wtorek, 30 kwietnia 2013

"Skrzydlate cienie" Roy Freirich

Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 272
Rok wydania: 2008

To miało być zwyczajne miłe popołudnie. Przyszli tu, żeby zjeść obiad, ale nie wstaną razem od stołu. Nie wszyscy stąd wyjdą. Strzały szaleńca zabiorą im najbliższych, spokój i sens dalszego życia.
Uwięzieni w zatrzymanym obrazie tamtej chwili jak skrzydlate cienie będą szukać siebie z przedtem. Przypadkowi ludzie połączeni przypadkową tragedią. Będą szamotać się w bólu, w poczuciu winy, straty i żałoby, to jak ćmy, to jak osy, to jak drapieżne ptaki. Będą błąkać się jak furie, we wściekłości i samotności. Czy jeszcze kiedyś będą potrafili poszybować do nieba jak anioły?


Skrzydlate cienie to wybitna powieść psychologiczna amerykańskiego pisarza Roya Freiricha. Wstrząsająca, poetycka, głęboka - rozdrapuje najstraszliwsze chwile życia, na które żaden człowiek nigdy nie jest przygotowany i z których nie każdy wychodzi cało. Powieść została zekranizowana w gwiazdorskiej obsadzie. W filmie występują m.in. laureaci Oscarów Forest Whitaker i Jennifer Hudson oraz Kate Backinsale, Guy Pearce i obsypana nagrodami Dakota Fanning.


Do tej pory wydawnictwo Amber kojarzyłam przede wszystkim z lekkimi romansami i powieściami skierowanymi do młodzieży. Sięgając po „Skrzydlate cienie” nie spodziewałam się, że w moich rękach wyląduje rewelacyjna powieść psychologiczna. Po książce oczekiwałam prostej, sensacyjno-dramatycznej akcji, dostałam natomiast tytuł skłaniający do refleksji. 

Powieść Roya Freiricha jest skierowana do dojrzałego, wyrobionego czytelnika. W wypadku „Skrzydlatych cieni” nie wystarczy śledzenie fabuły, należy analizować, dostrzegać symboliczne związki tytułów rozdziałów z ich treścią, trzeba wyciągać wnioski. To nie jest kolejna lekka powiastka dla młodzieży. Kto sięga po tę powieść szukając dynamicznej fabuły srogo się rozczaruje.

Pewnego marcowego południa dochodzi do tragedii. Do spokojnej restauracji wchodzi człowiek, który z niewiadomych powodów zaczyna strzelać. Z życiem uchodzi piątka z siedmiu przebywających w lokalu osób. Czytelnik nie wie co wydarzyło się w Carby’s, nie wie kto strzelał i dlaczego. Autor koncentruje się na pokazaniu tego co stało się z ofiarami już po tragedii.

Czwórka naocznych świadków przeżywa załamanie, każda z postaci ucieka przed wspomnieniami, tworzy swe własne systemy obronne. Szesnastoletnia Anne ucieka w fanatyzm religijny. Piętnastoletni Jimmy przestaje mówić. Dwudziestodwuletnia Carla popada w depresję i zaczyna zaniedbywać syna. Czterdziestoośmioletni Charlie cudem uniknął śmierci, wystrzelona w jego kierunku kula jedynie go drasnęła, ocalony mężczyzna wyciąga z banku oszczędności i udaje się do kasyna, gdzie zaczyna grać, jak uzależniony. Z losami tej czwórki splata się historia doktora Bruce’a Laraby’ego, który wyszedł z Carby’s chwilę przed nieszczęściem, to on operował jedną z ofiar zamachowca i poniósł klęskę. Laraby to dla mnie jedna z ciekawszych postaci. Chirurg żyje w cieniu swego genialnego ojca, który niedawno zmarł. Bruce jest rozgoryczony swymi porażkami, czuje się niepotrzebny, zazdrości kolegom. Bohatera cechuje pewien narcyzm. Laraby potrzebuje by go doceniano, chwalono i podziwiano, dlatego zaczyna „leczyć” swą małżonkę lekami, które wywołują migrenę, by później dostarczać jej tabletki przeciwbólowe. Wydaje mi się, iż bohater ma również obsesję dotyczącą choroby, na którą umarł jego ojciec. Laraby faszeruję małżonkę lekami na przypadłość, która zabiła jego ojca.

