która ma więcej niż 500 stron.

środa, 22 lipca 2015

"Panie z Cranford" Elizabeth Gaskell

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 206
Rok wydania: 2014

Powieść jednej z najsłynniejszych angielskich pisarek z czasów wiktoriańskich przypomina zbiór scenek rodzajowych. Urok dawno minionego świata, niespieszna narracja, świetnie uchwycone charaktery, snobizmy, śmiesznostki i cnoty bohaterek wzruszają, denerwują i wywołują niepohamowaną wesołość.  Na podstawie tej powieści telewizja BBC nakręciła przebojowy serial z Judi Dench w roli głównej.

Koniec XIX wieku, Cranford – miasteczko w hrabstwie Cheshire w Anglii. Mieszkają tu głównie kobiety; przeważnie ekscentryczne bezdzietne wdowy i stare panny. Ich zachowanie jest podporządkowane temu, co wypada lub nie wypada osobie o danej pozycji w tym małomiasteczkowym środowisku. Damy skrzętnie ukrywają niedostatki finansowe, nie skarżą się na brak pieniędzy, to bowiem nie uchodzi, w zaciszu domowym natomiast czynią drobne oszczędności - na świecach i ulubionych przysmakach. Należą do klasy średniej, ale za wszelką cenę chcą uchodzić za przedstawicielki klasy wyższej. Żyją tak, jakby od czasów ich młodości nic się nie zmieniło, starannie ignorując fakt, iż świat wokół gwałtownie przyspiesza.

Chciałabym zaprosić was do niewielkiego, wiktoriańskiego miasteczka, w którym władzę dzierżą podstarzałe panny i wdowy. Zostańcie czytelnikami relacji Mary Smith i zawitajcie do Cranford! Jest to zaiste pocieszne miejsce zamieszkane przez damy, które cudnie sprawdziłyby się w roli komików. Zaręczam, że czytelnicza wycieczka do angielskiego miasteczka przyniesie Wam wiele przyjemności.

Fabułę tego przezabawnego utworu tworzą historyjki opisujące codzienne życie kronfordzkiej śmietanki towarzyskiej. Tak się składa, że śmietankę ową tworzą zubożałe kobiety z zacięciem lwic broniące pozorów i swoich „wysokich” społecznych pozycji. Mężczyznom do tego świata wstępu brak, chyba że są niezbędnym elementem maszynerii koniecznej do funkcjonowania miasteczka i domów szacownych pań, które dość oszczędnie szafują swymi względami.

Świat przedstawiony poznajemy dzięki relacji tajemniczej panny Smith, która od lat odwiedza szacowne panie Jenkys – Deborę i Matty, stare panny, córki byłego kronfordzkiego pastora. Narratorka obserwuje codzienne życie nobliwych, ale nieco przykurzonych dam i relacjonuje zabawne anegdotki z życia społeczności miasteczka. Nie sposób powstrzymać śmiechu, gdy czyta się o krowie chodzącej w kubraczku; podstarzałych kobietach, które tworzą kolejne, fantastyczne plotki o grasujących w miasteczku złodziejach; o szacownej damie, która z zacięciem godnym podziwu komentuje donośnym głosem występ iluzjonisty.

Niewielkich rozmiarów powieść Gaskell okazała się perełką literatury wiktoriańskiej. W tym zabawny, ironicznie napisanym utworze pisarka wyśmiewa konwenanse, których przestrzeganie bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. W sympatyczny, prześmiewczy i wielce zgrabny sposób ukazuje zakłamanie panujące w epoce.

Lektura „Pań z Cranford” była przyjemna i niezwykle odprężająca. Komizm w tej powieści był przepysznie zaprezentowany. Gdybym wiedziała, że podczas wizyty w Cranford doświadczę tak miłych doznań literackich, sięgnęłaby po ten utwór  znacznie wcześniej. Jeżeli gustujecie w angielskich klasykach i szukacie czegoś innego niż wszechobecne romanse, to pamiętajcie o tym tytule. 

Książa przeczytana w ramach wyzwania 2015 Reading Challenge - książka oparta na serialu lub książka, która została zekranizowana w formie serialu