„Skrzydlate cienie” to powieść, która bardzo mi się spodobała. Treść jest interesująca, a i sposób prowadzenia narracji przypadł mi do gustu. Rozdziały zatytułowane nazwami różnych skrzydlatych istot (np. Pisklęta, Gołębie, Anioły, Kaduceusz) są podzielone na podrozdziały poświęcone konkretnym bohaterom. Narracja prowadzona jest z perspektywy trzecioosobowej w czasie teraźniejszym – niezbyt przepadam za relacjonowaniem wydarzeń w tym czasie, jednak dość szybko się przyzwyczaiłam.

W wielu podrozdziałach pojawiają się retrospekcje dotyczące tragedii, w której wzięli udział bohaterowie – stopniowo dostajemy coraz więcej szczegółów dotyczących tego co wydarzyło się w restauracji, odkrywamy co bohaterowie robili w trakcie ataku, jak się zachowywali. Początkowo są to tylko niewielkie fragmenty, bohaterowie pogrążeni w traumie nie chcą pamiętać szczegółów. Stopniowo, wraz z postępującym procesem uzdrawiania dusz, postacie dopuszczają do siebie coraz więcej szczegółów. W finale powieści, kiedy dochodzi do symbolicznego oczyszczenia i zmycia z siebie traumy, czytelnik dowiaduje się co zdarzyło się w restauracji – przy czym to ofiary są w centrum uwagi, a nie zamachowiec. Ważni są ci, którzy przeżyli, ważne jest ukazanie procesu ich stopniowego, nieraz dramatycznego dochodzenia do siebie – od całkowitego dna do katharsis.

Powieść Roya Freiricha przerosła moje oczekiwania. Dopisuję ten tytuł do listy moich ulubionych książek.     

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

"Nowicjuszka" Trudi Canavan

Seria: Trylogia Czarnego Maga (tom 2)
Wydawnictwo: Galeria Książki
Liczba stron: 648
Rok wydania: 2009

Imardin to miasto ponurych intryg i niebezpiecznej polityki, gdzie władzę sprawują ci, którzy obdarzeni są magią. W ten ustalony porządek wtargnęła bezdomna dziewczyna o niezwykłym talencie magicznym. Odkąd przygarnęła ją Gildia Magów jej życie zmieniło się nieodwracalnie - na lepsze czy gorsze?
Sonea wiedziała, że nauka w Gildii Magów nie będzie łatwa, ale nie liczyła się z niechęcią, jakiej doznaje ze strony pozostałych nowicjuszy. Jej szkolnymi kolegami są synowie i córki najpotężniejszych rodów w królestwie, którzy zrobią wszystko, żeby poniosła klęskę - nie licząc się z kosztami. Niemniej przyjęcie opieki Wielkiego Mistrza Gildii może dla Sonei oznaczać jeszcze marniejszy los.


Kiedy przychodzi pisać mi o powieści, która wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, brakuje mi zwykle słów na określenie emocji wywołanych przez ową książkę. „Nowicjuszka”, drugi tom „Trylogii Czarnego Maga”, to utwór, którego fabuła przeniosła mnie do innego fantastycznego świata. Ja nie czytałam słów i zdań, ja wędrowałam razem z bohaterami i obserwowałam ich poczynania. Moja wyobraźnia przenosiła mnie do świata wykreowanego przez Trudi Canavan bez wysiłku. Wystarczyło, że otwarłam powieść, zaczynałam lekturę i już szłam obok Sonei, razem z nią przemykałam po korytarzach Gildii. Przeżywałam wydarzenia razem z bohaterami.

Akcja „Nowicjuszki” nie płynie jednotorowo, jak było to w przypadku „Gildii Magów”. Intryga, której istnienie zostało zasygnalizowane w pierwszej części trylogii, w tym tomie znajduje swoje rozwinięcie. Autorka wprowadziła trzy równolegle rozwijające się wątki.

Sonea zdecydowała się na przystąpienie do Gildii i naukę, jednak jako dziewczyna pochodząca ze Slumsów, spotyka się z niechęcią i wrogością kolegów i koleżanek pochodzących z arystokratycznych domów. Szczególnie jeden z nowicjuszy upodobał sobie znęcanie się nad bohaterką. Sonea jest niezwykle dojrzała, choć posiada ogromną magiczną moc, to wie, że jej wykorzystanie może skończyć się tragicznie. Dziewczyna robi wszystko, by zdusić konflikt nie używając przemocy.

W tym samym czasie, w którym główna bohaterka musi radzić sobie z wrogością innych uczniów, Dannyl, który został nominowany na stanowisko ambasadora w Elyne, na polecenie Lorlena zaczyna badać przeszłość Wielkiego Mistrza.

W Imardinie zaczyna grasować morderca, sposób w jaki zadaje on śmierć budzi skojarzenia z  czarną magią. Lorlen zaniepokojony działaniem przestępcy postanawia zbadać sprawę. Administrator Gildii obawia się, że mordercą może być jego przyjaciel.

Z trzech wymienionych wątków, najbardziej zainteresował mnie ten dotyczący Sonei. Główna bohaterka to niesamowita postać, którą bardzo polubiłam. Jej wątek wywołał u mnie cały szereg emocji – współczułam jej, kibicowałam, podziwiałam jej opanowanie i rozsądek. Kiedy opowieść dotycząca młodej dziewczyny była przerywana na rzecz historii Dannyla lub śledztwa Lorlena, odczuwałam chwilową irytację. Choć dzięki wątkowi ambasadora poznajemy inne miasta Kyralii i zgłębiamy budowę świata przedstawionego, to czytając o jego podróżach ciągle myślałam o siedemnastoletniej nowicjuszce.

Drugi „Tom Trylogii Czarnego Maga” urzekł mnie równie mocno jak „Gildia Magów”. Uwielbiam książki, które wciągają mnie w swe fabuły, w taki sposób, że na kilka-kilkanaście godzin mogę przenieść się do niesamowitego świata wykreowanego przez pisarza lub pisarkę - „Nowicjuszka” zagwarantowała mi właśnie takie zatracenie się w fabule .

Teraz mam dylemat: czy od razy sięgnąć po „Wielkiego Mistrza” i dowiedzieć się co czeka bohaterów w ostatnim tomie, czy też poczekać z lekturą i poprzez oczekiwanie przeciągnąć przyjemność płynącą z poznawania trylogii? Czuję ogromny żal na myśl, że przygoda nieuchronnie dąży do finału – podobne odczucia miałam czytając ostatni tom Harrego Pottera oraz uświadamiając sobie, że w „Cyrku Nocy” Erin Morgenstern jestem bliżej końca niż początku. Nie spodziewałam się, że powieść fantastyczna skierowana do młodzieży wywrze na mnie tak duże wrażenie.

czwartek, 25 kwietnia 2013

"Gildia Magów" Trudi Canavan

Seria: Trylogia Czarnego Maga (tom 1)
Wydawnictwo Galeria Książki
Liczba stron: 520
Rok wydania: 2009

Co roku magowie z Imardin gromadzą się, by oczyścić ulice z włóczęgów, uliczników i żebraków. Mistrzowie magicznych dyscyplin są przekonani, że nikt nie zdoła im się przeciwstawić, ich tarcza ochronna nie jest jednak tak nieprzenikniona jak im się wydaje. Kiedy bowiem tłum bezdomnych opuszcza miasto, młoda dziewczyna, wściekła na traktowanie jej rodziny i przyjaciół, ciska w tarczę kamieniem - wkładając w cios całą swoją złość. Ku zaskoczeniu wszystkich świadków kamień przenika przez barierę i ogłusza jednego z magów. Coś takiego jest nie do pomyślenia. Oto spełnił się najgorszy sen Gildii: w mieście przebywa nieszkolona magiczka. Trzeba ją znaleźć - i to szybko, zanim jej moc wyrwie się spod kontroli, niszcząc zarówno ją, jak i miasto.

Jakieś dwa lata temu po raz pierwszy próbowałam przeczytać „Gildię Magów” Trudi Canavan, niestety nie dałam rady – może to nie był czas na fantastykę? Ostatnio odczuwam dość spory pociąg w kierunku tego gatunku literackiego, więc nie namyślając się długo, sięgnęłam po wzmiankowaną powieść. Tym razem „Gildię Magów” połknęłam, moje odczucia były całkowicie inne niż dwa lata temu.

Fabuła książki nie jest skomplikowana i opiera się w zasadzie na jednym wątku. Podczas corocznego usuwania z miasta włóczęgów i żebraków dochodzi do incydentu. Główna bohaterka rzuca kamieniem w magów biorących udział w Czystce, ku jej konsternacji pocisk przechodzi przez magiczną barierę ochronną i rani jednego z czarnoksiężników. Wszyscy są w szoku. Reagujący instynktownie magowie rzucają zaklęcie, którego skumulowana siła zabija chłopca stojącego obok Sonei. Nastolatka jest przekonana, że magicy pragną jej śmierci, natomiast  im zależy na odnalezieniu dziewczyny, której przebudzona moc stanowi niebezpieczeństwo dla niej i całego miasta. Rozpoczyna się zabawa w kotka i myszkę, która będzie trwała przez znaczną część książki.

„Gildia Magów” jest przede wszystkim wprowadzeniem do całej trylogii. W tym tomie poznajemy głównych bohaterów, poznajemy miasto, w którym toczy się akcja powieści, dowiadujemy się nieco o magach i Gildii. Akcja pierwszego tomu „Trylogii Czarnego Maga” jest prościutka, bywają momenty, że jednostajna akcja nuży czytelnika, mimo to książkę czytałam z ogromną przyjemnością.

Pomimo swej fabularnej prostoty, „Gildia Magów” jest powieścią, której akcja mnie wciągnęła, polubiłam główną bohaterkę i jestem bardzo ciekawa co czeka ją w kolejnych tomach. Może pierwszy tom „Trylogii Czarnego Maga” nie jest wybitną powieścią fantastyczną, ale mnie lektura książki przyniosła wiele przyjemności. Wciągnęłam się w fabułę, z uwagą śledziłam poczynania głównej bohaterki. Szukałam lekkiej powieści fantastycznej i znalazłam ją. Cieszę się,  że mam na półce kolejne tomy trylogii i od razu mogę zabrać się za ich lekturę :)

wtorek, 23 kwietnia 2013

"Tańczący Trumniarz" Jeffery Deaver

Seria Lincoln Rhyme (tom 2)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 440
Rok wydania: 2005

Detektyw Lincoln Rhyme, duma i chwała nowojorskiej policji kryminalnej, ściga nieuchwytnego, seryjnego mordercę zwanego Tańczącym Trumniarzem. Ten niezwykle inteligentny zbrodniarz uderza znienacka, błyskawicznie, zawsze w odmienny sposób, po czym znika bez śladu. Tylko jedna z jego ofiar zauważyła charakterystyczny szczegół, o którym przed śmiercią zdążyła powiedzieć policji. Ten szczegół to niezwykły tatuaż na ramieniu mordercy, przedstawiający Śmierć tańczącą z kobietą przed otwartą trumną.


Podobnie jak we wszystkich powieściach Jeffery'ego Deavera, w tej również psychologiczny realizm i precyzyjna konstrukcja łączą się z prowadzoną w błyskawicznym tempie, wciągającą akcją.

Kiedy zaczęłam czytać „Tańczącego Trumniarza” odniosłam wrażenie, że ten tytuł nie jest mi całkowicie obcy. Kiedy na kartach powieści pojawiła się postać Ameli Sachs, w moim mózgu otworzyła się odpowiednia szufladka. Przecież czytam o bohaterach, których znam z filmu „Kolekcjoner kości”! Kilka kliknięć i już wiedziałam, że czytana powieść to drugi tom cyklu o sparaliżowanym, diablo inteligentnym analityku kryminalistyki – Lincolnie Rhyme. Nie miałam pojęcia, że jeden z moich ulubionych filmów jest ekranizacją książki, a co więcej, że wchodzi w skład dłuższego cyklu wydawniczego.

„Tańczący Trumniarz” Jeffery’ego Deavera to trzymająca w napięciu powieść sensacyjna. Główni bohaterowie, wspierani przez dość sporą grupę policjantów, mają odnaleźć seryjnego mordercę, któremu nadano przydomek Tańczący Trumniarz. Zabójca ma zlikwidować dwóch świadków zeznających przeciwko jego zleceniodawcy.

Zegar start. Policjanci mają 45 godzin, by przeanalizować ślady i odnaleźć  socjopatę polującego na świadków, a także na nich. Trumniarz nie waha się, zabija by rozproszyć uwagę ochroniarzy, by wprowadzić zamieszanie, które ułatwi mu dostęp do Żony i Przyjaciela. Rozpoczyna się ekscytująca gra pomiędzy genialnym analitykiem i socjopatycznym mordercą.

Powieść Deavera jest pełna zwrotów akcji i sporej ilości dramatyzmu. Fabuła jest wciągająca i śledziłam ją z niesłabnącym zainteresowanie. Sprawa prowadzona przez głównego bohatera i jego partnerkę jest bardzo dynamiczna, ciągle coś się dzieje.

W wypadku powieści takich jak „Tańczący Trumniarz” nie ma sensu nadmiernego rozpisywania się o fabule – niechcący można by ujawnić kluczowe elementy, czy informacje mogące naprowadzić czytelnika na rozwiązanie sprawy. Na koniec pozostaje mi jedynie stwierdzenie, że książkę czytało mi się wspaniale, zaangażowałam się  i z dużym napięciem śledziłam rozwój wypadków.  Powieść Deavera to nieprzewidywalna powieść sensacyjna, która dostarczyła mi sporej dawki mocnych emocji.    

niedziela, 21 kwietnia 2013

"Ofiara losu" Camilla Läckberg

Cykl: Saga o Fjällbace (tom 4)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 448
Rok wydania 2012

Policja w Tanumshede bada wypadek samochodowy. To, co wygląda na tragiczne zdarzenie, po kolejnym, podobnym wypadku zaczyna budzić podejrzenia. Policja ma pełne ręce roboty, tym bardziej, że w mieście kręcony jest telewizyjny reality show. Obecność kamer podsyca tylko konflikt między "gwiazdami" a miejscową społecznością. Pogoń za zabójcą oraz przygotowania do ślubu wywołują u Patrika Hedstroma stres i frustrację. Tym silniejsze, że staje wobec największego dotąd wyzwania detektywistycznego w swojej karierze.


Bardzo lubię powieści Camilli Läckberg, ich lektura dostarcza mi kilkudziesięciu godzin rozrywki. Kryminalne fabuły wciągają, a wątki społeczno-obyczajowe stanowią dodatkowy atutu powieści wchodzących w skład „Sagi o Fjällbace”. „Ofiara losu” to już czwarta ksiązka szwedzkiej autorki jaką miałam okazję przeczytać, jest to zarazem czwarty tom wspominanej serii. Utwór okazał się nieco przewidywalny, co nie zmienia faktu, że nadal mi się podobał.

Akcja „Ofiary losu” rozgrywa się kilka miesięcy po wydarzeniach, do których doszło w „Kamieniarzu”. Anna wraz z dziećmi przeprowadziła się do siostry i jej partnera. Kobieta jest rozbita i większość czasu spędza w łóżku. Erika po raz kolejny zostaje zmuszona by matkować siostrze i jej dzieciom, do tego zbliża się termin ślubu z Patrikiem, więc ma pełne ręce roboty. Dobrze, że na horyzoncie pojawia się Dan, który przywraca Annie radość życia, bo Erika pewnie nie poradziłaby sobie sama z takim ogromem spraw do załatwienia.

Partner bohaterki nie może zaangażować się w przygotowania do ślubu, gdyż w Tanumshede dochodzi do dziwnego wypadku samochodowego oraz do morderstwa. Przed Patrikiem staje bardzo trudne wyzwanie, on i załoga komisariatu muszą rozwiązać dwie skomplikowane sprawy. Śledztwa nie ułatwia fakt, że jedną z ofiar jest gwiazda realisty show kręconego w miasteczku. Medialny szum przeszkadza w pracy, naciski dziennikarzy sprawiają, że jedna ze spraw zostaje odłożona na boczny tor, co wywołuje u Patrika niesamowite wyrzuty sumienia. Obie sprawy są trudne, w obu wypadkach brakuje jednoznacznych dowodów, jakichkolwiek poszlak, które mogłyby ułatwić działanie policjantów.

Wątek kryminalny przedstawiony w „Ofierze losu” jest ciekawy i śledziłam go z zainteresowaniem. Z przyjemnością obserwowałam jak poszczególne kawałki dwóch układanek wpadały na swoje miejsca, jak łut szczęścia i doświadczenie działały na korzyść policjantów, którzy stopniowo odkrywali kolejne dowody i powiązania.

Niestety jedna rzecz nie udała się autorce. Sporym mankamentem „Ofiary losy” jest postać mordercy, którą czytelnik jest w stanie zidentyfikować już w połowie książki – odbiera to powieści nieco napięcia. Szkoda, że Camilli nie udało się zbudować tak nieprzewidywalnej fabuły jak w „Kaznodziei”, czy „Kamieniarzu”. W tamtych książkach, kiedy dochodziło do odkrycia przestępcy czułam zdziwienie, tutaj zabrakło mi tego uczucia. Wiedziałam kto dokonał zbrodni, pozostawało tylko przekonać się dlaczego.  Na tle innych, przeczytanych przeze mnie powieści Läckberg „Ofiara losu” prezentuje się przeciętnie.

Sporym zaskoczeniem w tym tomie była dla mnie postać Mellberga. Zadufany w sobie komisarz pokazał swoje lepsze oblicze i jego postać po raz pierwszy wywołała u mnie współczucie, a nie cyniczny uśmieszek. Mellberg, choć w większości przypadków bywa irytujący, wprowadza do powieści Läckberg sporo humoru. Ten bohater od pierwszego tomu kojarzył mi się z  komisarzem Gibertem, z filmu „Taxi”. Mellberg to niesamowicie pocieszna postać, wprowadzająca mnie w stan rozbawienia.

„Ofiara losu” jest powieścią słabszą od poprzednich tomów „Sagi o Fjällbace”, jednak jej lektura dostarczyła mi przedniej rozrywki. Może nie odczuwałam zbytniego napięcia, ale czytałam ze sporym zainteresowaniem.  


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.


piątek, 19 kwietnia 2013

"Słodki zapach brzoskwiń" Sarah Addison Allen

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 304
Rok wydania 2012

W innych okolicznościach ucieszyłoby ją to. Rozkoszowałaby się widokiem wstawionej Paxton, której całe życie było po prostu doskonałe; która ciągle sprawiała, że inne kobiety czuły się gorsze. Patrzyłaby z satysfakcją na idealną pannę wykładającą się jak długa. gdyby nie fakt, że otaczali ją pijani i agresywni mężczyźni.
                                                                  ***
Do niedawna Willa i Paxton starały się ze wszystkich sił, by nie wchodzić sobie w drogę. Wydawało im się, że dzieli je wszystko. Do momentu, kiedy tajemnica sprzed lat zmusiła je do wspólnego działania.
Czy Willa i Paxton będą potrafiły pozbyć się swoich uprzedzeń?
Czy istnieje prawdziwa kobieca przyjaźń? Taka, która buduje mosty i burzy mury?


Mam spory problem z ocenieniem powieści „Słodki zapach brzoskwiń”. Lubię prozę Sarah Addison Allen, uwielbiam realizm magiczny, a jednak książka, którą przeczytałam pozostawiła mnie w rozsypce, bynajmniej nie emocjonalnej. Mam spory problem z podjęciem decyzji dotyczącej oceny tej pozycji -  nie wciągnęłam się w fabułę, nie śledziłam poczynań bohaterów z jakimś ogromnym zaangażowaniem, ale nie mogę powiedzieć, że książka była zła, nudna lub całkowicie nieinteresująca.

Akcja „Słodkiego zapachu brzoskwiń” skupia się na wątku kobiecej przyjaźni oraz ukazuje miłość rodzącą się pomiędzy bohaterami. Powieść  jest typowym babskim czytadłem, które uatrakcyjnia obecność magii, jednak udział magicznych wydarzeń jest tak naprawdę znikomy i właściwie nie wpływa jakoś specjalnie na życie postaci, czy przebieg fabuły. Pojawia się pewna tajemnica z przeszłości, ale wątek kryminalny nie został  specjalnie rozbudowany.

Obecność magii buduje fajną, momentami tajemniczą atmosferę, niestety sama akcja jest przeciętna i niczym nie zaskakuje. Przy powieści spędziłam kilka miłych godzin, jednak fabuła nie wywołała u mnie jakichś większych emocji. Czytałam z przyjemnością, ale bez tego dreszczyku ekscytacji, który kazałby mi jak najszybciej dotrzeć do końca książki, aby dowiedzieć się jak zakończy się historia bohaterów.

***

Jeden fragment powieści niesamowicie mi się spodobał, więc pozwolę sobie na jego wynotowanie:

Bo my, kobiety, jesteśmy jak pajęcza sieć. Jeśli choćby jedna nić wibruje, jeśli któraś z nas wpada w tarapaty, wiemy o tym wszystkie. W większości wypadków jesteśmy jednak zbyt przerażone, samolubne lub niepewne siebie, by ruszyć z pomocą. Ale kto nas wesprze, jeśli nie my same?[s. 191]
 

czwartek, 18 kwietnia 2013

"[buzz]" Anders de la Motte

Seria: Geim (tom2)
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 456
Rok wydania: 2013

Druga część wciągającej trylogii o Grze w Alternatywną Rzeczywistość
Minął rok, od kiedy Henrik Petterson za sprawą tajemniczego telefonu komórkowego dał się wciągnąć w pasjonującą, choć śmiertelnie niebezpieczną Grę. Teraz na pozór ma wszystko, czego zawsze pragnął – pieniądze, wolność i beztroskę. Nowy, wygodny styl życia zaczął go już jednak nudzić. Brakuje mu ekscytujących wyzwań i adrenaliny. Coraz częściej cierpi na bezsenność i bywa, że ciężko mu jest odróżnić rzeczywistość od wytworów wyobraźni. Coraz częściej pragnie powrotu do Gry.


Najnowsza powieść Andersa de la Motte to kawał interesującej literatury sensacyjnej, od której nie mogłam się oderwać. Akcja powieści od pierwszych stron trzyma w napięciu. Autor to mistrz w budowaniu i utrzymaniu suspensu.

Od wydarzeń przedstawionych w „[geim]” minęło czternaście miesięcy. Henrikowi udało się uciec od niebezpiecznej Gry, jednak niespokojna natura bohatera nie pozwala mu zapomnieć o wydarzeniach z przeszłości. HP nie umie siedzieć z założonymi rękami, a lenistwo, któremu oddaje się od jakiegoś czasu, zaczyna działać mu na nerwy. Znużenie i monotonne życie prowadzone podczas długich, przymusowych wakacji wyzwalają w bohaterze cały szereg niepokojących myśli. HP nie wierzy, że Gra o nim zapomniała, z czasem zaczyna dręczyć go przeświadczenie, że Przywódca jest na jego tropie. Każdy człowiek trzymający w dłoniach srebrny telefon może być wrogiem. Kiedy w Dubaju ktoś próbuje wplątać go w sprawę morderstwa, jest przekonany, że to Gra po raz kolejny wyciągnęła po niego swe macki. HP zamierza sprawdzić, kto i dlaczego próbował go wrobić. Ślady prowadzą do firmy teleinformacyjnej ze Szwecji. Bohater po raz kolejny wplątuje się w niebezpieczną aferę…

Wydaje się, że wpadanie w kłopoty to rodzinna specjalność HP i jego siostry. W tym samym czasie, kiedy Henrik pada ofiarą spisku mającego wrobić go w morderstwo, Rebecca bierze udział w operacji przeprowadzanej przez służby bezpieczeństwa w Darfurze. Kobieta podejmuje decyzję, która sprawia, że zostaje oskarżona o celowe, szkodliwe działanie na rzecz dowodzonej przez nią operacji. Rebecca staje się ofiarą internetowego trolla, który obrał ją sobie za cel swych zjadliwych i cynicznych ataków.

Anders de la Motte z niezwykłą precyzją buduje przed czytelnikiem iluzoryczną sieć powiązań, w którą dałam się złapać. Podczas lektury wydawało się, że poszczególne wątki powieści są ze sobą ściśle związane, że wiem jak łączą się ze sobą poszczególne wydarzenia, tymczasem autor ciągle mnie czymś zaskakiwał. „[buzz]” to nieprzewidywalna powieść. Kiedy kończyłam czytać książkę doszło do tego, że podobnie jak jej główny bohater, snułam całe mnóstwo sensacyjnych teorii, wszędzie dopatrywałam się spisków. Bez reszty dałam wciągnąć się w grę prowadzoną przez autora.

Akcja „[buzz]” rozwija się bardzo dynamicznie, na co wpływ ma sposób prowadzenia narracji. Powieść składa się z kilkudziesięciu rozdziałów, w których czytelnik śledzi na przemian wydarzenia, w których bierze udział HP lub jego siostra. Epizody przeplatają się ze sobą, są krótkie, więc czytelnik nie ma czasu poczuć rozdrażnienia, że interesujący go wątek zakończył się w niezwykle ciekawym momencie, a jemu trzeba czekać kilkanaście stron na powrót do wątku. Pisarz doskonale wyważył długość poszczególnych fragmentów, ucinał akcję w ciekawych momentach, przy tym dbał o to, by poszczególne części zdawały się ze sobą łączyć – dzięki temu akcja zachowywała płynność.

Podobnie jak w „[geim]”, akcja „[buzz]” w znacznym stopniu kręci się wkoło środowiska związanego z Internetem. Tym razem autor poruszył tematykę firm zajmujących się bezpieczeństwem teleinformacyjnym oraz strategiami komunikacyjnymi – komunikacją ryzyka i zarządzaniem kryzysowym. Działalność firmy występującej w powieści skupia się na kwestii kontroli przepływu informacji w sieci. HP trafia do spółki, która dba o kreowanie wizerunku firm w Internecie – pozycjonuje ich strony, dba o pozytywną reklamę, wycisza skandale. Temat bardzo na topie. To co przedstawia autor jest interesujące i z wielu przyczyn niepokojące. De la Motte przedstawia społeczność Internetową, jako niezwykle opiniotwórcze środowisko, a odpowiednie kierowanie tą społecznością może doprowadzić do bardzo poważnych konsekwencji. Nie chcę zdradzać wszystkiego o tym wątku, ale autor dał mi bardzo dużo do myślenia.

Jestem pod ogromnym wrażeniem drugiego tomu trylogii „Geim”. Autor utrzymuje poziom z poprzedniej części, a może nawet nieco podnosi poprzeczkę. „[buzz]” to doskonała powieść sensacyjna, która porusza dodatkowo bardzo aktualną tematykę związaną z działalnością firm teleinformacyjnych. Zakończenie pozostawiło mnie z ogromną ochotą na więcej. Anders de la Motte utkał w serii „Geim” wielopoziomową intrygę i nie mogę pozbyć się wrażenia, że pisarz w następnym tomie odkryje jakieś nowe oblicze Gry, że okaże się, iż bohaterowie od początku byli zabawkami w rękach zręcznego manipulatora – w tej chwili snuję najbardziej niesamowite teorie. De la Motte pozostawił mnie z całym mnóstwem pytań i przypuszczeń, mam nadzieję, że na finałowy tom serii nie przyjdzie mi czekać długo.   


 Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.